Frisky posłusznie ułożyła sobie łeb na łapach. Naomi uśmiechnęła się i wróciła do ogniska. Ben siedział przy nim obejmując kolana ramionami. Twarz miał ponurą i zamyśloną.
– Idzie śnieg.
– Znam się na chmurach równie dobrze jak ty, Benie Staad. A wróżki nałożyły księciu Ailon lisią czapę.
Ben rzucił okiem na księżyc i skinął głową. Potem znowu wpatrzył się w ognisko.
– Martwię się. Śnił mi się… no, wiesz, ten, czyjego imienia lepiej nie wymieniać.
Zapaliła cygaro. Podsunęła paczuszkę zawiniętą w kawałek muślinu, aby jej zawartość nie wysychała, Benowi, lecz on potrząsnął odmownie głową.
– Mnie się chyba też śniło to samo – powiedziała. Starała się, żeby głos jej brzmiał niedbale, ale nie zdołała usunąć z niego lekkiego drżenia.
Zrobił wielkie oczy.
– A tak – odparła, jak gdyby zadał jej pytanie. – Patrzy w jakiś świecący przedmiot i wypowiada imię Piotra. Nigdy nie należałam do histerycznych dziewcząt, które wrzeszczą na widok myszy albo pająka, ale budząc się z tego snu mam ochotę krzyczeć.
Popatrzyła na niego z zawstydzeniem, ale i wyzywająco.
– Ile razy już ci się pokazał?
– Dwa.
– Mnie śnił się cztery razy z rzędu. I nie patrz na mnie, jakbyś się bała, że cię przezwę mazgajem. Ja też mam ochotę krzyczeć po przebudzeniu.
– A ten świecący przedmiot… pod koniec snu wydaje się, że on go zdmuchuje. Myślisz, że to świeca?
– Nie. Sama wiesz dobrze. Skinęła głową.
Ben zastanowił się.
– Coś o wiele niebezpieczniejszego niż świeca, moim zdaniem… Chyba poczęstuję się twoim cygarem, jeśli można.
Podała mu. Ben zapalił je od ogniska. Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu patrząc, jak iskry wznoszą się na wietrze, który rozwiewał na niebie wzory z drobnego śniegu. Podobnie jak światło w ich wspólnym śnie, iskry gasły. Noc była atramentowo-czarna. Ben czuł, że wiatr ma zapach śniegu. Idzie wielki śnieg – pomyślał.
Naomi jakby czytała w jego myślach.
– Myślę, że nadchodzi wielka zamieć, taka jak w opowiadaniach starych ludzi. Nie?
– Uhm.
Z zupełnie niepodobnym do jej zwykłego, bezpośredniego sposobu mówienia wahaniem Naomi zapytała:
– Co oznacza ten sen? Potrząsnął głową.
– Nie umiem powiedzieć. Zagrożenie dla Piotra, tyle wiem. Ale jeśli ma on jeszcze jakieś inne znaczenie – o ile jestem w stanie się domyślić – to to, że musimy się pospieszyć. – Popatrzył na nią tak nagląco i szczerze, że aż zaparło jej dech. – Myślisz, że uda nam się dotrzeć do farmy Peyny już jutro?
– Powinno. Ale tylko bogowie wiedzą, co może się stać – pies złamie nogę, z lasu wyjdzie niedźwiedź, który nie zapadł w sen zimowy, i nas pożre, ale w zasadzie tak… powinno nam się udać. Wymieniłam wszystkie psy, które jechały z nami w tamtą stronę, poza Frisky, ale ona jest niezniszczalna. Jeśli śnieg nadejdzie wcześnie, zwolni nasze tempo, ale myślę, że pogoda jeszcze jakiś czas się utrzyma… tylko że im dłużej, tym gorzej potem będzie padać. W każdym razie tak mi się wydaje. Jeśli jednak utrzyma się dostatecznie długo i będziemy na zmianę biec obok sań, to chyba zdążymy. Ale i tak przecież musimy tam siedzieć i czekać, aż wróci twój przyjaciel, lokaj.
– Nie wiem. – Ben westchnął i potarł dłonią twarz. Faktycznie, co nam z tego przyjdzie? Cokolwiek miały oznaczać sny, wydawało się pewne, że wszelkie ważne wydarzenia odbędą się w zamku, a nie na farmie. Peyna wysłał Dennisa na zamek, ale jak zamierzał się on tam dostać? Ben nie wiedział, bo lokaj nie powiedział Peynie. A jeśli Dennisowi uda się wejść niepostrzeżenie, to gdzie się ukryje? Jest tysiąc nadających się do tego miejsc. Chyba że…
– Ben!
– Co? – odwrócił się do niej wyrwany brutalnie z zamyślenia.
– O czym teraz myślałeś?
– O niczym.
– Nieprawda. Oczy ci się zaświeciły.
– Tak? To pewnie myślałem o ciastkach. Pora spać. O świcie ruszamy.
Ale znalazłszy się w namiocie Ben długo jeszcze leżał, podczas gdy Naomi zapadła już w sen. W zamku jest tysiąc miejsc, w których można się ukryć. Ale do głowy przyszły mu dwa. Pomyślał, że na pewno znajdzie Dennisa w jednym z nich… albo w drugim.
Nareszcie zasnął…
…i śnił mu się Flagg.
95
Piotr rozpoczął niedzielę jak zwykle – od gimnastyki i modlitwy.
Obudził się rześki i gotów na wszystko. Rzuciwszy okiem na niebo, aby ocenić zbliżanie się zamieci, zjadł śniadanie.
Oczywiście używając serwetki.
96
W niedzielne południe każdy z mieszkańców Delainu wyszedł z domu co najmniej raz, żeby popatrzeć z zatroskaniem na północ. Wszyscy zgadzali się, że nadchodząca zamieć stanie się tematem przyszłych legend. Chmury toczące się od północy były koloru matowoszarego jak wilcza skóra. Robiło się coraz cieplej, aż z sopli wiszących u okapów zaczęła kapać woda po raz pierwszy od wielu tygodni, ale starcy zgodnie powtarzali (każdemu, kto chciał słuchać), że ich to nie zwiedzie. Temperatura gwałtownie spadnie i w kilka godzin później – może dwie, a może cztery – zacznie sypać śnieg. I, jak twierdzili, będzie tak padać przez wiele, wiele dni.
O trzeciej po południu ci z farmerów w Centralnych Baroniach, którzy jeszcze nie utracili swego bydła, zaczęli zapędzać je pod dach. Krowy szły rycząc z niezadowolenia – śnieg stopniał i wyłoniła się spod niego zeszłoroczna trawa po raz pierwszy od miesięcy. Yosef, postarzały i posiwiały, ale nadal żywotny siedemdziesięciodwulatek dopilnował, żeby wszystkie królewskie konie znalazły się w stajniach. Prawdopodobnie ktoś inny zajął się ludźmi króla. Kobiety wykorzystały ocieplenie susząc bieliznę pościelową, która normalnie zamarzłaby na sznurach, a gdy zapadł wczesny zmrok, wywołany nadchodzącymi burzowymi chmurami, wniosły ją do domu. Rozczarowały się – pranie nie wyschło. W powietrzu było za dużo wilgoci.
Zwierzęta okazywały niepokój. Ludzie łatwo wpadali w złość. Rozsądni karczmarze nie otwierali gospód. Zauważyli, że rtęć opada w barometrze, a długie doświadczenie nauczyło ich, że niskie ciśnienie powietrza skłania mężczyzn do bitki.
Delain przyczaił się przed nadchodzącą burzą i czekał.
97
Ben i Naomi na zmianę biegli koło sań. Dotarli do farmy Peyny o drugiej owego sobotniego popołudnia – mniej więcej o tej samej porze, gdy Dennis budził się na materacu z królewskich serwetek, a Piotr zaczynał jeść swój skromny lunch.
Naomi wyglądała naprawdę pięknie – wysiłek okrasił jej opalone policzki rumieńcem barwy jesiennych, czerwonych róż. Gdy sanie pośród naszczekiwań psów wjechały na podwórze Peyny, zwróciła swą śmiejącą się twarz do Bena.
– Bogowie – to rekordowy bieg! – zawołała. – Jesteśmy tu trzy, nie, cztery godziny wcześniej, niż myślałam, gdy wyruszaliśmy! I żaden pies nie dostał zawału! Hej, Frisky! Hej! Dobry piesek!
Frisky, wielka czarno-biała suka z rasy anduańskiej husky o szarozielonych oczach, prowadziła zaprzęg. Podskakiwała szarpiąc się w uprzęży. Naomi uwolniła ją i razem zaczęły tańczyć na śniegu. Był to jakiś niesamowity walc zarazem wdzięczny i barbarzyński. Pies i pani jakby wymieniali uśmiechy wyrażając swe głębokie przywiązanie. Inne zwierzęta leżały na śniegu ciężko dysząc, najwyraźniej w świecie wyczerpane, ale ani Frisky, ani Naomi nie sprawiały wrażenia zmęczonych.
– Hej, Frisky! Hej, kochanie! Dobry piesek! Poprowadziłaś wspaniały wyścig!
– Ale po co? – zapytał ponuro Ben.
Wypuściła łapy psa i odwróciła się do niego z gniewem… jednak przygnębienie malujące się na jego twarzy rozbroiło ją. Podążyła za jego wzrokiem i zrozumiała, o co chodzi. Znaleźli się na miejscu, ale po co? Farma świeciła pustkami. Czemu, na wszystkich bogów, tak się spieszyli? Ten dom będzie równie pusty za godzinę… dwie… trzy. Peyna i Arlen udali się na północ, a Dennis znajdował się gdzieś w zamku. Albo w celi więziennej lub w trumnie czekając na pogrzeb, jeśli go złapano.