Выбрать главу

Zresztą, co tu mówić… Który z badaczy nie marzył przed rozpoczęciem pracy, nie przymierzał się myślą i wyobraźnią do największych problemów? Który z badaczy nie odczuwał tej usuwającej wszelkie przeszkody niecierpliwości, kiedy dążył — szybciej!

szybciej! — do zakończenia nudnej pracy przygotowawczej — szybciej! szybciej! — ustalenia schematu doświadczenia, włączenia zasilania i rozpoczęcia!

A później… Później codzienne trudności laboratoryjne, codzienne błędy i kłopoty rozwiewają pierwotne marzenia. I człowiek zgadza się już na cokolwiek, byle tylko nie pracować daremnie., Tak też było ze mną.

Opisywanie niepowodzeń to ponowne ich przeżywanie. Dlatego będę się streszczał. A więc mamy następujące założenia eksperymentu: na wejście maszyny cyfrowej podłączamy blok krystaliczny składający się z 38 tysięcy elementów, a do wejść bloku — cały pozostały inwentarz mikrofony, czujniki zapachów, wilgotności, temperatury, czujniki tensometryczne, fotomatryce z nasadkami ogniskującymi, „czapkę Monomacha” do zapisu potencjałów czynnościowych mózgu. Źródło informacji zewnętrznej — to ja sam, to znaczy coś poruszającego się, wydającego dźwięki, zmieniającego kształty i swoje współrzędne w przestrzeni, coś o określonej temperaturze i charakterystycznych potencjałach nerwowych. Można mnie ujrzeć, usłyszeć, dotknąć czujnikami, zmierzyć temperaturę i ciśnienie krwi, zanalizować woń z ust, nawet zagłębić się w duszę i myśli — proszę bardzo! Sygnały z czujników powinny przechodzić do bloku krystalicznego, wzbudzać w nim różne elementy — blok krystaliczny formuje i grupuje sygnały w ciągi logicznych kombinacji dla maszyny cyfrowej, która rozprawia się z nimi jak ze zwykłymi zadaniami i podaje na wyjściu coś sensownego. Żeby jej było łatwiej, wprowadziłem do pamięci maszyny wszystkie liczby-słowa ze słownika przekładu maszynowego od „A” do „Z”.

I nic. Silniki serwomechanizmów wodziły czujnikami i obiektywami, gdy zmieniałem swoje położenie w pokoju. Kontrolne oscyloskopy wykazywały burzę impulsów biegnących od bloku krystalicznego do maszyny. Prąd płynął. Lampki kontrolne migotały. Jednak w ciągu pierwszego miesiąca dźwignie automatu perforującego nie drgnęły ani razu, aby wybić w taśmie choćby jeden znak.

Przyłączałem do bloku krystalicznego wszelkiego rodzaju czujniki. Śpiewałem i recytowałem wiersze, gestykulowałem, biegałem i skakałem przed obiektywami, rozbierałem się i ubierałem, pozwalałem im się obmacywać (brr… te zimne dotknięcia macek…). Nakładałem „czapkę Monomacha” i — o Boże! — starałem się maszynie coś „zasugerować”… Byłem gotów zgodzić się na jakąkolwiek abrakadabrę.

Ale maszyna nie mogła stworzyć abrakadabry, bo na to nie pozwalała jej konstrukcja. Jeżeli żądanie ma rozwiązanie, rozwiąże je.

Jeżeli nie — zatrzyma się. I zatrzymywała się. Sądząc po migotaniu lampek na pulpicie, coś się w niej przełączało, ale co pięć, sześć minut zapalał się sygnał „stop”, a ja naciskałem przycisk kasowania informacji. I wszystko zaczynało, się od początku.

W końcu zacząłem się zastanawiać. Maszyna nie mogła nie przeprowadzać operacji arytmetycznych i logicznych na impulsach nadchodzących z bloku krystalicznego — cóż innego mogłaby robić?

Czyli że po tych operacjach informacja jest na tyle surowa i sprzeczna, że maszyna, mówiąc obrazowo, nie może związać logicznego końca z końcem, no i zatrzymuje się. To znaczy, że jeden cykl wyliczeń w maszynie to po prostu za mało. To znaczy… i tutaj, jak zawsze w podobnych sytuacjach, zrobiło mi się głupio, znaczy, że należy stworzyć sprzężenie zwrotne między maszyną (tymi jej blokami, w których krążą impulsy) a blokiem krystalicznym. No oczywiście, wtedy surowa informacja z maszyny wróci na wejścia tego sprytnego sześcianu, ulegnie tam ponownej obróbce, przejdzie do maszyny i tak dalej, aż do całkowitego wyjaśnienia.

Podniosłem się na duchu — nareszcie…! Teraz można zapomnieć o tym, jak spaliło się półtorej setki układów logicznych i z dziesięć matryc w maszynie, dlatego że parametry pracy maszyny i bloku były niezgodne (dym, smród, tranzystory strzelają jak naboje w piecu, a ja zamiast wyłączyć zasilanie, chwytam ze ściany gaśnicę), o tym, jak zdobywałem nowe podzespoły, montowałem układy dopasowujące, modyfikowałem parametry pracy wszystkich zespołów — wiadomo, trudności natury technicznej, normalna rzecz! Najważniejsze, że praca ruszyła z martwego punktu.

15 lutego w pracowni rozległo się od dawna oczekiwane postukiwanie — automat wyperforował na taśmie kilka cyfr! Wreszcie pierwsze zdanie maszyny (zanim je rozszyfrowałem, paląc papierosa chodziłem wokół stołu, na którym leżał kawałeczek taśmy, z uczuciem pustki w głowie i z bezmyślnym uśmiechem — maszyna zaczęła zachowywać się…): „Pamięć 107 bitów”.

Nie na to czekałem. Dlatego też nie od razu pojąłem, że maszyna „żąda” (mimo wszystko nie mogę tego słowa pisać bez cudzysłowu) zwiększenia pojemności pamięci.

Właściwie było to zupełnie logiczne — przez wejścia maszyna otrzymuje złożoną informację, którą gdzieś należy umieścić, a bloki pamięci są już zapełnione. Zwiększyć pojemność pamięci! Zwykłe zadanie przy konstruowaniu maszyn.

Gdyby nie uznanie Altera Abramowicza, prośba maszyny nie zostałaby spełniona. Jednakże dostałem od niego trzy bloki pamięci magnetycznej i dwa — krystalicznej. I tak się zaczęło. Po kilku dniach maszyna powtórzyła swoje żądanie, po następnych kilku — jeszcze raz i jeszcze… Maszyną zaczęła ujawniać poważne potrzeby…

Co wtedy czułem? Zadowolenie — wreszcie są jakieś wyniki.

Przymierzałem je do przyszłej pracy doktorskiej. Zbijało mnie z tropu, że maszyna pracowała tylko „dla siebie”.

Nieco później zaczęła konstruować sama siebie! To było logiczne — skomplikowaną informację należało opracowywać w bardziej złożonych układach niż standardowe bloki CWM-12.

Przybyło mi pracy. Automat perforujący wystukiwał kody i numery układów logicznych, podawał, gdzie i w jaki sposób należy je przyłączyć. Początkowo maszyna zadowalała się elementami typowymi. Montowałem je na dodatkowej płycie.

(Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że właśnie wtedy popełniłem, z akademickiego punktu widzenia, duży błąd metodologiczny.

Należało się na tym etapie zatrzymać i przeanalizować, jakie obwody i jaką logikę buduje sobie mój układ: czujniki — blok krystaliczny — CWM-12 ze zwiększoną pamięcią. I dopiero po zorientowaniu się w tym wszystkim ruszyć dalej… Zresztą można by się było i tym zadowolić — maszyna konstruująca siebie bez wprowadzonego przedtem programu! Przecież to byłaby sensacyjna praca doktorska!

Gdyby wszystko odpowiednio opracować, można by od razu robić habilitację.

Zwyciężyła jednak ciekawość. Układ wyraźnie starał się rozwijać. Tylko po co? Żeby zrozumieć człowieka? Mało prawdopodobne — na razie maszynie wyraźnie wystarczało, że ja ją rozumiem, że pilnie spełniam jej polecenia… Ludzie budują maszyny dla swoich celów, ale jaki cel mogła mieć maszyna?! Czy też może był to nie cel, lecz jakiś pierwotny „instynkt gromadzenia”, który, począwszy od pewnego stopnia komplikacji, jest właściwy wszystkim układom, niezależnie od tego, czy jest to robak, czy maszyna elektronowa?

Jakie granice osiągnie w swym rozwoju układ?

Właśnie wtedy wypuściłem wodze z rąk i do tej pory nie umiem odpowiedzieć, czy zrobiłem dobrze, czy źle…) W połowie marca maszyna, najwidoczniej za pomocą „czapki Monomacha” przyswoiwszy sobie nowości z zakresu elektroniki, zaczęła „zamawiać” kriozary i kriotrony, tranzystory tunelowe, układy cienkowarstwowe, mikromatryce itd… Ani w głowie mi była analiza — grasowałem po Instytucie i po całym mieście, intrygowałem, podlizywałem się, wymieniałem, co się tylko dało, na te „modne” nowości.