— Słuchaj, Matwiej, to rzeczywiście jest kryminalistyczna sensacja stulecia! Gratuluję! — zakrzyczał od progu. — Och, cholera, to dopiero! — Z hukiem postawił skrzynkę na stole, otworzył, zaczął wyrzucać na podłogę watę. — Dopiero co dostarczyli mi to z pracowni rzeźbiarskiej… Patrz!
Onisimow podniósł wzrok. Przed nim stała wyrzeźbiona z plasteliny głowa Kriwoszeina — ze spadzistym czołem, zadartym grubym nosem i szerokimi policzkami.
Rozdział piąty
Najprostszy sposób ukrycia chromania na lewą nogę to chromać i na prawą. Nabiera się wówczas wyglądu wilka morskiego, chodzącego kołyszącym się krokiem.
„Bałwan skończony, groszowy bohater! — wymyślał sobie Kriwoszein — też znalazłem zastosowanie dla odkrycia: milicję straszyć… Przecież i tak by mnie wypuścił, nic by mi nie zrobił.” Mięśnie twarzy i tułowia bolały go tępo. Wewnątrz powoli mijał bolesny świąd gruczołów. „Jednak trzy transformacje w ciągu kilku minut to za dużo. Przesadziłem. Co tam, nic mi się nie stanie. Na tym polega cała sztuka, że nic mi się nie może stać…” Niebo ponad domami szybko granatowiało. Neony nad sklepami, kawiarniami i kinami zapalały się z lekkim syczeniem”. Myśli doktoranta powróciły do spraw moskiewskich.
„Androsjaszwili nic po sobie nie dał poznać, nawet się nie zainteresował, dlaczego mnie zatrzymali. Rozpoznał i tyle. Jasne: skoro Kriwoszein ukrywa przede mną swoje sprawy, to nie życzę sobie o nich nic wiedzieć. Obraził się stary… Było zresztą za co, przecież właśnie w rozmowie z nim sprecyzowałem cel doświadczeń. Jaka tam zresztą rozmowa. Po prostu kłótnia… Tylko że nie z każdym można się pokłócić i w efekcie wzbogacić koncepcyjnie…”
…Profesor wciąż go obserwował, przyglądał się z ironicznym zainteresowaniem, jakimi to odkryciami zadziwi świat biolog-dyletant?
Kiedyś, w grudniowy wieczór, Kriwoszein dopadł go w gabinecie i wypowiedział wszystko, co myśli o życiu w ogóle, a o człowieku w szczególności. To był udany wieczór: siedzieli, palili, rozmawiali, a za oknem wyła i ciskała w szyby śnieżną krupą moskiewska grudniowa zamieć.
— Każda maszyna jest jakoś zbudowana i coś robi — mówił Kriwoszein. — W maszynie biologicznej o nazwie „Człowiek” również można wyeksponować dwie strony: podstawową i operacyjną. Operacyjna — narządy zmysłów, mózg, nerwy ruchowe, mięśnie szkieletowe — zasadniczo poddaje „Się świadomości ludzkiej. Oczy, uszy, narząd przedsionkowy, segmenty czuciowe skóry, zakończenia czuciowe języka i nosa, receptory nerwowe bólu i temperatury przyjmują bodźce ze środowiska zewnętrznego, zmieniają je w impulsy elektryczne (zupełnie jak układy wejściowe w maszynie elektronicznej), mózg i rdzeń analizują impulsy według zasady „pobudzenie — hamowanie” (podobnie jak układy impulsowe maszyny), zamykają i otwierają obwody nerwowe, przesyłają rozkazy mięśniom szkieletowym, które wykonują wszelkie działania, znowu na podobieństwo elementów wykonawczych maszyny.
Ta operacyjna część organizmu może być przez człowieka sterowana, nawet odruchy bezwarunkowe (na przykład bólowy) mogą być hamowane wysiłkiem woli. Natomiast część podstawowa, zawiadująca podstawowym procesem, od którego zależy życie — przemianą materii — wymyka się spod kontroli człowieka. Płuca wciągają powietrze, serce pędzi krew po ciemnych zakamarkach ciała, przełyk kurcząc się przepycha kęsy pokarmu do żołądka, trzustka wydziela hormony i enzymy, żeby rozłożyć pokarm na składniki, które mogą zostać wchłonięte przez jelita, wątroba wydziela do krwi glukozę…
Tarczyca i przytarczyczki wytwarzają swoje dziwaczne substancje: tyroksynę i paratyreoidynę; one to decydują, czy człowiek wyrośnie i zmądrzeje, czy też pozostanie karłem i kretynem, czy będzie miał mocny szkielet, czy też będzie mu można kości zawiązywać w węzeł. Marny wyrostek na podstawie mózgu — przysadka mózgowa — za pomocą swych wydzielin dyryguje całą tajemniczą kuchnią wydzielania wewnętrznego, a ponadto jeszcze reguluje pracę nerek, ciśnienie krwi oraz umożliwia pomyślne rozwiązanie ciąży… I nad tą częścią ustroju, która b u d u j e człowieka — decyduje o jego budowie, kształcie czaszki, psychice, zdrowiu i sile — świadomość nie ma władzy.
— Wszystko w porządku — uśmiechnął się Androsjaszwili. — W pańskiej części operacyjnej łatwo rozpoznać działanie „animalnej” czy raczej somatycznej części układu nerwowego, w podstawowej — zakres działania ośrodków wegetatywnych. Te nazwy powstały jeszcze w osiemnastym wieku, po łacinie „animalis” oznacza zwierzęcy, a „vegetativus” — roślinny. Osobiście nie uważam, aby terminy te były trafne. Może na poziomie dwudziestego wieku pańskie techniczne nazwy są bardziej odpowiednie. Ale niech pan mówi dalej.
— Maszynę, nawet elektroniczną, konstruuje i wytwarza człowiek. Wkrótce zajmą się tym same maszyny, zasada jest jasna — ciągnął Kriwoszein. — Ale czemu człowiek nie miałby konstruować sam siebie? Przecież przemiana materii jest regulowana przez ośrodkowy układ nerwowy: od mózgu ku gruczołom, naczyniom i jelitom biegną takie same nerwy, jak ku mięśniom i narządom zmysłów.
Dlaczego człowiek nie miałby kierować tymi procesami, tak jak ruchami palców? Dlaczego świadomy udział człowieka w przemianie materii przejawia się tylko zaspokajaniem głodu, pragnienia i niektórych odwrotnych potrzeb? Przecież to śmieszne: homo sapiens, król przyrody, korona stworzenia, twórca niebywale złożonej techniki, dzieł sztuki, a w podstawowych procesach życiowych różni się od krowy i dżdżownicy tylko tym, że używa widelca, łyżki i napojów alkoholowych!
— A czemu panu tak zależy na tym, żeby wydzielać do krwi cukier, enzymy i hormony koniecznie wysiłkiem myśli i woli? — Profesor uniósł krzaczaste brwi. — Po co, niech pan mi łaskawie wyjaśni, poza wszystkimi problemami i kłopotami w katedrze mam sobie łamać bez przerwy głowę, ile mam wydzielić adrenaliny i insuliny i dokąd je kierować? Układ wegetatywny sam kieruje przemianą materii, nie obciążając człowieka dodatkowymi problemami, no i bardzo dobrze!
— Czy naprawdę tak dobrze, panie profesorze? A choroby?
— Choroby… więc tu pana boli: choroby jako wyraz błędnej pracy podstawowego systemu konstrukcyjnego. — Brwi profesora wygięły się w sinusoide. — Uszkodzenia, które próbujemy naprawiać pigułkami, okładami, szczepionkami, zabiegami operacyjnymi i to bynajmniej nie zawsze z powodzeniem. Ale… choroby to przecież wynik tych oddziaływań otoczenia, do których ustrój nie jest przystosowany.
— A czemu nie jest przystosowany? Przecież na ogół wiemy, co jest szkodliwe, na tym opiera się profilaktyka, technika bezpieczeństwa i higieny pracy, ochrona pracownika. Ale niech pan zwróci uwagę, jakie to pasywne słowa: profilaktyka, bezpieczeństwo, ochrona… słowem, byle dalej od nieszczęścia! A środowisko podrzuca nam coraz to nowe zagadki: to promienie Roentgena, to łuk spawalniczy, to izotopy…
— Dobrze! — Profesor podniósł ręce. — Domyślam się, że ma pan gotową koncepcję na ten temat i że nie może się pan doczekać, kiedy rozmówca szeroko otworzy oczy i z trwożną nadzieją zapyta: „No więc dlaczego?” Zgadzam się! Niech pan uważa: otwieram szeroko oczy”— wesoło błysnął przekrwionymi białkami — i zadaję to oczekiwane pytanie: więc dlaczego człowiek nie potrafi świadomie sterować przemianą materii?
— Ponieważ zapomniał, jak się to robi! — wypalił Kriwoszein.