Выбрать главу

Coś podobnego stało się ze mną. Płaszcz sobowtóra był bardzo podobny do mojego, nawet plama z atramentu znajdowała się dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ją zrobiłem strzepując wieczne pióro. Ale tkanina była bardziej elastyczna i jak gdyby tłusta w dotyku, a guziki trzymały się nie na niciach, lecz na giętkich wyrostkach.

Nie było szwów.

— Czy on nie jest przyrośnięty? Możesz go zdjąć?

Sobowtór wściekł się do reszty.

— Dosyć tego! Nie będziesz mnie rozbierał na takim wietrze, żeby sprawdzić, czy ja jestem tobą! Mogę ci tego dowieść w inny sposób. Blizna nad brwią — to po upadku z konia, kiedy ojciec uczył cię jazdy wierzchem. Zerwane więzadło w prawym kolanie — mecz o mistrzostwo szkoły! Co by ci jeszcze przypomnieć? Że w dzieciństwie po kryjomu wierzyłeś w Boga? Albo że na pierwszym roku chwaliłeś się chłopakom z pokoju, że miałeś niejedną kobietę, podczas gdy naprawdę straciłeś dziewictwo dopiero na praktyce przeddyplomowej w Taganrogu?

(„Co za drań! Też sobie wybrał…”)

— No, tak… Wiesz, jeśli ty jesteś mną, to nie jestem sobą zachwycony.

— Ja też — burknął. — Uważałem siebie za inteligentnego człowieka… — Twarz jego nagle zastygła. — Ćśś… nie odwracaj się!

Za plecami usłyszałem kroki.

— Witam pana, panie inżynierze! — usłyszałem głos Chiłoboka.

docenta, doktora, sekretarza i pożeracza serc niewieścich na skalę Instytutu.

Nie zdążyłem odpowiedzieć. Mój sobowtór wyszczerzył zęby w uśmiechu i skłonił się.

— Dzień dobry, panie docencie!

Odprowadził uśmiechem przechodzącą parę. Pulchniutka czarnowłosa dziewczyna dziarsko stukała szpilkami po asfalcie, a Chiłobok starając się iść z nią w rytmie, drobił, jak gdyby miał na sobie wąską spódnicę.

— …Być może niezupełnie dobrze panią zrozumiałem — szemrał jego baryton. — Ale ja, z uwagi na niepełne porozumienie, przedstawiam tylko swoje poglądy…

— Harry znowu nową poderwał — stwierdził sobowtór. — No, sam widzisz: nawet Chiłobok mnie poznaje, a ty masz wątpliwości.

Idziemy do domu!

Tylko stanem całkowitej rozterki mogę wytłumaczyć fakt, że pokornie powlokłem się za nim.

Po przyjściu do domu z miejsca władował się do łazienki. Usłyszałem szum wody z natrysku, a potem zobaczyłem, jak wychyla się przez drzwi.

— Hej, ty! Egzemplarz numer jeden, czy jak ci tam! Jeśli chcesz upewnić się, że ze mną wszystko w porządku, to proszę. Przy okazji umyjesz mi plecy.

Poszedłem. Był to żywy człowiek. Ciało jego dokładnie przypominało moje własne. Nawiasem mówiąc, nie spodziewałem się, że mam tak potężne fałdy tłuszczu na brzuchu i bokach. Trzeba częściej ćwiczyć hantlami!

Podczas kiedy on się mył, ja chodziłem po pokoju, paliłem i starałem się przywyknąć do faktu, że maszyna stworzyła człowieka.

Odtworzyła mnie… O, bogowie, czy te możliwe?! Ciemna średniowieczna idea homunkulusa… Myśl Wienera, że informację zawartą w człowieku można by „rozwinąć” w ciągu impulsów, przekazać na dowolną odległość i ponownie „zapisać” w postaci człowieka, jak obraz na ekranie telewizora… Dowód Ashby'ego, że między pracą mózgu, a pracą maszyny nie ma zasadniczych różnic. O tym samym mówił zresztą wcześniej Sieczenow… Ale to wszystko były uczone dyskusje, gimnastyka umysłowa — czy można na ich podstawie cokolwiek zrealizować.

A jednak można! Tam za drzwiami pluska się i głośno parska nie Iwanow, nie Pietrow, nie Sidorow — ich bym wyrzucił — ale „ja”… A te taśmy z cyframi? Coś mi się wydaje, że spaliłem „papierowego siebie”?!

Z kombinacji cyfr wybierałem krótkie fragmenty, łatwo zrozumiałe stwierdzenia, a maszyna sięgnęła głębiej. Gromadziła informację, kombinowała ją tak i owak, porównywała, korzystając z pętli sprzężeń zwrotnych, wyławiała i wzmacniała istotną informację i wreszcie, na jakimś poziomie komplikacji, „odkryła” Życie!

A później rozwinęła je do poziomu człowieka. Tylko po co? Dlaczego? Przecież nie o to mi chodziło.

Teraz, po spokojnym przemyśleniu, mogę powiązać ze sobą poszczególne fakty. Tak, powstało właśnie to, o co „chodziło”! Chciałem, żeby maszyna rozumiała człowieka, to wszystko. „Rozumie mnie pan?” „O, tak!” — odpowiada rozmówca i obydwaj zadowoleni z siebie rozchodzą się każdy w swoją drogę. W rozmowie to nie ma znaczenia. Ale w doświadczeniach z automatami logicznymi nie powinienem był tak łatwo mieszać pojęć rozumienia i zgodności.

Dlatego (lepiej późno niż wcale) należy rozważyć, czym jest rozumienie.

Istnieje rozumienie praktyczne (czyli celowe). Do maszyny wprowadza się program, ona go rozumie i wykonuje to, czego od niej się oczekuje. „Tobik, bierz go!” — i Tobik z radością chwyta przechodnia za nogawkę. „Wista!” — i konie zawracają w prawo.

„Hetta!” — zawracają w lewo. Takie prymitywne rozumienie typu „wiśtahetta” dostępne jest wielu układom ożywionym i nieożywionym. Dowodem tego jest osiągnięcie celu. Im mniej skomplikowany układ, tym prostsze i szczegółowiej programowane powinno być zadanie.

Ale istnieje również drugi rodzaj rozumienia — zrozumienie wzajemne, czyli pełne przekazanie własnej informacji innemu układowi.

Do takiego rozumienia niezbędne jest, aby układ przyswajający informację pod żadnym względem nie był mniej skomplikowany od układu przekazującego… Nie dałem maszynie celu. Czekałem, aby skończyła konstruowanie i podnoszenie stopnia własnej komplikacji.

Ona zaś nie kończyła, co zresztą było zrozumiałe: jej „celem” stało się całkowite zrozumienie zawartej we mnie informacji, nie tylko słownej, ale i wszelkiej innej. („Cel” maszyny — to też pojęcie dowolne i nie należy go nadużywać. Po prostu układy informacyjne zachowują się zgodnie z prawami, pod pewnym, względem przypominającymi zasady termodynamiki. I mój system — „czujniki — blok krystaliczny — CWM-12” — powinien był dojść do równowagi informacyjnej z otoczeniem, tak jak kęs surówki w piecu hutniczym powinien dojść do równowagi termicznej z wnętrzem pieca. Takie właśnie rozumienie jest zrozumieniem wzajemnym. Nie można go osiągnąć ani na poziomie prostych układów, ani prostych organizmów.)

I tak właśnie się stało. Do wzajemnego zrozumienia z człowiekiem zdolny jest tylko człowiek. Do dobrego zrozumienia —. bardzo bliski człowiek. Do idealnego — tylko on sam. I mój sobowtór jest produktem równowagi informacyjnej między maszyną a mną. Nawiasem mówiąc, równowaga informacyjna i tak jiie była całkowita — nie było mnie wtedy w pracowni i nie zetknąłem się ze świeżo stworzonym dublem nos w nos jak z odbiciem w lustrze. A później nasze sprawy potoczyły się zupełnie różnymi drogami.

Słowem, tak ustawiłem doświadczenie, że nic, tylko usiąść i płakać. Tyle tu tylko mojego, że przyszło mi do głowy wprowadzić sprzężenie zwrotne…

Nieraz warto się zagalopować. Gdybym prowadził eksperyment ściśle logicznie, z namysłem, gdybym odrzucał wszystkie wątpliwe warianty — czy uzyskałbym taki wynik? Nigdy w życiu! Wyszedłby dobry doktorsko-habilitacyjny pewniak, i tyle. Przecież w nauce zasadniczo bada się zjawiska przeciętne, a ja również nauczyłem się obcować z przeciętnością.