79
Pięćdziesiąt mil dalej, zawinięty w pięć kocy, aby ochronić się przed mrozem i szalejącą wichurą, Flagg krzyknął przez sen dokładnie w tej chwili, gdy Dennis wszedł za królem do tajnego przejścia. Na pobliskim pagórku zawtórowały czarnoksiężnikowi wilki. Żołnierz śpiący po lewej obok Flagga zmarł natychmiast na atak serca, mając wrażenie, że pożera go ogromny lew. Żołnierz leżący po prawej odkrył następnego ranka, że oślepł. Światy czasami ulegają wstrząsom i zmieniają bieguny, i to właśnie wtedy się wydarzyło. Flagg wyczuwał coś, ale nie potrafił tego zrozumieć. Wszelkie dobro na świecie ratuje jedynie to, że w chwilach wielkiej wagi zło nieoczekiwanie traci wzrok. Gdy królewski czarnoksiężnik obudził się następnego dnia, pamiętał, że śniło mu się coś nieprzyjemnego, pochodzącego z dawna zapomnianej przeszłości, ale nie potrafił powiedzieć co.
80
Wewnątrz sekretnego korytarza panowały kompletne ciemności, a suchego powietrza nie poruszał żaden przeciąg. Gdzieś z głębi dobiegały Dennisa okropne, żałosne dźwięki.
Król płakał.
Usłyszawszy to lokaj trochę przestał się bać. Odczuł wielki podziw i ogromną litość dla Tomasza, który zawsze sprawiał wrażenie nieszczęśliwego. Jako król stał się tłusty i pryszczaty – bywał blady i trzęsły mu się ręce od nadużywania alkoholu, zazwyczaj też brzydko pachniało mu z ust. Jego nogi stopniowo nabierały łukowatego kształtu, a gdy nie było przy nim Flagga, miał skłonność do chodzenia ze spuszczoną głową i włosami opadającymi na twarz.
Dennis wysunął ręce przed siebie i po omacku odnajdywał drogę. Rozlegające się w mroku łkanie zbliżało się… a potem nagle ciemności stały się jakby mniej nieprzeniknione. Usłyszał cichy szmer, następnie dostrzegł Tomasza. Stał na końcu korytarza, a słabe, bursztynowe światło dobiegało z dwu niedużych otworów w ciemnościach. Dennisowi przypominały one unoszące się w powietrzu oczy.
Zaczął nabierać przekonania, że wszystko będzie dobrze, że uda mu się przetrwać tę niesamowitą nocną wędrówkę, gdy Tomasz zaczął krzyczeć. Wrzeszczał tak głośno, iż można by się obawiać, że zerwie sobie struny głosowe. Dennis stracił władzę w nogach, przycisnął dłonie do ust, aby zdławić swój własny krzyk, i zaczęło mu się wydawać, że tajne przejście zapełniają duchy przypominające trzepoczące skrzydłami nietoperze, które w każdej chwili mogą wplątać mu się we włosy; o tak, Dennis odnosił wrażenie, jakby miejsce to wypełniała atmosfera nagłej śmierci, i być może miał rację.
Prawie zemdlał… prawie… ale nie całkiem.
Gdzieś pod nim rozległo się szczekanie psów i lokaj zdał sobie sprawę, że znajdują się nad psiarniami starego króla. Kilka ogarów Rolanda żyło jeszcze i nikt nie usunął ich z zamku. Były jedynymi żywymi istotami – poza samym Dennisem – które usłyszały te dzikie krzyki. Ale psy istniały rzeczywiście, a nie jako duchy, i lokaj trzymał się tej myśli niczym tonący masztu unoszącego się na wodzie.
Kilka chwil później zdał sobie sprawę, że krzyk Tomasza nie był jedynie wrzaskiem – udało mu się odróżnić słowa. Na początku rozumiał tylko jedno powtarzane bez końca zdanie: – Nie pij tego wina! Nie pij tego wina! Nie pij tego wina!
81
Trzy noce później rozległo się lekkie stukanie do zamkniętych drzwi bawialni na farmie w jednej z Centralnych Baronii, znajdującej się niedaleko miejsca, gdzie niegdyś mieszkała rodzina Staadów.
– Wejść! – warknął Anders Peyna. – I lepiej niech to będzie coś ważnego, Arlenie!
Lokaj postarzał się od czasu, gdy Beson pojawił się u drzwi Peyny z listem od Piotra. Ale zmiany, jakie w nim zaszły, były nieznaczne, jeśli porównało się go z Peyną. Dawny sędzia najwyższy stracił prawie wszystkie włosy.
Szczupła sylwetka stała się chuda. Ale i włosy, i chudość niewiele znaczyły w porównaniu z tym, co stało się z jego twarzą. Dawniej malowała się na niej surowość. Teraz stała się ponura. Pod oczami pojawiły się ciemnobrązowe podkowy. Piętno rozpaczy malowało się wyraźnie na tej twarzy, a były po temu poważne powody. Właściciel jej przyglądał się, jak dzieło jego życia doprowadzono do ruiny… z zapierającą oddech łatwością i w przerażająco krótkim czasie. O tak, przypuszczam, że mądrzy ludzie wiedzą, jak kruchą w istocie rzeczą jest prawo, sprawiedliwość i cywilizacja, ale wolą o tym nie pamiętać, bo zakłóca im to spokój i psuje apetyt.
Przyglądanie się, jak niszczone jest dzieło życia z taką łatwością, jakby był to domek z klocków, jest samo w sobie nieprzyjemne, ale była jeszcze inna, o wiele gorsza sprawa, która nękała Peynę w ciągu ostatnich czterech lat. Wiedział on mianowicie, że Flagg nie doprowadził do owych ponurych zmian sam. Peyna mu w tym pomógł. Któż bowiem jak nie on dopilnował, żeby rozprawa Piotra odbyła się tak szybko? Któż był tak przekonany o jego winie… i to na podstawie takiego dowodu, jak łzy zrozpaczonego młodego chłopca?
Od dnia, gdy Piotra zaprowadzono na szczyt Iglicy, pień, na – którym ścinano” głowy na placu, nabrał koloru złowrogiej czerwieni. Nawet największy deszcz nie potrafił go domyć. A Peynie wydawało się, że widzi, jak owa złowieszcza barwa rozprzestrzenia się – pokrywa plac, ulice wiodące do targu, boczne uliczki. W swych niespokojnych snach obserwował strumyki świeżej krwi sączące się jaskrawymi, oskarżycielskimi smużkami pomiędzy kamieniami bruku i spływające strużkami do rynsztoków. Widział szańce Zamku Delain połyskujące krwawo w słońcu. Spostrzegł w fosie pływającego brzuchem do góry karpia, zatrutego krwią, która obficie wypływała ze ścieków i wydobywała się ze źródeł w głębi ziemi. Zobaczył, jak posoka zalewa pola i lasy. W owych nieszczęśliwych czasach słońce zaczęło przypominać mu nabiegłe krwią, martwiejące oko.
Flagg pozostawił go przy życiu. W karczmach ludzie szeptali zasłaniając usta ręką, że zawarł porozumienie z czarnoksiężnikiem – że może podał mu nazwiska niektórych zdrajców albo „miał coś” na Flagga, znał jakąś jego tajemnicę, która wyszłaby na jaw po śmierci Peyny. Oczywiście nie miało to najmniejszego sensu. Flagg nie należał do ludzi dających się zastraszyć – ani Peynie, ani komukolwiek innemu. Nie istniały żadne tajemnice. Nie zawarto żadnych układów ani porozumienia. Flagg po prostu pozwolił mu żyć… a Peyna wiedział dlaczego. Po śmierci znalazłby prawdopodobnie spokój. Żyjąc musiał znosić tortury własnego sumienia. Musiał przyglądać się strasznym zmianom, jakie mag wprowadzał w Delainie.
– No? – zapytał z irytacją. – O co chodzi, Arlenie?
– Przyszedł jakiś chłopak, panie. Mówi, że musi się z panem zobaczyć.
– Odeślij go – odparł z niezadowoleniem Peyna. Pomyślał, że jeszcze rok temu usłyszałby stukanie do drzwi frontowych, ale teraz wydawało mu się, że traci słuch z dnia na dzień.
– Wiesz doskonale, że nie przyjmuję po dziewiątej. Wiele się zmieniło, ale to nie.
Arlen odchrząknął.
– Znam go. To Dennis, syn Brandona. Jest teraz lokajem króla.
Peyna patrzył na Arlena nie wierząc własnym uszom. Może głuchnie jeszcze szybciej, niż myślał. Kazał słudze powtórzyć, ale brzmiało to identycznie jak poprzednio.
– Przyjmę go. Każ mu wejść.
– Tak jest, panie – Arlen skierował się do drzwi. Podobieństwo do tego wieczoru, gdy Beson przyszedł z listem od Piotra – nawet tak samo wył wiatr za oknami – wydało się Peynie uderzające.
– Arlen! – zawołał. Lokaj odwrócił się.
– Tak, panie.
Prawy kącik ust Peyny leciutko drgnął.
– A jesteś pewien, że to nie karzeł?