Выбрать главу

— Ha! — profesor z zadowoleniem klepnął się po kolanach. — Wiedział, tylko zapomniał? Tak jak numer telefonu? A to ciekawe!

— Należy pamiętać, że w mózgu ludzkim znajduje się ogromna ilość nieczynnych komórek nerwowych: dziewięćdziesiąt dziewięć procent, a u niektórych nawet dziewięćdziesiąt dziewięć z ułamkiem.

Jest nieprawdopodobne, aby istniały one tak po prostu, na zapas; przyroda nie znosi nadmiaru. Można z dużym prawdopodobieństwem przypuścić, że komórki te zawierały informację, która została utracona. Niekoniecznie informację słowną — tej w naszym układzie nerwowym jest i dziś niewiele, poza tym jest za mało precyzyjna i ogólna — ale biologiczną, wyrażającą się w obrazach, odczuciach, wrażeniach…

— Stop, dalej już sam wiem! — z zachwytem zawołał profesor. — Marsjanie! Nie, nawet lepiej niż Marsjanie — przecież do Marsa tylko patrzeć, jak dotrzemy, można będzie sprawdzić — ale powiedzmy, mieszkańcy istniejącej kiedyś między Marsem a Jowiszem planety, która rozpadła się na asteroidy. Żyły tam sobie kiedyś wysoko zorganizowane istoty, miały sztuczne, bardzo urozmaicone środowisko i umiały sterować swymi ustrojami, aby móc się do niego przystosować, a także dla zabawy. I ci mieszkańcy, czując, że ich ojczysta planeta za małą chwilę się rozleci, przeprowadzili się na Ziemię..

— Może i tak było — skinął głową Kriwoszein z niezmąconym spokojem. — W każdym razie, można przypuszczać, że człowiek miał wysoko rozwiniętych przodków niezależnie od tego, skąd się wzięli.

Przodkowie ci zdziczeli, trafiwszy w dzikie, prymitywne środowisko i ciężkie warunki życia ery kenozoicznej. Upał, dżungle, błota, zwierzęta — i żadnych wygód. Życie sprowadzało się do walki o przetrwanie, cały wysublimowany układ nerwowy okazał się nieprzydatny. I w ciągu wielu pokoleń utracili wszystkie umiejętności: od pisania do sterowania przemianą materii… Przecież, panie profesorze, gdybyśmy obecnie umieścili mieszczucha w dżungli, to stałoby się z nim to samo!

— Efektowne! — cmoknął z zadowoleniem Androsjaszwili. — I te nadliczbowe komórki w mózgu pozostały razem z wyrostkiem robaczkowym i owłosieniem pod pachami? Teraz rozumiem, dlaczego mój dobry znajomy, profesor Walerno, nazywa fantastykę „intelektualną rozpustą”.

— Dlaczego? I co tu ma…

— A dlatego, że zamiast trzeźwych rozważań podsuwa efektowną grę wyobraźni.

— No, wie pan — rozzłościł się Kriwoszein — u nas, w systemologii, hipotez roboczych nie podważa się cytatami z wypowiedzi znajomych. Każda koncepcja jest do przyjęcia, jeśli jest płodna.

— A u nas w biologii, towarzyszu doktorancie — wrzasnął nagle profesor, wytrzeszczywszy oczy — u nas, w biologii, mój drogi, do przyjęcia są tylko koncepcje oparte na trzeźwym podejściu materialistycznym! A nie na odłamkach fantastycznej planety! My mamy do czynienia ze zjawiskiem ważniejszym niż technika — z życiem! I ponieważ pan w tej chwili znajduje się nie „u was”, ale „u nas”, radzę o tym pamiętać! Byle dyletant… eche! — i natychmiast uspokoił się, przeszedł na spokojniejszy ton. — Dobrze, przyjmijmy, że rozbiliśmy po talerzu. Teraz poważnie: dlaczego pańska hipoteza, łagodnie mówiąc, jest wątpliwa? Po pierwsze, „nieczynne” komórki mózgu to określenie z żargonu technicznego, całkowicie niestosowalne do obiektów biologicznych. Komórki żyją, a więc są czynne. Po drugie, dlaczego te miliony komórek nie miałyby istnieć jako rezerwa?

Androsjaszwili wstał i spojrzał z góry na Kriwoszeina.

— Ja, drogi towarzyszu doktorancie, też trochę znam się na technice, ostatecznie jestem studentem wieczorowego MIE! — i wiem, że u was… hm! — u was w systemotechnice istnieje też pojęcie i problem niezawodności. Niezawodność systemów elektronicznych zabezpiecza się rezerwą elementów podzespołów, a nawet zespołów.

Czemu więc nie przypuścić, że przyroda stworzyła w człowieku taką właśnie rezerwę dla zabezpieczenia niezawodnej pracy mózgu?

Przecież komórki nerwowe nie regenerują.

— Strasznie duża ta rezerwa! — pokręcił głową doktorant. — Przeciętny człowiek zadowala się milionem komórek z miliardów możliwych.

— A u ludzi utalentowanych pracują dziesiątki milionów! A u genialnych… zresztą u nich jeszcze nikt nie mierzył — może i setki milionów. Być może, mózg każdego z nas zaplanowany jest, powiedzmy, na genialną działalność? Jestem skłonny przypuszczać, że właśnie genialność, a nie przeciętność jest naturalnym stanem człowieka.

— Efektownie powiedziane, panie profesorze.

— O, widzę, że pan się złości… Ale jakkolwiek by było naprawdę, te argumenty mają nie mniejszą wartość niż pańska hipoteza o zdziczałych Marsjanach. No, a jeśli wziąć pod uwagę, że jestem pańskim kierownikiem, a pan — moim doktorantem, to nawet większą wartość. — Profesor usiadł. — Ale wróćmy do podstawowego problemu: dlaczego człowiek dzisiejszy nie panuje nad układem wegetatywnym i przemianą materii we własnym ustroju? Wie pan dlaczego? Po prostu jeszcze do tego nie doszedł.

— Ach, tak!

— Tak. Środowisko uczy organizm ludzki tylko w jeden sposób.

Odruchowowarunkowym „wkuwaniem”. Wie pan przecież, że do wytworzenia odruchu warunkowego trzeba wielokrotnie powtarzać sytuację i bodziec. Tak właśnie powstaje doświadczenie życiowe. A po to, by powstało doświadczenie dziedziczone w postaci odruchów bezwarunkowych, wiele pokoleń musi wkuwać przez tysiące lat…

Słusznie pan wspomniał o biologicznej, nie dającej się wyrazić słowami informacji w organizmie. Odruchy warunkowe i bezwarunkowe — to właśnie ta informacja. A nad odruchami świadomość panuje, co prawda w ograniczonym zakresie. Przecież nie uświadamia pan sobie od początku do końca, jakie mięśnie należy uruchomić, kiedy zapala pan papierosa, tak jak nie planuje pan całego chemizmu skurczu mięśniowego… Świadomość daje polecenie: zapalić! A dalej włączają się odruchy — zarówno specyficzne, nabyte przez nadużywanie tego złego przyzwyczajenia: ugnieść papierosa, zaciągnąć się — jak i przekazane przez dalekich przodków nieswoiste: odruch chwytania, odruch oddechowy…

Androsjaszwili — nie wiadomo, dla demonstracji czy z potrzeby — zapalił papierosa i wypuścił w górę dym.

— Zmierzam do tego, że świadomość kieruje wtedy, kiedy jest czym kierować. W operacyjnej części ustroju, gdzie końcowym efektem, jak podkreślił to jeszcze Sieczenow, jest czynność mięśniowa… no, pamięta pan? — Profesor odchylił się w fotelu i z rozkoszą zacytował: — „Śmiech dziecka na widok zabawki, uśmiech Garibaldiego wypędzonego za nadmierną miłość ojczyzny, drżenie dziewczyny na pierwszą myśl o miłości, stworzenie przez Newtona praw fizyki i zapisanie ich na papierze — wszędzie tu końcowym efektem jest ruch mięśniowy…” Ach, jak pięknie pisał Sieczenow!

No więc w tej części operacyjnej świadomość ma czym kierować, ma co wybrać z niezliczonych milionów odruchów warunkowych i bezwarunkowych na każdą nieszablonową sytuację. A w części konstrukcyjnej, tam gdzie, pracuje wielka chemia organizmu, świadomość nie ma czym kierować. No, niech pan się sam zastanowi, jakie ma pan odruchy warunkowe związane z przemianą materii?

— Pić albo nie pić, poproszę jeszcze trochę chrzanu, nie znoszę wieprzowiny, palenie i… — Kriwoszein zaciął się — no jeszcze, powiedzmy, mycie się, mycie zębów…

— Można wymienić jeszcze z dziesięć podobnych — skinął głową profesor — ale przecież to są wszystko małe, na wpół chemiczne, na wpół mięśniowe, powierzchowne refleksiki. A głębiej w ustroju odruchy bezwarunkowe są powiązane tak jednoznacznie, że i sterować nie ma czym: zmniejsza się zawartość tlenu we krwi — oddychaj, brak paliwa dla mięśni — jedz, wydaliłeś wodę — pij. I żadnych wariantów… A przecież nie można powiedzieć, że życie nie uczyło ludzi reakcji metabolicznych. Przeciwnie, uczyło i to bardzo surowo.