— Jasne — skinął głową Onisimow zachowując zimną krew. „On!
Nie ma co: o n! Tylko po co ciągle kręci, na co liczy?” — Dobrze, zadam łatwiejsze pytanie: kto to jest Adam?
— Adam? Pierwszy człowiek na Ziemi. A co takiego?
— Dzwonił wczoraj do Instytutu… ten pierwszy człowiek, interesował się, gdzie jesteście, chciał się z wami zobaczyć.
Kriwoszein obojętnie wzruszył ramionami.
— A kim jest ten człowiek, który spotkał was na lotnisku?
— Ten, którego niezbyt dowcipnie nazwaliście moim wspólnikiem? To… — Kriwoszein w zamyśleniu uniósł i opuścił brwi. — Boję się, że to nie ten, za którego go wziąłem.
— Otóż właśnie i mnie się zdaje, że to nie ten! — ożywił się Onisimow. — Zupełnie nie ten! No, więc kto to jest?
— Nie wiem…
— Znowu chcecie się wykręcić! — płaczliwym głosem zawołał Onisimow i rzucił pióro. — Przestańcie zawracać głowę, obywatelu Kriwoszein, nie wypada po prostu! Dawaliście mu przecież pieniądze, czterdzieści rubli dziesiątkami. I co, nie wiedzieliście, komu dajecie?
W tym momencie do gabinetu wszedł młody człowiek w białym fartuchu i spojrzawszy z wyraźną ciekawością na Kriwoszeina położył na stole formularz i wyszedł. Onisimow spojrzał na dokument: był to wynik analizy daktyloskopijnej zatrzymanego. Kiedy podniósł wzrok na Kriwoszeina, na twarzy miał współczująco-triumfalny uśmiech.
— No więc właściwie to już wszystko. Możemy nie czekać na konfrontację z profesorem z Moskwy, zresztą na pewno jej i tak nie będzie. Odciski waszych palców, obywatelu Kriwoszein, są całkowicie identyczne z odciskami, pobranymi przeze mnie na miejscu przestępstwa. Możecie się sami przekonać, proszę! — Wyciągnął przez stół formularz i lupę. — Tak że skończmy już tę zabawę. I weźcie pod uwagę — głos Onisimowa stał się surowy — że to wasze pociągnięcie z lotem do Moskwy i fałszywymi dokumentami bardzo was obciąża… Za premedytację i próbę wprowadzenia w błąd organów ścigania sąd dodaje od trzech do ośmiu lat.
Kriwoszein w zamyśleniu wysunąwszy dolną wargę wpatrywał się w formularz.
— A powiedzcie, dlaczego nie można by przypuścić — powiedział spojrzawszy na Onisimowa — że istnieje dwu ludzi o jednakowych odciskach palców?
— Dlaczego? Choćby dlatego, że przez sto lat istnienia daktyloskopii czegoś takiego jeszcze nie było.
— No, wielu rzeczy dawniej nie bywało… sputników nie było, bomb wodorowych, maszyn elektronowych, a teraz są.
— A co tu mają do rzeczy sputniki? — wzruszył ramionami Onisimow. — Sputniki sputnikami, a odciski palców — to odciski palców, dowód nie do obalenia. No więc, będziecie odpowiadać?
Kriwoszein przenikliwie, zamyślonym wzrokiem spojrzał na oficera i miękko uśmiechnął się.
— Jak się nazywacie, towarzyszu?
— Nazywam się Matwiej Apollonowicz Onisimow, a co takiego?
— Wiecie co, towarzyszu Onisimow: rzućcie wy lepiej tę sprawę.
— Jak to, rzućcie?
— Zwyczajnie — zamknijcie. Jak to się tam u was formułuje: „z braku dowodów” czy „z braku cech przestępstwa”. I „przekazano do archiwum dnia tego a tego”
Onisimowa po prostu zatkało. Pierwszy raz w całej swojej praktyce milicyjnej zetknął się z podobną bezczelnością.
— Widzicie, towarzyszu Onisimow… będziecie kontynuować tę różnorodną i w normalnych przypadkach z pewnością pożyteczną działalność: przesłuchania, zatrzymania, identyfikacje, porównywanie odcisków palców, będziecie niepokoić różnych bardzo zajętych ludzi wezwaniami do wideotelefonu… — Kriwoszein rozwijał myśl gestykulując prawą ręką. — I przez cały czas będzie się wam wydawało, że — jeszcze trochę — i będziecie mieli rozwiązanie, że sprzeczności ułożą się w fakty, fakty w poszlaki, że uczciwość zatriumfuje, a zło dostanie wyrok z dodatkiem za premedytację… — westchnął ze współczuciem. — W żadne fakty te sprzeczności się nie ułożą, to nie ten przypadek. I rozwiązania też nie znajdziecie, po prostu dlatego, że poziomem myślenia nie dorośliście jeszcze do niego…
Onisimow nachmurzył się, z urazą zacisnął wargi.
— Nie, nie! — zamachał rękami Kriwoszein. — Nie pomyślcie tylko, że chcę was obrażać, powątpiewać w wasze zdolności detektywistyczne! Widzę przecież, że pracujecie z uporem i dokładnie. Tylko, jak by to powiedzieć? — popatrzył zmrużonymi oczyma na zalany słońcem prospekt za zakratowanym oknem. — Aha, weźmy taki przykład. Sześćdziesiąt lat temu, jak z pewnością wiecie, maszyny w fabrykach były napędzane parą albo dieslami. Przez hale biegł wał transmisyjny, od niego do maszyn biegły pasy napędowe, wszystko to kręciło się, warczało, klaskało i radowało swą barbarzyńską wspaniałością oko dyrektora albo właściciela. Potem przyszła elektryczność, w chwili obecnej wszystkie te urządzenia zastąpiły silniki elektryczne, które wbudowuje się bezpośrednio w maszynę…
Znów, tak jak wczoraj w czasie przesłuchania laboranta, Onisimowa ogarnęły wątpliwości: coś tu nie jest w porządku! Przez jego gabinet przewinęło się wielu ludzi, polerowali krzesło, wiercąc się wskutek niemiłych pytań: ponurzy młodzieńcy, którzy przez głupotę wplątali się w podejrzane historie, płaczliwe spekulantki, przypochlebnie swobodni w zachowaniu pracownicy aparatu gospodarczego zdemaskowani w czasie kontroli, zahartowani, znający wszystkie przepisy recydywiści… I wszyscy oni, wcześniej czy później, pojmowali, że gra jest przegrana, że nastąpiła chwila, kiedy trzeba się przyznać i starać, żeby w protokole wyraźnie była uwidoczniona szczerość przyznania się. A ten… siedzi jakby nigdy nic, macha ręką i starannie, na dobrym popularnym poziomie wyjaśnia, dlaczego należy zamknąć sprawę. „Znowu ten brak gry miesza mi szyki! No, nie, dwa razy w tym samym miejscu się nie pośliznę!” Onisimow był doświadczonym pracownikiem dochodzeniowym i wiedział dobrze, że liczą się nie wątpliwości i wrażenia, ale fakty. Te zaś — ciężkie i niewątpliwe — przemawiały przeciw Kriwoszeínowi i Krawcowi.
— …Teraz wyobraźcie sobie, że w jakiejś dawnej fabryce zamiana mechanicznego napędu maszyn na elektryczny zaszła nie w ciągu lat, ale od razu, przez noc — ciągnął Kriwoszein. — Co pomyśli sobie właściciel fabryki, kiedy przyjdzie rano na halę? Oczywiście, że ktoś ukradł maszynę parową, wał transmisyjny, pasy i koła. Aby pojąć, że to nie kradzież, ale przewrót techniczny, musiałby znać fizykę, elektrotechnikę, elektrodynamikę… Otóż wy, towarzyszu Onisimow, mówiąc obrazowo, jesteście właśnie w sytuacji takiego właściciela.
— Fizykę, elektrotechnikę, elektrodynamikę… — w roztargnieniu powtórzył Onisimow patrząc na zegarek: długo łączą tę Moskwę! — I teorię informacji, teorię modelowania procesów losowych też trzeba znać, co?
— Oho! — Kriwoszein odchylił się w krześle i spojrzał na Onisimowa z nieukrywanym zachwytem. — To i o tych naukach też wiecie?
— My wszystko wiemy, obywatelu Kriwoszein.
— No, widzę, że z wami łatwo nie pójdzie…
— Nie radzę nawet próbować. No, więc jak: będziemy liczyć na nielegalne zamknięcie sprawy czy powiemy całą prawdę?
— Uff… — Kriwoszein wytarł chusteczką czoło i policzki. — Gorąco tu u was… No, dobrze. Umówmy się tak, towarzyszu Onisimow: ja sam się zorientuję w tym zajściu, a potem powiem wam.
— Nie — pokręcił głową Onisimow. — Tak to my się nie będziemy umawiać. Nie ma takiego zwyczaju, żeby podejrzany sam prowadził dochodzenie w swojej sprawie. W ten sposób żadnego przestępstwa by się nie wykryło.