Выбрать главу

— A, niech to szlag trafi!… — zaczął Kriwoszein, ale otworzyły się drzwi i młodziutki porucznik oznajmił:

— Towarzyszu Onisimow, Moskwa!

Onisimow i Kriwoszein weszli na piętro, do pokoju łączności.

…Profesor Androsjaszwili przybliżył twarz do ekranu wideotelefonu tak gwałtownie, jakby chciał przebić od wewnątrz ekran kineskopu swym drapieżnym, orlim nosem. Tak, poznaje swego doktoranta Walentina Wasiliewicza Kriwoszeina. Tak, w ciągu ostatnich tygodni widywał go codziennie, a dat wcześniejszych spotkań nie podejmuje się określić, albowiem nie są to święta kalendarzowe.

Tak, doktorant Kriwoszein opuścił Uniwersytet na pięć dni za jego osobistym zezwoleniem. Armatnie „r” profesora wstrząsało głośnikiem wideotelefonu… Czuje się głęboko rozgoryczony i oburzony, że oderwano go od egzaminów dla jakiejś dziwacznej procedury.

Jeśli milicja — mówiąc to Androsjaszwili skierował gorące spojrzenie swych granatowoczarnych oczu na Onisimowa — przestanie wierzyć w dowody osobiste, które sama wydaje, to on najprawdopodobniej będzie zmuszony przekwalifikować się z biologa na eksperta od ustalania tożsamości wszystkich swoich doktorantów, studentów, krewnych, a ponadto także i wszystkich członków rzeczywistych i członków korespondentów Akademii Nauk, których ma honor znać!

Ale w tej sytuacji może powstać pytanie: kimże jest on sam, profesor Androsjaszwili, i czy dla potwierdzenia jego wątpliwej tożsamości nie należałoby dostarczyć samochodem milicyjnym rektora uniwersytetu albo — jeszcze lepiej — prezesa Akademii Nauk?

Wypowiedziawszy wszystko to jednym tchem, profesor na pożegnanie kiwnął głową;..Niedobrze! Wierzyć trzeba!” — i znikł z ekranu. Mikrofon przekazał do Dnieprowska trzaśniecie zamykanych drzwi. Na ekranie ukazał się łysy grubas z odznakami majora na niebieskiej koszuli, który z miną męczennika oświadczył:

— Co wy tam, towarzysze, sami nie możecie sobie poradzić?

Koniec!

Ekran zgasł.

„A profesor wciąż jeszcze íest na mnie obrażony — myślał Kriwoszein schodząc po schodach przed sapiącym wściekle Onisimowem. — Zresztą nic dziwnego: zlitował się nade mną, przyjął na studia doktoranckie poza konkursem, a ja się odwróciłem do niego plecami i coś ukrywam. Gdyby mnie nie przyjął, nic by z tego nie wyszło. Na egzaminach pociłem się jak pierwszoroczniak. Z filozofią i językiem jeszcze jakoś mi poszło, a z kierunku… Oczywiście, czyż przeczytane w pośpiechu podręczniki mogą zamaskować brak systematycznej wiedzy?”

…Było to rok temu. Po egzaminie z biologii Androsjaszwili zaprosił go do swojego gabinetu, usadowił w skórzanym fotelu, sam stanął przy oknie i zaczął mu się przyglądać, przechyliwszy na prawe ramię wielką łysiejącą głowę.

— Ile pan ma lat?

— Trzydzieści cztery.

— Na granicy… W przyszłym roku będzie pan obchodził w kręgu przyjaciół trzydzieste piąte urodziny i postawi pan krzyżyk na dziennych studiach doktoranckich. A zaocznie… one istnieją nie po to, aby się uczyć, ale żeby mieć dodatkowy płatny urlop, nie będziemy zresztą o tym mówić. Przeczytałem pana autoreferat: dobry, dojrzały, przeprowadza pan ciekawe porównania między pracą ośrodków nerwowych i układów elektronicznych. Postawiłem „celująco”.

Ale… — profesor podniósł kartę, spojrzał — egzaminu pan nie zdał, drogi panie! To znaczy zdał pan na trójkę, co sprowadza się do tego samego: z „dostatecznym” z kierunku nie przyjmujemy.

Twarz Kriwoszeina widocznie zmieniła się, ponieważ profesor zaczął mówić współczującym głosem.

— Niech pan powie, po co to panu potrzebne, przechodzić na studia doktoranckie? Przeglądnąłem pańskie dokumenty: pracuje pan w interesującym instytucie, ma pan dobre stanowisko, pan jest cybernetykiem?

— Systemotechnikiem.

— Dla mnie to niczym się nie różni. No więc po co?

Kriwoszein był przygotowany na takie pytanie.

— Właśnie dlatego, że jestem systemotechnikiem i systemologiem. Człowiek jest najbardziej złożonym i najwyżej zorganizowanym układem spośród wszystkich znanych. Chcę go zanalizować w pełni: jak zbudowane jest wszystko w ustroju ludzkim, jak powiązane, co na co oddziałuje. Mówiąc z grubsza, chcę poznać współdziałanie elementów.

— Żeby wykorzystać te zasady do tworzenia nowych układów elektronowych? — Androsjaszwili ironicznie skrzywił wargi.

— Nie tylko… a właściwie nie tyle. Widzi pan, panie profesorze…

kiedyś wszystko było inaczej. Upał i mróz, wytrzymałość w pogoni za zdobyczą lub w ucieczce przed niebezpieczeństwem, głód lub prymitywne jedzenie w rodzaju surowego mięsa, silne przeciążenia mechaniczne przy pracy, wałka, w której wytrzymałość czaszki sprawdzana była uderzeniami pałki, słowem, otoczenie stawiało kiedyś człowiekowi takie wymagania, jak… powiedzmy, jak instytucje wojskowe stawiają obecnie sprzętowi rakietowemu. (Profesor chrząknął, ale nic nie powiedział.) Takie środowisko przez setki tysięcy lat uformowało homo sapiens, Rozumnego Ssącego Kręgowca. Ale przez ostatnie dwieście lat, licząc od wynalazku maszyny parowej, wszystko zmieniło się. Stworzyliśmy sztuczne środowisko: silniki elektryczne, materiały wybuchowe, środki farmakologiczne, taśmy produkcyjne, komunalne systemy usługowe, transport, podwyższona radiacja atmosferyczna, maszyny elektronowe, szczepienia profilaktyczne, drogi asfaltowe, benzyna, wąska specjalizacja zawodowa… słowem, życie współczesne. Jako inżynier, ja również biorę udział w tworzeniu tego sztucznego środowiska, które obecnie określa życie człowieka w dziewięćdziesięciu procentach, a wkrótce będzie określać je w stu — przyroda pozostanie tylko na spacery niedzielne. Jednak jako człowiek sam odczuwam pewien niepokój…

— Po chwili ciągnął dalej: — To sztuczne środowisko pozbawia człowieka wielu cech i funkcji, nabytych w ciągu procesu ewolucyjnego.

Siła, zręczność, wytrzymałość obecnie kultywowane są tylko w sporcie, umiejętność logicznego myślenia, dumę starożytnych Greków — przejmuje maszyna. Natomiast nowych jakości człowiek nie nabywa — zbyt szybko zmienia się środowisko, ustrój biologiczny nie nadąża. Postępowi technicznemu towarzyszy uspokajający, ale niezbyt przekonywający bełkot, że człowiek zawsze będzie stał na wysokości zadania. Nawiasem mówiąc, niektóre konkretne jednostki już teraz nie stoją, a co dopiero będzie w przyszłości. Przecież ogromnej liczby ludzi nie stać na to, aby panować nad współczesnym życiem: wiele wiedzie, wiele umieć, szybko uczyć się nowego, pracować twórczo, optymalnie regulować swe zachowanie.

— I jak pan chce ini pomóc?

— Jak pomóc, nie wiem, ale warto choćby tylko należycie zbadać problem niewykorzystywanych przez człowieka zdolności organizmu. Na przykład, zanikające funkcje: powiedzmy, umiejętność naszych dalekich przodków przeskakiwania z drzewa na drzewo albo spania na gałęzi. Teraz to już nie jest potrzebne, ale odpowiednie struktury nerwowe pozostały. Albo weźmy „gęsią skórkę” na skórze, na której prawie nie ma włosów. Ten odruch jest realizowany przez niezwykle złożoną sieć nerwową. Może uda się przebudować, przeprogramować stare odruchy do nowych potrzeb?

— No tak! A więc marzy pan o modernizacji i racjonalizacji człowieka? — Profesor wysunął głowę do przodu. — Będzie już nie homo sapiens, ale homo modernus rationalis, co? A nie wydaje się panu, drogi panie systemotechniku, że drogą racjonalizacji można by człowieka zmienić w skrzynkę z jednym palcem do naciskania guzików? Można zresztą i bez palca, ze sterowaniem prądami bioelektrycznymi mózgu…

— Jeśliby zupełnie zracjonalizować, to można i bez skrzynki — wtrącił Kriwoszein.