Выбрать главу

„Chodzą, chodzą… We wszystkich miastach na świecie są ulice, po których wieczorami — odtąd dotąd — spacerują tłumy, gromady jednostek. Pokazać siebie — pooglądać innych, pooglądać innych — pokazać siebie. Chodzą, chodzą, a planeta zatacza się im pod nogami. Co to za zbiorowy instynkt, który ciągnie ich jak łososie na miejsce tarła? A inni siedzą przy telewizorach, rżną na podwórkach w durnia, grają w oko w zadymionych pokojach, podpierają ściany w tancbudach… Iluż ich jest tych zapóźnionych, którzy samych siebie skazują na wegetację? „Umiemy coś tam robić, zarabiamy nieźle, wszystko mamy, żyjemy nie gorzej niż inni — i dajcie nam święty spokój.” Samotni, którzy boją się pozostać sam na sam ze sobą, gubią się w złożoności życia i już nie zastanawiają się nad nim więcej… Znają tylko jedną niezawodną zasadę: żeby mieć powodzenie w życiu, trzeba być takim jak wszyscy. Więc chodzą, patrzą: jacy są wszyscy? Czekają na objawienie…”

Za przejrzystymi chmurami wędrował powoli księżyc, odepchnięty przez iluminowaną wspaniałość prospektu. Nikt się nim nie interesował.

„A w dzieciństwie i oni marzyli, aby żyć barwnie, ciekawie, aby żyć z celem, poznać świat… Nie ma człowieka, który by o czymś takim nie marzył. I teraz też zresztą marzą, słodko i bezsilnie. No więc w czym rzecz? Nie starczyło im siły, aby zamienić marzenia w życie? A po co? Po co folgować własnym marzeniom i silnym uczuciom — nie wiadomo jeszcze, do czego to doprowadzi! — jeśli można je sobie kupić, jeśli można bezpiecznie żerować na cudzej uczcie — życiu wymyślonych bohaterów. I przeżarli się, rozmienili na drobne, pozostało tylko tyle, ile trzeba, żeby spacerować po prospekcie…” Tuż obok przeszedł docent Chiłobok z dziewczyną. „Harry znowu nową poderwał” — powitał go w myśli przyjezdny.

Spojrzał za nim; może dogonić i zapytać o Kriwoszeina? „E, nie, od Chiłoboka lepiej trzymać się z daleka.”

Przyjezdny i Krawiec weszli na ten sam odcinek ulicy.

„…Kiedyś małpy człekokształtne rozdzieliły się: jedne wzięły w łapy kamienie i pałki, zaczęły pracować, myśleć, inne w dalszym ciągu huśtały się na gałęziach. Teraz na Ziemi rozpoczęło się nowe przejście, gwałtowniejsze i potężniejsze niż zlodowacenie: przeskok świata w nowy stan jakościowy. Ale co ich to obchodzi? Z góry godzą się, żeby pozostać przy swoim, przy telewizorach, przy pomocy techniki zaspokajać nieskomplikowane potrzeby — wściekał się w myśli Krawiec. — Co ich obchodzą wszystkie nowe możliwości — nauki, techniki, produkcji? Co ich obchodzi nasza praca? Dodać im rozumu, zręczności, zdolności — i co? Będą uczyć się nie dla osiągnięcia mistrzostwa i zaspokojenia ciekawości, ale po to, aby więcej dostać za swą wiedzę, za lekką pracę, aby wywyższyć się nad innych swoim poziomem. Będą wciąż nabywać i gromadzić, żeby wszyscy widzieli, jak dobrze ini się powodzi, żeby zapełnić wewnętrzną pustkę troską o rzeczy. No i na czarną godzinę, która może nie nadejść, ale przez którą wszystkie dni są szare… Nudno. Ucieknę do Władywostoku. Sam, zanim wyślą mnie przymusowo… Wtedy praca umrze śmiercią naturalną. Praca, która i tak w niczym im nie pomoże: przecież, żeby wykorzystać takie możliwości, trzeba stawiać sobie wielkie cele, mieć siłę ducha, być wewnętrznie niezaspokojonym. A „ni bywają niezadowoleni tylko z otoczenia: z warunków, znajomych, życia, rządu, ze wszystkiego oprócz siebie. No więc niech sobie spacerują. Nauka tu, jak to się mówi, jest bezsilna.” W tej chwili dzielił ich tylko budynek poczty.

Gniewne myśli Krawca znikły, zostało tylko jakieś nieuchwytne poczucie winy w stosunku do ludzi, którzy przechodzili koło niego.

„Ktoś powiedział: nikt tak nie gardzi tłumem jak wywyższająca się nad nim miernota… Kto to był? — zmarszczył czoło. — Zaraz, przecież to ja sam mówiłem tak o kimś innym. Oczywiście, że o kimś innym, przecież nie o sobie… — Poczuł obrzydzenie do siebie. — Przecież opluwając ich, opluwam samego siebie. Sam niedaleko od nich odszedłem, niedawno byłem taki sam… Zaraz, zaraz. Więc wygląda na to, że po prostu mam ochotę zwiać? Prysnąć? I żeby nie było głupio, żeby nie utracić szacunku dla samego siebie, podbudowuję to ideologicznie? Nikogo nie zdradziłem, wszystko w porządku, nauka jest bezsilna, tak musi być… Boże, jakże podłe i służalcze mogą być myśli inteligenta. (Nawiasem mówiąc, to też mówiłem albo myślałem, i też o kimś innym. Wszystkie prawdy stosujemy do bliźnich, tak po prostu łatwiej jest żyć.) A to właśnie ja jestem tym inteligentem. Wszystko uruchomiłem: i niechęć do tłumu, i rozważania teoretyczne… No, tak! — zaczerwienił się, zrobiło mu się gorąco. — Oto do czego może doprowadzić niepowodzenie. No dobrze, ale cóż ja mogę zrobić?”

Nagle nogi jak gdyby przykleiły mu się do asfaltu: naprzeciw zamaszyście kroczył chłopiec z plecakiem i płaszczem na ręku.

„Adam?” Krawcowi zrobiło się zimno, serce zamarło mu w piersiach

— jakby nie człowiek zbliżał się do niego, ale ucieleśniony wyrzut sumienia. Oczy Adama były zamyślone i złe, kąciki ust niechętnie opuszczone w dół. „Zaraz zobaczy mnie i pozna…” — Wiktor odwrócił oczy, aby się nie zdradzić, ale ciekawość była silniejsza: spojrzał prosto na tamtego. Nie, teraz Adam nie sprawiał wrażenia „niewolnika”, lecz człowieka pewnego siebie, silnego i zdecydowanego… W pamięci ożył obraz: rozczochrana głowa na tle ciemnych ścian, rozszerzone z nienawiści źrenice, pięciokilogramowa żelazna hantla, uniesiona nad jego twarzą.

Przyjezdny minął go. „Oczywiście, skądże miałby mnie poznać?

— westchnął z ulgą Krawiec. — Ale po co wrócił? Czego chce?” Spoglądał za oddalającym się chłopcem. „Może dogonić go, opowiedzieć, co się stało? Zawsze jakaś pomoc… Nie. Kto tam wie, co go tu przyniosło. — Znowu opanowała go rozpacz. — Doigraliśmy się, doeksperymentowali. niech to… Chowamy się przed sobą. Zaraz… przecież jest jeszcze jeden wariant. Tylko czy to coś da?” — Wiktor w napięciu zagryzł wargi.

Adam znikł wśród spacerowiczów.

„No, dość tej rozterki — potrząsnął głową Krawiec. — Nie sam pracuję. I uciekać też nie wolno, trzeba ratować pracę…” Wyciągnął z kieszeni drobne, przeliczył, przełknął ślinę z głodu i wszedł na pocztę.

Pieniędzy wystarczyło zaledwie na krótką depeszę: „Moskwa, Uniwersytet, Wydział Biologii, Kriwoszein. Przyjeżdżaj natychmiast. Walentin”.

Wysławszy depeszę, Krawiec wyszedł na prospekt, doszedł do rogu i skręcił w ulicę prowadzącą do Instytutu Systemologii. Przeszedł kawałek i obejrzał się, czy go kto nie śledzi. Ulica była pusta.

Tylko z budynku domu towarowego patrzyła na niego piękna dziewczyna oświetlona metrowymi literami neonu: „Przechowujcie pieniądze w kasie oszczędności”. Dziewczyna trzymała w ręku książeczkę oszczędności, a jej wzrok obiecywał, że pokocha tych, co oszczędzają.

Nad okienkiem recepcji w Domu Kołchoźnika widniał napis:

Miejsce dla człowieka — 60 kop.

Miejsce dla konia

— 1 rb. 20 kop.

Przyjezdny z Władywostoku westchnął i wyciągnął dowód osobisty.

— Proszę za sześćdziesiąt…

Rozdział czwarty

To, co niemożliwe, jest niemożliwe. Na przykład, niemożliwe jest poruszanie się szybciej od światła… Zresztą, gdyby nawet było to możliwe — czy warto się wysilać? I tak nikt tego nie dojrzy i nie oceni.

K. Prutkow — inżynier, myśl nr 17