Выбрать главу

Z racji ograniczenia naszego umysłu uwielbiamy przeciwstawiać: fizyków — lirykom, falę — cząsteczce, rośliny — zwierzętom, maszyny — ludziom… W życiu jednak i w przyrodzie wszystko to nie przeciwstawia się sobie, ale nawzajem uzupełnia. Dokładnie tak samo logika i przypadek uzupełniają się wzajemnie w poznaniu, w poszukiwaniu istoty rzeczy. Można znaleźć (i znajduje się) wiele nie udowodnionego i dowolnego w konstrukcjach matematycznych i logicznych.

Można znaleźć także logiczne prawidłowości w zdarzeniach losowych.

Na przykład, wróg koncepcji poszukiwań losowych, doktor nauk technicznych Woltampernow, nigdy nie pomijał okazji, żeby odciąć się żartem od mojej propozycji zajęcia się w zakładzie modelowaniem procesów losowych: „Ależ to będzie, że tak powiem, modelowanie na fusach kawowych!” Czyż to nie najlepszy przykład tego typu uzupełniania!?

A sprzeciwiać się było trudno. Osiągnięć w tej dziedzinie było mało, wiele prac kończyło się niepowodzeniem, a koncepcje… z koncepcjami nie można było wyjść. Tutaj, zupełnie jak na Dzikim Zachodzie, liczyły się tylko nagie fakty.

Przemyśliwałem już nad tym, czy — za przykładem Walerki Iwanowa, mojego przyjaciela i byłego kierownika laboratorium — nie plunąć na Instytut i nie przenieść się do innego miasta. Ale — otóż i ten przypadek-dowód! — z zupełnie uzasadnionych przyczyn budowlani nie przekazali w terminie nowego budynku, z równie uzasadnionych przyczyn nie wydano pieniędzy zgodnie z równie uzasadnionymi paragrafami i Azarow ogłasza „konkurs” na wydanie z sensem osiemdziesięciu tysięcy rubli. Jestem pewien, że w takiej sytuacji najżarliwszy obrońca determinizmu starałby się nie marnować okazji.

W tym czasie moja koncepcja już się zarysowała — zbadać, jak będzie się zachowywała maszyna elektronowa „karmiona” nie przeżutym, sprowadzonym do układu dwójkowego programem, lecz zwykłą — przemyślaną i dowolną — informacją. Maszyny pracujące według programu wykazują efektywność, która wprawia w zachwyt reporterów. („Nowe osiągnięcia nauki: maszyna projektuje oddział fabryczny w ciągu trzech minut!” — tylko że programiści w skromności swej przemilczają, ile miesięcy przygotowywali to „trzyminutowe” rozwiązanie.)

Co tu zresztą mówić: mój pomysł zrealizowany środkami elementarnymi stanowił dla każdego, choć trochę znającego się na rzeczy systemologa oczywistą bzdurę — maszyna w ogóle nie będzie się „zachowywać”, po prostu zatrzyma się i na tym koniec! Rzecz jednak w tym, że nie chodziło mi o t a k ą realizację.

…Wydanie w okresie pięciu tygodni (do końca roku budżetowego) osiemdziesięciu tysięcy na wyposażenie laboratorium, nawet o tak luźnym profilu jak poszukiwania losowe, to sprawa poważna.

Nie bez podstaw też geniusz zaopatrzeniowy w skali Instytutu, Alter Abramowicz, przy spotkaniach po dziś dzień znacząco i z szacunkiem ściska mi dłoń. Ale przecież zaopatrzeniowcy nie są w stanie pojąć, że koncepcja wraz z nieodpartą potrzebą wyjścia w przestrzeń operacyjną mogą działać cuda.

Tak więc sytuacja była następująca: pieniądze są, a poza tym nic.

Budowlanym za to, żeby lepiej wykończyli pawilon — pięć tysięcy.

(Chcieli mnie podrzucać: „Kochany! I plan wykonamy, i premię dostaniemy… Dawaj”). Uniwersalna maszyna cyfrowa CWM-12 — następne trzynaście tysięcy. Wszelkie możliwe przetworniki informacji: mikrofony krystaliczne, giętkie czujniki tensometryczne, fototranzystory germanowe, analizatory gazowe, termistory, zestaw do elektromagnetycznej rejestracji prądów czynnościowych mózgu z układem ZCE-1 i czterema tysiącami elektrod, czujniki tętna, półprzewodnikowe czujniki wilgotności, „czytające” matryce zbudowane z fotoelementów… słowem wszystko, co przekształca dźwięki, obrazy, zapachy, zmiany ciśnienia, temperaturę, zmiany pogody, a nawet drgnienia duszy w impulsy elektryczne — za dalsze dziewięć tysięcy. Za cztery tysiące nakupiłem różnych odczynników, szkła laboratoryjnego i wszelkiego wyposażenia chemicznego — tu powodowały mną niejasne, niezbyt sprecyzowane zamiary zastosowania chemotroniki, o której coś słyszałem. (A jeżeli już być naprawdę szczerym, to dlatego, że łatwo to było zakupić na przelew. Chyba nie warto nawet wspominać, że gotówką z tych osiemdziesięciu tysięcy nie wydałem ani jednego rubla.)

Wszystko to było potrzebne, ale brakowało mi podstawowego elementu do przeprowadzenia doświadczenia. Dobrze wiedziałem, co jest potrzebne — urządzenie przełączające, które mogłoby komutować przypadkowe sygnały pochodzące z czujników i przekazywać je do „myślącej” maszyny, taki kawałeczek „mózgu elektronowego” z luźnym układem połączeń kilku dziesiątków tysięcy przełączających się elementów… W sklepie czegoś takiego — nawet w obrocie bezgotówkowym — nie da się kupić. Nakupić detali, z których buduje się zwykle maszyny elektroniczne (diody, triody, oporniki, kondensatory itd.) i zamówić gotowy układ? Trwałoby to długo, i w ogóle jest nierealne — przecież w zamówieniu trzeba podać szczegółowy schemat, a to urządzenie z założenia nie powinno mieć ustalonego schematu.

Jednym słowem — mam iść nie wiadomo dokąd, żeby znaleźć nie wiadomo co.

I znów przyjacielprzypadek podarował mi to „nie wiadomo co”, a ponadto — Lenę… Nie, nie, stop! Tu nie zgodzę się na przypisywanie wszystkiego szczęściu. Spotkanie z Leną to oczywiście najprawdziwszy dar losu. Ale co się tyczy bloku krystalicznego… przecież jeżeli myśli się o czymś dniami i nocami, to zawsze w końcu coś się wymyśli, wynajdzie, zauważy.

Słowem, sytuacja była następująca: do końca roku trzy tygodnie, pięćdziesiąt tysięcy „leży odłogiem”, widoki na to, żeby znaleźć urządzenia komutujące — żadne, a ja jadę trolejbusem.

— Nakupili za pięćdziesiąt tysięcy układów scalonych, a teraz okazuje się, że mają niewłaściwe parametry! — oburzała się siedząca przede mną kobieta w brązowym futerku, zwracając się do swojej sąsiadki. — Do czego to podobne?

— Zwariować można — odpowiedziała druga.

— Teraz Pszembakow zwala wszystko na zaopatrzenie, a przecież sam je zamawiał!

— Coś takiego!

Słowa „pięćdziesiąt tysięcy” i „układy scalone” spowodowały, że wytężyłem słuch.

— Przepraszam, a co to za układy?

Kobieta zwróciła ku mnie twarz tak piękną i gniewną, że aż się zmieszałem.

— „Nor” i przerzutniki bistabilne! — odpowiedziała w ferworze rozmowy.

— A parametry?

— Niskowolt… Przepraszam, ale dlaczego pan się wtrąca?

W taki sposób poznałem inżyniera z sąsiedniego Biura Konstrukcyjnego, Helenę Kołomyjec. Następnego dnia inżynier Kołomyjec załatwiła inżynierowi Kriwoszeinowi przepustkę na swój oddział.

„Dobroczyńca! Wybawca!” — otworzył ramiona kierownik oddziału Żałbek Bałbekowicz Pszembakow, gdy inżynier Kołomyjec przedstawiła mnie i wyjaśniła, że mogę odkupić od Biura Konstrukcyjnego nieszczęsne układy scalone. Ja jednak zgodziłem się zostać dobroczyńcą i uratować Pszembakowa na następujących warunkach: a) wszystkie 38 tysięcy elementów będą ustawione na płytkach według załączonego szkicu, b) będą do nich dołączone przewody zasilania, c) od każdego elementu będzie wyprowadzone wyjście i d) wszystko ma być gotowe do końca roku.

— Moc przerobową macie większą, tak że dla was nie będzie to trudne.

— Za te pieniądze?! Przecież same tylko układy kosztują pięćdziesiąt tysięcy!

— Tak, ale dla was się nie nadają. Obniżycie cenę.