I wszystko na próżno! Po miesiącu maszyna „rozczarowała się”
do elektroniki i… „zapaliła się” do chemii.
Prawdę mówiąc i w tym nie było niczego nieoczekiwanego. Maszyna wybrała najlepszy sposób konstruowania siebie. Przecież chemia to metoda przyrody, Przyroda nie dysponowała lutownicami, dźwigami, warsztatami spawalniczymi ani silnikami, ani nawet łopatą — po prostu mieszała roztwory, nagrzewała je i ochładzała, naświetlała, odparowywała… w ten sposób powstało wszystko, co żywe na Ziemi.
W tym właśnie rzecz, że w poczynaniach maszyny wszystko było konsekwentne i logiczne! Nawet jej żądania, abym wkładał „czapkę Monomacha” — a w miarę upływu czasu powtarzały się one coraz częściej — również były zrozumiałe. Zamiast opracowywać surową informację uzyskaną poprzez czujniki świetlne, dźwiękowe, zapachowe i wszelkie inne, lepiej wykorzystać opracowaną już przeze mnie. W nauce wielu tak robi.
Ale na Boga, jakich to odczynników maszyna nie żądała — od wody destylowanej do trójmetylodwuchloro-paraaminotetrachloro-fenylosiarczanu sodowego, od DNA i RNA do benzyny marki „Gałosza”! A jakie złożone układy musiałem montować!
Laboratorium w oczach przekształcało się w pracownię średniowiecznego alchemika — zapełniły je butle, kolby, autoklawy, destylatory. Łączyłem je ze sobą rurkami gumowymi, szklanymi i innymi przewodami. Zapas odczynników i szkła wyczerpał się w ciągu pierwszego tygodnia, trzeba było zdobywać następne.
Szlachetne, miłe dla elektryka zapachy kalafonii i nagrzanej izolacji zostały wyparte przez błotniste wyziewy kwasów, amoniaku, octu i diabli wiedzą czego. Błąkałem się w tej chemicznej dżungli jak zagubiony. W aparatach destylacyjnych i wężach gumowych coś bulgotano, pluskało i wzdychało. Mieszaniny w butlach i kolbach pieniły się, fermentowały i zmieniały barwę. Wypadały w nich jakieś osady, rozpuszczały się i pojawiały znowu galaretowate, pulsujące kłębki kołyszących się szarawych nitek. Dolewałem i dosypywałem odczynniki według poleceń maszyny i niczego już nie rozumiałem…
Później maszyna niespodziewanie wystukała żądanie następnych czterech drukarek automatycznych. Ucieszyłem się, „że jednak interesuje się nie tylko chemią. Zacząłem działać, zdobyłem, podłączyłem… i poszło!
(Zapewne udało mi się wtedy uzyskać „wzmacniacz selekcji informacji” Ashby'ego albo coś w tym rodzaju… zresztą, licho wie!
Właśnie wtedy zagubiłem się do reszty.)
W pracowni zrobiło się głośno jak w hali maszyn: pracowały drukarki. Wstęgi papierowych taśm z kolumnami cyfr kilometrami wypełzały z prostokątnych szczelin. Zwijałem taśmy w rulony, wybierałem grupy cyfr, tłumaczyłem je na słowa, a z nich zestawiałem zdania.
Uzyskane w ten sposób „prawdy” były jakieś dziwne i zagadkowe. Na przykład: „…dwadzieścia sześć kopiejek, jak z Berdyczowa”
— brzmiała jedna z pierwszych. Co to jest? — fakt, myśl? A może aluzja? Albo ha przykład tak: „Palica w mące milcząc marła”… — podobne do „Ulica mękę milcząc parła” Majakowskiego? Ale co to ma znaczyć? Co to jest — żałosna imitacja? Czy też może odkrycie poetyckie, do którego dzisiejsi poeci jeszcze nie doszli?
Rozszyfrowałem inną taśmę: „Łagodność charakterów, rozłożona w szereg Taylora, w przedziale od zera do nieskończoności, jest funkcją biharmoniczną”. Świetnie powiedziane, prawda?
I tak dalej: albo niejasne urywki, fragmenty, albo coś „schizofrenicznego”. Zamierzałem nawet pokazać kilka taśm lingwistom matematycznym, w nadziei, że oni to rozgryzą, ale rozmyśliłem się w obawie przed skandalem. Tylko informacja z pierwszej drukarki była sensowna. „Dodać takich to a takich odczynników do kolb 1, 3 i 7”, „Obniżyć o 5 woltów napięcie na elektrodach od 34 do 123” itd.
Maszyna nie zapominała o „odżywianiu” — czyli nie „zwariowała”.
A więc co?
Najbardziej męczyło mnie poczucie bezsilności. Bywało, że i we wcześniejszych doświadczeniach zdarzały się rzeczy niezrozumiałe.
Wtedy jednak w najgorszym razie można było starannie powtórzyć eksperyment. Jeśli niezrozumiały efekt znikał, to dobrze, jeśli nie — można było go zbadać. A tutaj nie można było zmienić rozpoczętej gry. Nie było także odwrotu. Nawet w snach nie widziałem nic poza wijącymi się białymi wężami, pokrytymi łuską cyfr, i wytężałem się, bezsilnie próbując zrozumieć, co maszyna chce mi zakomunikować.
Nie wiedziałem już, co robić z rulonami taśm. W naszym Instytucie wykorzystuje się je dwojako — te, na których zarejestrowane są istotne wyniki, wędrują do archiwum, pozostałe zaś pracownicy wynoszą do domów, aby zużyć w charakterze papieru toaletowego.
Bardzo praktyczne zastosowanie. Moimi taśmami można by zaspokoić potrzeby wszystkich mieszkańców naszego osiedla.
I pewnego pięknego kwietniowego poranka, kiedy po bezsennej nocy w laboratorium spełniałem wszystkie zachcianki maszyny: dolewałem, dosypywałem, regulowałem itd., z automatu nr 3 wyszła taśma zapisana zakodowaną informacją: „Streptocydowy strip tease z trzepotem streptokoków…” Wtedy zrozumiałem, że tą drogą dalej iść nie można.
Wyniosłem wszystkie taśmy na trawnik, rozwinąłem je i cisnąłem na kupę (zdaje się, że nawet przygadywałem „Streptocyd, co?
Berdyczów, co? Łagodność charakterów?…” — dokładnie nie pamiętam) i podpaliłem. Siedziałem przy ognisku, grzałem się, paliłem papierosa za papierosem i myślałem, że eksperyment wziął w łeb. I to nie dlatego, że nie udało mi się nic uzyskać, ale dlatego, że wyszła „kasza”… Kiedyś z Walerką Iwanowem dla zabawy wytopiliśmy w piecu próżniowym „metalowo-półprzewodnikową kaszę” ze wszystkich materiałów, jakie były pod ręką. Powstała bryła o zachwycających barwach. Rozbiliśmy ją, żeby zbadać. W każdym okruchu stopu można było wykryć wszystkie efekty znane fizyce ciała stałego — od tunelowego do tranzystorowego, ale wszystkie chwiejne, nietrwałe i niepowtarzalne. Wyrzuciliśmy to wszystko do kubła.
Teraz było to samo. Istota rozwiązania naukowego polega na tym, że z mnóstwa właściwości i efektów przedmiotu, przyrody, układu czy czegokolwiek innego wyodrębnia się cechy poszukiwane, a pozostałe eliminuje. Tutaj to się nie udało. Maszyna nie nauczyła się przyjmować ode mnie informacji… Wstałem i poszedłem do pracowni, żeby wyłączyć zasilanie.
Gdy przechodziłem przez korytarz, wpadł mi w oczy zbiornik — okazałe naczynie z przezroczystego teflonu o rozmiarach 2 x 1, 5 x 1, 2 metra. Sprowadziłem go w grudniu razem z innym sprzętem, aby wykorzystać teflon jako materiał. Ale jakoś nie był potrzebny. Zbiornik ten naprowadził mnie na ostatni, zupełnie szalony pomysł. Wystawiłem na korytarz wszystkie drukarki, ustawiłem na ich miejsce zbiornik, doprowadziłem biegnące od maszyny wszystkie przewody, końcówki rur i węży gumowych, wylałem i wsypałem do zbiornika resztki odczynników, całą tę cuchnącą masę zalałem wódą i wygłosiłem do maszyny następujące przemówienie:
— Koniec z cyframi! Świata nie można opisać w kodzie dwójkowym, rozumiesz? A nawet jeśli można, to po co? Teraz spróbuj inaczej: obrazami, czymś materialnym… Niech cię szlag trafi!
Zamknąłem pracownię i wyszedłem z niezłomnym zamiarem wypoczęcia i odzyskania równowagi. Mój stan wystarczająco wyjaśnia fakt, że przez ostatni tydzień po prostu nie mogłem spać.