Dennis usiłował mówić jaśniej, ale nie potrafił znaleźć słów, aby oddać straszne chwile spędzone w zamkniętym korytarzyku z Tomaszem krzyczącym przed nim w ciemnościach i kilkoma jeszcze żyjącymi psami zmarłego króla szczekającymi pod nimi. Żadne słowa nie opiszą zapachu panującego w tym miejscu – woni tajemnic, które skwaśniały niczym mleko wylane w ciemnościach. Nie potrafił też wyrazić rosnącego strachu, że Tomasz wciąż znajdując się we śnie oszalał.
Wykrzykiwał imię królewskiego czarnoksiężnika raz za razem; błagał króla, żeby spojrzał do kielicha i zobaczył mysz, równocześnie płonącą i utopioną w winie. Dlaczego się tak na mnie gapisz? – wołał. A potem: Przyniosłem ci kieliszek wina, panie, żeby pokazać, że ja także cię kocham. W końcu krzyknął słowa, które Piotr poznałby z łatwością, słowa mające więcej niż czterysta lat: To Flagg! Flagg! To Flagg!
Dennis sięgnął po filiżankę, podniósł do ust, a potem pozwolił jej upaść. Rozprysła się na tysiąc kawałków na kamiennym kominku.
Wszyscy trzej patrzyli na potłuczoną porcelanę.
– A potem? – zapytał Peyna podejrzanie łagodnym głosem.
– Nic przez bardzo długi czas – powiedział Dennis przerywanym głosem. – Wzrok… przyzwyczaił mi się trochę do ciemności i zacząłem go widzieć. Zasnął… zapadł w sen przy tych dwu otworkach z brodą opartą o pierś.
– I długo tak pozostawał?
– Nie wiem, panie. Psy uspokoiły się. I może ja… ja…
– Też się trochę zdrzemnąłeś? Myślę, że tak się stało, Dennis.
– A potem wyglądało na to, że się obudził. W każdym razie otworzył oczy. Zasunął otwory w ścianie i znów zapadły ciemności. Usłyszałem, że się porusza, i podciągnąłem nogi, żeby się o nie nie potknął… jego koszula nocna… musnęła moją twarz…
Dennis skrzywił się przypominając sobie wrażenie, jakie wywołał jej dotyk – jakby pajęczyny poruszonej oddechem.
– Udałem się za nim. Wydostał się na korytarz… Dalej za nim szedłem. Zamknął drzwi tak, że znowu niczym nie odróżniały się od ściany. Wrócił do swoich komnat, a ja za nim.
– Czy spotkaliście kogoś? – zapytał Peyna tak ostro, że Dennis podskoczył. – Kogokolwiek?
– Nie. Nie, panie sędzio najwyższy. Ani żywej duszy.
– Aha – odetchnął z ulgą Peyna. – To znakomicie. Czy coś jeszcze wydarzyło się tej nocy?
– Nie, panie. Poszedł do łóżka i spał jak zabity. – Dennis zawahał się, a potem dodał: – Ja nie zmrużyłem oka ani tej nocy, ani w następne.
– A rano?
– Nic nie pamiętał.
Peyna chrząknął. Złożył dłonie i patrzył przez palce na gasnący ogień.
– Czy poszedłeś jeszcze raz do tajnego przejścia? Nieoczekiwanie Dennis zapytał:
– A ty wróciłbyś tam, panie?
Tak odparł sucho Peyna. Ale chciałbym wiedzieć, czy ty to zrobiłeś? Tak.
– Oczywiście. Ktoś cię zobaczył?
– Nie. Sprzątaczka minęła mnie w przedpokoju. Pralnie znajdują się piętro niżej, jak wiem. Czułem zapach szarego mydła, takiego jak używa moja mama. A gdy już sprzątaczka sobie poszła, odliczyłem cztery kamienie od tego ze szczerbą i wszedłem do środka.
– Żeby zobaczyć, co widział Tomasz. Tak, panie.
– I widziałeś to?
– Tak, panie.
– Co to było? – zapytał Peyna, mimo że wiedział. – Gdy odsunąłeś klapki zasłaniające otwory w ścianie, to co zobaczyłeś?
– O panie, bawialnię króla Rolanda – powiedział Dennis. – Z tymi wszystkimi głowami na ścianach. I… panie… – mimo dogasającego na kominku ognia młody lokaj zadrżał. – One… jakby na mnie patrzyły.
– Ale jednej z nich nie widziałeś – powiedział Peyna.
– Ależ nie, widziałem je wszystk… – przerwał szeroko otwierając oczy. – Dziewięciak! – sapnął. – Te otworki – przerwał, a oczy miał już teraz wielkości spodków.
W bawialni znów zapadła cisza. Na dworze zimowy wiatr zawodził i jęczał. A wiele mil od nich Piotr, prawy król Delainu, kulił się nad maleńkim warsztatem tkackim wysoko na niebie i pracował nad liną tak cienką, że prawie niewidoczną.
W końcu Peyna ciężko westchnął. Dennis popatrzył na niego ze swojego miejsca przy kominku błagalnie… z nadzieją… ze strachem. Stary sędzia powoli pochylił się do przodu i dotknął jego ramienia.
– Słusznie zrobiłeś przychodząc tutaj, Dennisie, synu Brandona. Dobrze się też stało, że podałeś jakiś powód swojej nieobecności – całkiem zresztą wiarygodny. Przenocujesz dzisiaj u nas, na strychu. Jest tam zimno, ale myślę, że będzie ci się tu spało lepiej niż ostatnio. Mam rację?
Dennis powoli skinął głową, a potem z prawego oka popłynęła mu łza i z wolna potoczyła się po jego policzku.
– A czy twoja mama ma jakieś pojęcie, dlaczego musiałeś odejść?
– Nie.
– Więc może jej to nie dotknie. Arlen zaprowadzi cię na górę. O ile wiem, koce należą do niego, więc musisz mu je oddać. Ale leży tam trochę siana i jest czysto.
– Jeden koc w zupełności mi wystarczy, panie – powiedział Arlen.
– Cicho! Młoda krew jest gorąca nawet podczas snu, Arlenie. Twoja zaś już ostygła. A koce mogą okazać ci się potrzebne… na wypadek, gdyby przyśniły ci się karły i trolle.
Arlen uśmiechnął się lekko.
– Rano sobie jeszcze porozmawiamy, Dennisie – ale chyba przez jakiś czas nie zobaczysz swojej mamy; muszę ci to powiedzieć, chociaż widzę po twojej minie, że sam się już domyślasz, iż powrót do Delainu okazałby się dla ciebie niezdrowy.
Dennis próbował się uśmiechnąć, ale w oczach czaił mu się strach.
– Miałem na myśli coś więcej niż grypę, gdy wyruszyłem tutaj, taka jest prawda. A teraz okazało się, że wystawiłem na szwank zdrowie pana.
Peyna uśmiechnął się sztywno.
– Jestem stary i Arlen też. Ludzie w naszym wieku rzadko kwitną zdrowiem. Czasami są dlatego ostrożni aż do przesady… a czasami gotowi wiele poświęcić. – Zwłaszcza, pomyślał, jeśli mamy wiele do odkupienia. – Porozmawiamy sobie jeszcze rano. Teraz jednak należy ci się odpoczynek. Oświeć mu drogę, Arlenie.
Tak, panie.
– I zajdź jeszcze do mnie.
– Tak, panie.
Arlen wyprowadził wyczerpanego Dennisa z pokoju, zostawiając Peynę dumającego nad dogasającymi płomieniami w kominku.
85
Gdy stary lokaj wrócił, Peyna powiedział cicho:
– Musimy teraz ułożyć plan, Arlenie, ale przedtem utocz nam trochę wina. Dobrze też zaczekać, aż chłopiec zaśnie.
– Panie, spał, zanim dotknął głową siana.
– Doskonale. Ale mimo to, utocz kroplę wina.
– Więcej i tak nie ma.
– Świetnie. Przynajmniej w drodze nie będą nas bolały głowy.
– Panie?
– Jutro wyruszamy na północ, Arlenie, wszyscy trzej. Wiesz o tym tak samo jak ja. Dennis twierdzi, że w Delainie szaleją bakterie – i tak też jest; zwłaszcza jedna czyha na nas. Jedziemy z powodów zdrowotnych.
Arlen powoli skinął głową.
– Byłoby zbrodnią zostawiać dobre wino poborcy podatków. Dlatego wypijemy je… a potem pójdziemy spać.
– Jak rozkażesz, panie. Oczy Peyny zabłysły.
– Ale zanim udasz się do łóżka, wejdziesz na strych i zabierzesz koc, który zostawiłeś chłopcu wbrew mojemu stanowczemu i dokładnemu poleceniu.
Arlen popatrzył na Peynę otwierając głupkowato usta. Peyna wielce udatnie przedrzeźnił jego minę. Po raz pierwszy i ostatni podczas swego zatrudnienia u Peyny Arlen wybuchnął głośnym śmiechem.
86
Peyna położył się, lecz nie mógł zasnąć. Ale to nie wiatr mu przeszkadzał, tylko zimny śmiech rozbrzmiewający w jego własnej głowie.