W arytmetyce jest to oczywiste, ale nie triumfujmy przedwcześnie. Na przykład w fizyce 2 plus 2 to mniej niż cztery — zjawisko ubytku masy. A w tak subtelnych naukach, jak socjologia czy etyka, nawet nie 2 plus 2, ale 1 plus 1 — to albo przyszła rodzina, albo spisek w celu ograbienia banku.
„22 maja. Dzisiaj odprowadziłem go na pociąg. W restauracji dworcowej goście przyglądali się dwu dorosłym braciom-bliźniakom. Ja nie czułem się najlepiej. On był w błogim stanie ducha.
— Pamiętasz, jak piętnaście lat temu wyjeżdżałem… a właściwie ty wyjeżdżałeś walczyć o miejsce na wydziale fizyki? Było zupełnie tak samo: odrobina alienacji, wolność, niepewność…
Pamiętałem. Miał rację — było tak samo. Ten sam kelner z wyrazem chronicznego niezadowolenia na tłustym obliczu obsługiwał maturzystów, którzy wyrwali się na wolność. Wydawało nam się wtedy, że wszystko jest przed nami; tak zresztą było rzeczywiście.
Teraz poza nami niemało — i chwile radosne, i nijakie, i takie, że strach się obejrzeć, a przecież wciąż się wydaje, że to, co najlepsze, najbardziej interesujące, jest jeszcze przed nami.
Wtedy piliśmy najtańsze wino. Teraz kelner podał nam koniak.
Wypiliśmy po jednym.
W restauracji panował ruch i hałas. Ludzie jedli i pili w pośpiechu.
— Popatrz tam — ożywił się dubel. — Mama karmi bliźniaki. Czołem, koledzy! O, jakie oczka… Jak myślisz, co z nich wyrośnie? Na razie opiekuje się nimi matka — proszę, nawet kaszą zdołali wysmarować się jednakowo. Ale za parę lat weźmie się za nich inna opiekunka — Życie. Jeden z nich, powiedzmy, złapie za ogon kurę, wyrwie jej wszystkie pióra i uzyska pierwszy zestaw niedostępnych drugiemu wrażeń, bo dla drugiego piór już nie starczy. Drugi za to zgubi się ze strasznym wrzaskiem w sklepie — i to znowu będzie to jego własne, indywidualne przeżycie. A jeszcze po roku mama spuści mu lanie za konfiturę, którą nie on zeżarł. I znów różne doświadczenia — jeden pozna pierwszą w życiu niesprawiedliwość, drugi — bezkarność występku… Oj, mamo, uważaj, jeśli rzeczywiście tak będzie, to z jednego wyrośnie zastraszony pechowiec, a z drugiego spryciarz, który zawsze wykręci się sianem. Napłaczesz się, matko…
I my dwaj jesteśmy jak te bliźniaki.
— No, nas niesprawiedliwe lanie nie sprowadzi na manowce, nie ten wiek.
— No, to wypijmy!
Ogłoszono przyjazd pociągu. Wyszliśmy na peron. Dubel ciągnął dalej.
— Ciekawe, co teraz będzie z żelazną tezą: „Co komu pisane, to go nie minie”? Przypuśćmy, że było ci coś „pisane”, w szczególności, jednoznaczne przemieszczenia w czasie i przestrzeni, awanse służbowe i tak dalej. I raptem — brzdęk! — jest dwóch Kriwoszeinów.
I żyją sobie odmiennie w różnych miastach. Co teraz z boskim programem życiowym? A może Bóg przewidział dwa warianty? A jeśli nas będzie dziesięciu? Zresztą jeśli nie będziemy chcieli, to nie będzie…
Jednym słowem, obaj udawaliśmy, że wszystko odbywa się normalnie: „Odprowadzający proszeni są o sprawdzenie, czy nie pozostały u nich bilety odjeżdżających!” Nie pozostały. Pociąg powiózł go do Moskwy.
Umówiliśmy się, że będziemy pisać do siebie w razie konieczności (mogę się założyć, że on taką konieczność odczuje nieprędko) i spotkamy się w lipcu przyszłego roku. A przez ten czas będziemy podchodzić do problemu z dwu stron: on z biologicznej, ja z systemologicznej. No cóż, zobaczymy…
Po odjeździe pociągu poczułem, że będzie mi go brakowało.
Pewnie dlatego, że po raz pierwszy zdarzyło mi się być z innym człowiekiem, jak… jak ze samym sobą — inaczej tego nie można określić. Nawet między mną a Lenką zawsze jest coś nie dopowiedzianego, nie zrozumianego, czysto osobistego. A z nim… zresztą między nim a mną również się nagromadziło co nieco podczas miesiąca wspólnego życia. Ciekawie poczyna sobie z nami ta matka — Życie!
Wracając z dworca, rozklejony od wypitego koniaku, wpatrywałem się chciwie w życie, w ludzi. Kobiety o zatroskanych twarzach wchodzą do sklepów. Chłopcy wiozą na motocyklach przytulone dziewczyny. Przy kioskach ustawiają się kolejki — tylko patrzeć, jak przywiozą „Wieczór”… Twarze ludzkie — jakże różne, jakże zrozumiałe i niezrozumiałe! Nie umiem wyjaśnić, jak to się dzieje, ale czuję, jak gdybym o wielu z tych. twarzy coś wiedział — kąciki ust, głębokie albo mało widoczne zmarszczki, fałdy na szyi, dołeczki w policzkach, zarys szczęki, osadzenie głowy i oczy — zwłaszcza oczy!
— wszystko to są znaki informacji przedsłownej. Pewnie jeszcze z tych czasów, kiedy byliśmy małpami.
A tak niedawno tego wszystkiego po prostu nie zauważałem. Nie zauważałem na przykład, że ludzie czekający w kolejce są nieładni.
Pospolitość i błahość tego zajęcia, obawa, że nie starczy, że jakiś cwaniak wepchnie się bez kolejki, nadają ich twarzom paskudny wyraz. Brzydcy są także pijani i awanturnicy.
Popatrzcie za to na zakochaną dziewczynę śmiejącą się z żartu swojego chłopaka. Na matkę karmiącą piersią. Na majstra wykonującego precyzyjną pracę. Na człowieka pogrążonego w zadumie… Ci są piękni, mimo szpecących krost, fałdów, zmarszczek.
Nigdy nie umiałem doszukać się piękna w zwierzętach. Moim zdaniem piękny bywa tylko człowiek, i to tylko wtedy, gdy jest człowiekiem.
Oto prowadzony przez matkę malec zagapił się na mnie jak na jakie dziwo, klapnął na chodnik i czując się pokrzywdzony przez ciążenie ziemskie rozpłakał się głośno. Matka oczywiście dodała mu też od siebie… Niepotrzebnie się głuptasowi dostało, bo i cóż ze mnie za dziwo? Po prostu tęgawy mężczyzna o przygarbionej sylwetce i pospolitej twarzy.
A może malec ma rację, może rzeczywiście jestem dziwem? Może każdy człowiek jest dziwem?
Cóż my wiemy o ludziach? Co ja sam wiem o sobie? W zadaniu o nazwie „życie” ludzie są wartością daną, która nie wymaga dowodu. A jednak każdy, operując danymi wyjściowymi, dowodzi czegoś, własnego. Na przykład dubel. Wyjechał — i nieoczekiwane, i logiczne…
Ale nie. Stop! Jeżeli już zaczynać, to od początku.
Aż śmiesznie pomyśleć… W zasadzie moje zamiary były jak najprostsze — chciałem zrobić doktorat.
Jednakże zrobienie czegoś miernego — jakiejś kompilacji — (na przykład w duchu proponowanego przez mojego byłego szefa, profesora Woltampernowa, tematu „Niektóre charakterystyczne właściwości projektowania diodowych układów pamięciowych”) było i nudne, i przeciwne mojej naturze. Jestem przecież żywym człowiekiem — chciałoby się, żeby to był jakiś problem nie rozwiązany, żeby się w niego wgryźć, z pomocą przemyśleń, maszyn i przyrządów siłą. wydobyć z natury to4 o czym nikt jeszcze się nie dowiedział.
Albo wymyślić coś, do czego nikt jeszcze nie doszedł. I jeszcze żeby w czasie obrony padały pytania, na które byłoby przyjemnie odpowiadać. I żeby potem znajomi mówili: „No, ale im dołożyłeś!”
Tym bardziej że stać mnie na to. W obecności innych nie wypada mówić, ale w dzienniku tak — stać mnie na to. Świadczy o tym pięć wynalazków i dwie zakończone prace badawcze. No i to odkrycie…
Ej, nie, Kriwoszein, nie spiesz się z zaliczeniem tego do swoich osiągnięć intelektualnych! W tym zagubiłeś się i po dziś dzień nie możesz się odnaleźć.
Słowem, ten duchowy niepokój popchnął mnie w labirynt tego kierunku światowej systemologii, gdzie głównym czynnikiem nie jest wzór, algorytm i nawet nie program, lecz przypadek.