— I to też racja! — profesor przechylił głowę na ramię, patrząc z zaciekawieniem na Kriwoszeina.
Wyraźnie podobali się sobie.
— Nie racjonalizować, ale wzbogacać: o tym myślałem.
— Wreszcie! — profesor szybko przeszedł się po gabinecie. — Wreszcie do szerokich kręgów techników, pogromców przyrody nieożywionej, twórców „sztucznego środowiska” zaczęła docierać myśl, że i oni są ludźmi! Nie nadludźmi, którzy za pomocą intelektu, tablic i nomogramów mogą pokonać wszystko i wszystkich, ale po prostu ludźmi. Czegóż to nie staramy się zbadać i pojąć: cząstki elementarne, próżnia, promienie kosmiczne, antyświaty, tajemnice Atlantydy… Tylko siebie nie chcemy zbadać ani zrozumieć. To, widzicie, trudne, nieciekawe, nie można tego uchwycić… Eche, świat może zginąć, jeśli każdy będzie się zajmował, tylko tym, co łatwo daje się uchwycić! — Głos profesora zadźwięczał bardziej gardłowo niż zwykle. — Człowiek odczuwa biologiczne zainteresowanie samym sobą tylko wtedy, kiedy musi iść do szpitala albo kiedy mu potrzebne zwolnienie… Pewnie, jeśli dalej tak pójdzie, to można będzie się obejść i bez skrzynki. Jak to się mówi: załatwią nas maszyny na cacy! — Zatrzymał się przed Kriwoszeinem, pochylił głowę i fuknął: — Ale z pana jest jednak dyletant, drogi systemotechniku!
Jak prosto to u pana wychodzi: przeprogramować stare odruchy…
Ach, żeby to było takie łatwe jak przeprogramowanie maszyny matematycznej! Tak… z drugiej strony, pan jest inżynierem, z koncepcją, ze świeżym spojrzeniem na zagadnienie, do tego odmiennym od naszego czysto biologicznego… Ojej, co ja zresztą wygaduję! Po co rozbudzam nierealne nadzieje, że coś z pana będzie! — Profesor odszedł pod okno. — Przecież pracy doktorskiej pan i tak nie napisze i nie obroni, zresztą i plany ma pan zupełnie inne. Czyż nie tak?
— Inne — przyznał Kriwoszein.
— Widzi pan. Powróci pan do swojej systemologii, a mnie się dostanie od rektora, że nie wychowałem młodych kadr… E tam, biorę! — bez żadnego przejścia zakończył Androsjaszwili. Podszedł do Kriwoszeina. — Tylko trzeba się będzie uczyć, przejść pełny kurs biologii. W przeciwnym razie żadnych możliwości w człowieku pan nie znajdzie, jasne?
— Oczywiście! — z radością zgodził się tamten. — Po to przyjechałem.
Profesor krytycznie spojrzał na niego, przyciągnął za ramię.
— Zdradzę panu tajemnicę: sam się uczę. Na wieczorowych studiach, na wydziale techniki elektronicznej MIE, na trzecim roku. Na wykłady chodzę i ćwiczenia Odrabiam, i nawet z dwóch przedmiotów jestem „do tyłu”: z elektroniki przemysłowej i fizyki kwantowej.
Też chcę się dowiedzieć, co i jak, będzie mi pan pomagał… tylko ani słowa!
Powrócili do gabinetu Onisimowa. Kapitan zaczął chodzić od ściany do ściany. Kriwoszein spojrzał na zegarek: po piątej — nachmurzył się żałując straconego czasu.
— No, towarzyszu Onisimow, moje alibi zostało potwierdzone.
Oddajcie mi, proszę, dokumenty i rozstaniemy się.
— Nie, chwileczkę! — Onisimow, wściekły i niepewny, biegał po pokoju.
Matwiej Onisimow był, jak wspomniano wyżej, doświadczonym pracownikiem śledczym i w chwili obecnej rozumiał doskonale, że wszystkie fakty tej przeklętej sprawy zwróciły się przeciw niemu.
Kriwoszein żyje, więc stwierdzona i zaprotokołowana śmierć Kriwoszeina jest pomyłką. Tożsamości zmarłego czy zabitego nie ustalił, przyczyny zgonu lub zabójstwa również i nawet nie wyobraża sobie, jak się do tego zabrać… Motywów przestępstwa nie zna, cała wersja się wywraca, zwłok nie ma! Wszystkie fakty świadczą o tym, że oficer dochodzeniowy Onisimow przeprowadził śledztwo w sposób skandaliczny. Próbował zebrać myśli. „Profesor Azarow rozpoznał w zmarłym Kriwoszeina. Profesor Androsjaszwili rozpoznał żywego Kriwoszeina i potwierdził jego alibi. A wiec albo jeden, albo drugi zeznał fałszywie. Kto — nie wiadomo. Trzeba więc włączyć obu do śledztwa. Tylko… włączyć do śledztwa takich ludzi, narazić ich na podejrzenie, a potem znowu okaże się, że nie trafiłem! Nie pozbieram się!”
Słowem, Onisimow jasno zdawał sobie sprawę z jednego: w żadnym wypadku nie można Kriwoszeina wypuścić z rąk.
— Nie, poczekajcie! Nie uda się wam, obywatelu Kriwoszein, powrócić do waszych ciemnych sprawek! Myślicie, że jeśli… ucharakteryzowaliście zabitego, a potem zlikwidowaliście zwłoki, to wszystko wam się uda? Jeszcze sprawdzimy, kto to jest ten Androsjaszwili i dla jakich motywów was broni! Poszlaki przeciw wam istnieją nadaclass="underline" odciski palców, kontakt ze zbiegłym, próby wręczenia pieniędzy…
Kriwoszein hamując rozdrażnienie podrapał się w brodę.
— Właściwie nie bardzo wiem, co mi inkryminujecie: że zostałem zabity czy że jestem zabójcą?
— Wyjaśnimy, obywatelu! — tracąc resztki opanowania uciął Onisimow. — Wszystko wyjaśnimy! Tylko nie może być, żebyście nie mieli z tą sprawą nic wspólnego… to jest niemożliwe!
— Niemożliwe, co? — Kriwoszein zbliżył się do Onisimowa, jego twarz nalała się krwią. — Sądzicie, że skoro pracujecie w milicji, to wiecie, co jest możliwe, a co że „niemożliwe”!
Nagle twarz jego zaczęła się zmieniać: nos wysunął się do przodu, zgrubiał, nabrał koloru liliowego i zagiął się w dół, oczy rozszerzyły się i z zielonych stały się czarne, włosy nad czołem posiwiały i cofnęły się, ukazując łysinę, na górnej wardze pojawiły się siwe wąsiki, szczęka skróciła się… Po chwili na wstrząśniętego Onisimowa patrzyła gruzińska twarz profesora Androsjaszwili z zaczerwienionymi białkami oczu, potężnym nosem o gniewnie rozdętych nozdrzach i sinymi od zarostu policzkami.
— Myślisz, kaco, że skoro pracujesz w milicji, to wiesz, co jest możliwe, a co niemożliwe?!
— Przestańcie! — Onisimow cofnął się ku ścianie.
— Niemożliwe! — szalał Kriwoszein. — Ja wam pokażę „niemożliwe”!
Ostatnie zdanie zakończył śpiewnym, głębokim głosem, a twarz jego zaczęła szybko przybierać rysy Heleny Kołomyjec: zadarty miły nosek, różowe okrągłe policzki, wygięte łuki gęstych brwi, oczy świecące szarym blaskiem…
„No, jeśli teraz ktoś wejdzie…” — przeleciało przez rozpaloną głowę Onisimowa: rzucił się, żeby zamknąć drzwi na klucz.
— Ej! A to co znowu?! — Kriwoszein, przybrawszy swój poprzedni wygląd, stał na środku pokoju w postai wie bokserskiej.
— Nie, ja… pan mnie źle zrozumiał… — półprzytomnie mamrotał Onisimow idąc w kierunku biurka. — Co pan robi?!
— Uff., tylko niech wam do głowy nie przyjdzie telefonować! — Kriwoszein dysząc usiadł; twarz mu błyszczała od potu. — Bo mogę zamienić się w was. Chcecie?
Nerwy zupełnie zawiodły Onisimowa. Otworzył szufladę.
— Nie trzeba… uspokójcie się… przestańcie… nie trzeba… Proszę, oto wasze dokumenty.
— No, tak to już lepiej… — Kriwoszein wziął dokumenty i podniósł z podłogi torbę. — Kiedy mówiłem po dobremu, że tą sprawą lepiej się nie interesować, to nie uwierzyliście. Mam nadzieję, że teraz was przekonałem. Żegnajcie… majorze Pronin!
Wyszedł. Onisimow stał w prostracji, przysłuchując się jakiemuś stukaniu, które rozlegało się w pokoju. Po chwili zrozumiał, że to stukają jego zęby. Ręce też mu się trzęsły. „Co się ze mną dzieje?! — chwycił za słuchawkę, cisnął ją, usiadł na krześle i bezsilnie oparł głowę o chłodną płytę biurka. — Niech szlag trafi taką robotę…” Drzwi otworzyły się szeroko, na progu pojawił się Zubato z drewnianą skrzynką w rękach.