Na jednym z pięter zamkowych podziemi znajdował się magazyn tak wielki jak sala balowa. Wypełniały go serwetki… serwetki… i nic prócz serwetek. Piotrowi trąciły one stęchlizną i nic w tym dziwnego – większość z nich niesamowitym przypadkiem pochodziła z czasów odrobinę tylko późniejszych niż uwięzienie i śmierć Levena Valery, a istnienie swoje – przypadkiem, a może i nie – zawdzięczały one, pośrednio oczywiście, działaniom Flagga. W pewien sposób stał się on przyczyną ich powstania.
Były to rzeczywiście czarne czasy dla Delainu. Chaos, jakiego z całej duszy pragnął Flagg, zapanował w całym kraju. Valera został usunięty; w jego miejsce na tron wstąpił szalony król Alan. Gdyby żył on dziesięć lat dłużej, królestwo niewątpliwie spłynęłoby krwią… ale zginął Alan porażony błyskawicą, gdy podczas ulewy grał w łokcie na zamkowym trawniku (jak wam powiedziałem, miał nie po kolei w głowie). Niektórzy mówili, że piorun ten zesłali sami bogowie. Po nim panowała jego siostrzenica, Kyla, którą znano jako Kylę Dobrą… a od niej linia wiodła przez pokolenia prosto do Rolanda i braci będących bohaterami naszej opowieści. To Kyla, Dobra Królowa, uratowała kraj od ruiny i ubóstwa. Aby to osiągnąć, prawie doprowadziła Królewski Skarb do bankructwa, bo wiedziała, że pieniądz – mocna waluta – musi krążyć w krwiobiegu królestwa. Większość zasobów finansowych Delainu przepadła podczas szalonych rządów Alana II, króla, który czasami pił krew z nadciętych uszu swoich służących i utrzymywał, że potrafi latać; króla bardziej zainteresowanego nekromancją niż zyskiem i stratą oraz dobrem swoich poddanych. Kyla wiedziała, że potrzeba wielkiego napływu zarówno miłości, jak i guldenów, żeby znaleźć zajęcie dla wszystkich zdolnych do pracy obywateli Delainu, od najstarszych do najmłodszych.
Większość ze starszych mieszkańców zamkowej twierdzy została zatrudniona do wykonywania serwetek – nie dlatego, że ktoś ich potrzebował (chyba już wam mówiłem, co myślała o nich większość szlachty i dworu), lecz dlatego, żeby dać ludziom pracę. Niektórzy nie zaznali jej od dwudziestu, a czasem więcej lat, więc trudzili się ochoczo, tkając na warsztatach identycznych jak ten, który znajdował się w domu lalek Sashy… tylko, oczywiście, większych!
Przez dziesięć lat ci postarzali ludzie, w liczbie więcej niż tysiąca, produkowali serwetki i pobierali za swą pracę pieniądze ze skarbca Kyli. Przez dziesięć lat osoby nieco młodsze i sprawniejsze zanosiły je na dół do chłodnego, suchego magazynu pod zamkiem. Piotr zauważył, że niektóre z serwetek nie tylko pachniały stęchlizną, ale były też nadgryzione przez mole. Istny cud, chociaż on się tego nie domyślał, że aż tyle z nich tak znakomicie się przechowało.
Dennis mógł mu powiedzieć, że serwetki były przynoszone, używane raz, zabierane (minus kilka nitek, które Piotr z nich wypruwał) i po prostu wyrzucane. A czemu nie! Leżało ich tam tyle, że wystarczyłyby dla pięciuset książąt na pięćset lat… i jeszcze dłużej. Gdyby Anders Peyna nie okazał się człowiekiem miłosiernym, a nie tylko surowym, rzeczywiście używano by pewnej określonej liczby serwetek. Ale wiedział on, jak bardzo bezimienna kobieta w bujaku potrzebowała pracy i tych kilku groszy, które za nią otrzymywała (Kyla Dobra też sobie zdawała z tego sprawę), więc nie zwalniał jej tak samo, jak pilnował, żeby do Besona nadal napływały guldeny, gdy Staadowie musieli ratować się ucieczką. Zadomowiła się więc owa stara, milcząca kobieta przed drzwiami magazynu z serwetkami, używająca swej igły do prucia zamiast do szycia. Siedziała tak w swym bujaku rok po roku usuwając dziesiątki tysięcy królewskich herbów, nic więc dziwnego, że wieść o drobnej kradzieży Piotra nie dotarła do uszu Flagga.
Tak tedy widzicie, że gdyby nie jedno błędne założenie i jedno nie zadane pytanie, Piotr mógłby zakończyć swą pracę o wiele prędzej. Czasami wydawało mu się, iż serwetki nie kurczą się tak szybko jak powinny, ale nigdy nie przyszło mu do głowy podważyć swoje podstawowe (chociaż niejasne) przypuszczenie, że serwetki, których używał, regularnie do niego powracały. Gdybyż tak zadał sobie to jedno proste pytanie!
Ale może w końcu wszystko wyszło na dobre.
A może nie. To jednak musicie ocenić sami.
76
W końcu Dennis pokonał strach, jaki odczuwał pracując dla Tomasza. Młody król prawie nie zwracał na niego uwagi, poza tym że czasami beształ go, gdy zapomniał wystawić mu buty (zazwyczaj to on sam gdzieś je zostawiał i nie pamiętał o tym), a niekiedy nalegał, żeby Dennis napił się z nim wina. Lokaj dostawał potem zazwyczaj lekkich zaburzeń żołądkowych, natomiast znacznie bardziej wolał kieliszeczek dżinu przed snem. Mimo to dotrzymywał Tomaszowi towarzystwa. Nawet bez pouczeń ojca wiedział, że nie odmawia się królowi, gdy zaprasza na drinka. Czasami, zwykle popiwszy sobie, Tomasz nie pozwalał Dennisowi iść do domu i kazał mu nocować w swoim apartamencie. Dennis przypuszczał, słusznie zresztą, że w owe noce samotność doskwierała mu w sposób nieznośny. Wygłaszał długie, bezsensowne, rozwlekłe mowy o tym, jak trudno być królem, że starał się jak najlepiej spełniać swe obowiązki i wykazywać się sprawiedliwością, i że wszyscy go nienawidzą, każdy z innego powodu. Tomasz często szlochał podczas swych przemówień albo ni stąd, ni zowąd wybuchał dzikim śmiechem, ale zazwyczaj zapadał w sen podczas nieudolnej obrony jakiegoś podatku. Czasami dotaczał się do swego łoża i Dennis mógł spać na kanapie. Częściej jednak zasypiał – albo tracił przytomność – na kanapie, a lokaj szykował sobie niewygodne posłanie przy stygnącym kominku. Prawdopodobnie rzadko który królewski lokaj wiódł takie życie, ale oczywiście Dennisowi wydawało się ono najzupełniej normalne, bo przecież innego nie zaznał.
To, że Tomasz nie zwracał na niego uwagi, to jedna sprawa. Ale że Flagg go ignorował, stanowiło problem zupełnie innego rodzaju i wagi. Czarnoksiężnik bowiem kompletnie zapomniał o roli, jaką Dennis odegrał w jego planie wysłania Piotra do Iglicy. Lokaj stanowił dla niego tylko instrument – narzędzie, które spełniło swoją funkcję i można je było odłożyć na bok. Gdyby zastanowił się nad Dennisem, uznałby, że narzędzie zostało sowicie wynagrodzone: w końcu został on królewskim lokajem.
Ale pewnej nocy na samym początku zimy, w roku, gdy Piotr skończył dwadzieścia jeden, a Tomasz szesnaście lat, cienka lina Piotra zaś prawie osiągnęła niezbędną długość, Dennis zobaczył coś, co zmieniło wszystko – i właśnie od tego, co widział owej mroźnej nocy, muszę zacząć relację końcowych wydarzeń naszej historii.
77
Noc ta przypominała ów straszny czas tuż przed i tuż po śmierci Rolanda. Wiatr wyjąc hulał po czarnym niebie i jęczał na ulicach Delainu. Pastwiska Centralnych Baronii i bruk zamkowych podwórców ściął mróz. Początkowo księżyc znajdujący się w trzeciej kwadrze błyskał pośród pędzących chmur, ale około północy zakryły one całe niebo, a o drugiej, gdy Tomasz obudził Dennisa poruszając klamką w drzwiach między bawialnią a korytarzem, zaczął padać śnieg.
Usłyszawszy chrobot klamki Dennis usiadł krzywiąc się boleśnie, bo plecy miał zesztywniałe i zdrętwiały mu nogi. Tej nocy Tomasz zasnął na kanapie, zamiast dopełznąć do łóżka, tak więc młodemu lokajowi pozostało tylko sąsiedztwo kominka. Teraz ogień już gasł. Bok od strony ognia nagrzał się Dennisowi jak piec, drugi zaś zmarzł na kość.
Popatrzył w stronę, skąd dobiegał szmer… i na chwilę sparaliżował go strach. Wydało mu się bowiem, że zobaczył u drzwi ducha i niewiele brakowało, a krzyknąłby. A potem zrozumiał, że to Tomasz w swej białej nocnej koszuli. – P-panie?