Выбрать главу

No i zastrzeliliśmy. Przez głupie drobiazgi psujemy wielką sprawę.

Przez drobiazgi, nieprzemyślanie, strach… Trzeba było nie rozjeżdżać się w różne strony, ale od początku przyciągać ludzi, którzy coś sobą reprezentują, takich jak Androsjaszwili na przykład. Tak, tylko że wtedy go nie znałem, a teraz, kiedy przechodzi, łypiąc na mnie złym okiem, nawet próbować nie warto…”

…Wszystko to stało się na wiosnę, pod koniec marca, kiedy Kriwoszein dopiero zaczął opanowywać sposób sterowania przemianą materii w swoim organizmie. Zajęty sobą, nie zauważał nadchodzącej wiosny, zanim nie został do tego zmuszony; z dachu czteropiętrowego budynku zakładu chemii spadł na niego kilkunastokilogramowy sopel. Gdyby spadł kilka centymetrów w lewo, nastąpiłby gwałtowny koniec doświadczeń nad przemianą materii w jego organizmie, podobnie zresztą jak i samego organizmu. Na szczęście sopel przeciął mu tylko prawe ucho, złamał obojczyk i zwalił z nóg.

— Oj, co za nieszczęście! Oj, jakie nieszczęście!… — usłyszał, kiedy wróciła mu przytomność. Był to Androsjaszwili, który klęcząc nad nim obmacywał mu głowę i rozpinał płaszcz. — Zabiję tego kierownika, śniegu nie sprzątają! — potrząsnął z wściekłością pięścią. — Może pan iść? — pomógł Kriwoszeinowi wstać. — Nic, głowa względnie cała, obojczyk zrośnie się w ciągu kilku tygodni, mogło być gorzej… Niech pan się trzyma, odprowadzę pana do ambulatorium.

— Dziękuję, panie profesorze, ja sam — odpowiedział Kriwoszein nadrabiając miną, chociaż w głowie mu huczało. Udało mu się nawet uśmiechnąć. — Dojdę, przecież to blisko…

Szybko, prawie biegiem ruszył przed siebie. Krwawienie z ucha udało mu się zatrzymać natychmiast. Jednak prawa ręka zwisała bezwładnie.

— Zadzwonię, żeby przygotowali elektrozszywacz! — zawołał za nim profesor. — Może zacerują panu to ucho!

W swoim pokoju przed lustrem Kriwoszein ściągnął taśmą obie połówki rozerwanej wraz z chrząstką małżowiny i starł tamponem zaschłą krew. Z tym poradził sobie szybko: w ciągu dziesięciu minut na miejscu rany pozostała tylko różowawa szrama z kropelkami wydzieliny, a po półgodzinie i to znikło. Jednak zrośnięcie złamanego obojczyka wymagało leżenia w łóżku przez cały wieczór i wytężonego wydawania poleceń naczyniom, gruczołom i mięśniom. Kość była znacznie mniej aktywna biologicznie niż tkanki miękkie.

Rano zdecydował, że pójdzie na wykład profesora. Przyszedł na salę jak najwcześniej, aby zająć dalekie, niewidoczne z katedry miejsce, i natknął się na profesora, który pokazywał studentom, gdzie rozwiesić tablice. Kriwoszein cofnął się, ale było za późno.

— Co pan tu robi? Dlaczego nie w klin… — profesor urwał, nie odrywając wytrzeszczonych oczu od ucha doktoranta i jego prawej ręki, w której Kriwoszein trzymał zeszyt. — Co to takiego?!

— A pan mówił: dziesiątki milionów lat, panie profesorze — nie wytrzymał Kriwoszein. — A jednak można nie tylko wkuwaniem.

Więc… wychodzi?! — wyrzucił z siebie Androsjaszwili. — Jak?!

Kriwoszein przygryzł wargę.

— Mmm… może później, panie profesorze — wybąkał niezręcznie. — Sam jeszcze muszę to wszystko zanalizować…

— Sam? — podniósł brwi profesor. — Nie chce pan mówić? — twarz jego stała się zimna i wyniosła. — No, jak pan chce… przepraszam bardzo! — i wrócił na katedrę.

Od tego dnia kłaniał się doktorantowi z lodowatą uprzejmością, ale sam nie zaczynał rozmowy. Kriwoszein zaś, aby przytłumić wyrzuty sumienia, zagłębił się w doświadczeniach nad sobą. Istotnie, wiele rzeczy jeszcze musiał się dowiedzieć.

„Przecież sam bardzo chciałem zademonstrować odkrycie: przeżyć zainteresowanie, zachwyty, sławę… — krocząc aleją kasztanową usprawiedliwiał się Kriwoszein przed sobą samym i przed nieobecnym profesorem. — Przecież w przeciwieństwie do psychopatów mogłem wszystko wyjaśnić… Wprawdzie metody na razie do innych zastosować nie można, bo są inaczej skonstruowani. A najważniejsze, że udowodniona została możliwość, jest informacja… Tak, ale żeby odkrycie ograniczało się tylko do możliwości szybkiego gojenia własnych ran, złamań czy likwidowania chorób! Całe nieszczęście, że przyroda nigdy nie daje akurat tyle, ile potrzeba dla dobra ludzi: zawsze albo za mało, albo za dużo… Ja dostałem za dużo.

Mógłbym na pewno zmienić się w zwierzę czy nawet w potwora…

To jest możliwe. Wszystko jest możliwe i to jest właśnie przerażające” — Kriwoszein westchnął.

…Okno i oszklone drzwi balkonu na czwartym piętrze były słabo oświetlone — wyglądało, że świeci się lampa na biurku. „Więc on jest w domu?” — Kriwoszein wszedł pó schodach, przed drzwiami mieszkania z przyzwyczajenia zaczął szukać po kieszeniach, ale przypomniał sobie, że wyrzucił klucz rok temu. Zaklął — tak efektownie można byłoby nagle wejść: „Proszę o dokumenty, obywatelu!” Dzwonka przy drzwiach nie było w dalszym ciągu, trzeba było pukać.

W odpowiedzi usłyszał szybkie, lekkie kroki — serce zaczęło mu bić szybciej — potem szczęknięcie zamka: w przedpokoju stała Lena.

— Och, Walka, żywy, zdrowy! — objęła go ciepłymi rękami za szyję, szybko przyjrzała mu się, pogładziła po włosach, przytuliła się i rozpłakała. — Wala, kochany… a ja już myślałam… Takie rzeczy mówili, takie straszne rzeczy! Dzwonię do pracowni — nikt się nie zgłasza… dzwonię do Instytutu, pytam: gdzie jesteś, co się z tobą dzieje? — odkładają słuchawkę. Przyszłam tutaj, a ciebie nie ma… A mówili, że ty… — ze złością pociągnęła nosem. — Bałwany!

— No, Len, wystarczy, nie trzeba… no, co ty? — Kriwoszeinowi zachciało się nagle przytulić ją, ledwie się powstrzymał.

Jak gdyby nic się nie zmieniło: nie było odkrycia numer 1, nie było roku morderczej pracy w Moskwie, gdzie odrzucił od siebie całą przeszłość…

Nieraz dla spokoju ducha chciał wymazać z pamięci obraz Leny.

Wiedział, jak się to robi: rzut krwi z podwyższoną zawartością glukozy do kory mózgowej, niewielkie sterowane nasilenie utleniania w nukleotydach określonego obszaru mózgu — i informacja zostanie wymazana z komórek nerwowych na zawsze. Ale nie zdecydował się… a może nie mógł? „Chcieć” i „móc” — jak rozgraniczyć w sobie te dwa pojęcia? I oto teraz ukochana kobieta płacze na jego ramieniu, płacze z niepokoju o niego…Trzeba ją uspokoić.

— Przestań, Lena. Sama widzisz, że wszystko w porządku.

Spojrzała na niego w górę. Oczy miała mokre, radosne i pełne poczucia winy.

— Wal… Nie gniewasz się na mnie? Nagadałam ci wtedy głupstw, sama nie wiem, skąd mi się to wzięło, jak głupia. Obraziłeś się, prawda? Ja też pomyślałam sobie, że… wszystko skończone, a kiedy dowiedziałam się, że coś się z tobą stało… — uniosła brwi — nie potrafiłam. Przybiegłam tutaj… Zapomnij, dobrze? Zapomnimy, co?

— Dobrze — odpowiedział szczerze Kriwoszein. — Chodźmy do pokoju.

— Och, Walka, nie wyobrażasz sobie, jak ja się przeraziłam — trzymała go cały czas za ramię, jakby bała się stracić. — I ten milicjant… i pytania takie…

— Ciebie też wzywał?