A więc wszystko w porządku? Skąd w takim razie te wątpliwości i niezadowolenie? Czemu wciąż wracam myślą do potknięć i błędów? Przecież udało się… Że nie według reguł? A czy istnieją reguły odkryć? Wiele jest tu przypadku i nie można wszystkiego przypisać własnej „dalekowzroczności naukowej”. A odkrycie Galvaniego, a promienie X, a radioaktywność, a emisja elektronów, a…
w każdym zresztą odkryciu, zapoczątkowującym jakąś gałąź nauki, istnieje element przypadku. A że nie rozumiem? To tak jak i inni, nie ma się czym przejmować.
Skąd więc to wewnętrzne rozdarcie?
Chodzi chyba o coś innego: obecnie tak pracować nie można.
Dziś nauka jest znacznie poważniejszą sprawą niż w czasach Galvaniego czy Roentgena. W taki sposób, prawie nie myśląc, można by odkryć sposób błyskawicznego zniszczenia Ziemi — ze znakomitym potwierdzeniem doświadczalnym…
Dubel wyszedł z łazienki zaróżowiony; ubrał się w moją piżamę, stanął przed lustrem i zaczął się czesać. Podszedłem do niego i stanąłem obok. Z lustra patrzyły dwie identyczne twarze. Tylko jego mokre włosy były nieco ciemniejsze.
Wyciągnął z szafy i włączył maszynkę do golema. Obserwowałem, jak się goli. Ruchy jego były tak swobodne, że czułem się prawie jak gość.
Nie wytrzymałem.
— Słuchaj, a czy ty chociaż odczuwasz niezwykłość sytuacji?
— Co? — Spojrzał na mnie z ukosa. — Nie przeszkadzaj! — Wyraźnie był po „przeciwnej” stronie faktu…” Doktorant odsunął dziennik i pokręcił głową: nie, Walka-oryginał nie umiał czytać myśli!
…On też był wstrząśnięty. Wedle tego, co pamiętał, obudził się w zbiorniku, rozumiejąc wszystko — gdzie się znajduje i jak powstał.
Właściwie jego odkrycie zaczęło się już wtedy… A zachowywał się grubiańsko, bo był zakłopotany. A może również dlatego, że szukał takiej linii postępowania, która by nie sprowadziła go do poziomu wzorców eksperymentalnych.
Znowu zabrał się do czytania.
„… — Ale przecież narodziłeś się w maszynie, a nie z łona matki!
W maszynie, rozumiesz!?
— No to co? A narodzić się z łona matki to według ciebie takie proste? Narodziny człowieka to o wiele bardziej tajemnicze zjawisko niż moje pojawienie się. Tu można odnaleźć następstwo logiczne, a tam? Czy urodzi się chłopiec, czy dziewczynka? Do taty będzie podobne czy do mamy? Czy wyrośnie z niego mądry człowiek czy dureń? Kompletna mgła! Dla nas jest to zwyczajne tylko dlatego, że stykamy się z tym na co dzień. A tu maszyna zarejestrowała informację, a potem ją odtworzyła. Jak magnetofon. Oczywiście, lepiej byłoby, gdyby odtworzyła mnie, powiedzmy, z Einsteina… no, ale co zrobić! Przecież jeśli na taśmie magnetofonowej mamy zapisaną piosenkę ludową, to trudno spodziewać się symfonii Czajkowskiego.
No, nie. Aż takim chamem nie jestem. Najwidoczniej silnie odczuwał drażliwość sytuacji związanej ze swym pojawieniem się na świecie i nie chciał, żebym to zauważył. Ale cóż tu jest do zauważenia: powstał w kolbach i butlach, jak średniowieczny homunkulus, i szaleje… Często zdarzało mi się stwierdzić, że ludzie odczuwający swoją niższość czy niepełnowartościowość, zawsze są bardziej chamscy i brutalni od innych.
Starał się zachowywać z prostotą noworodka. Noworodek też nie upaja się wagą wydarzenia (Narodził się człowiek!), ale od razu zaczyna rozrabiać, ssać pierś i paskudzić w pieluszki…” Kriwoszein westchnął tylko i przewrócił kartkę.
„— No, a czujesz się normalnie?
— Absolutnie! — Odświeżał twarz wodą kolońską. — Dlaczego nie miałbym się czuć normalnie? Maszyna to twór pozbawiony fantazji.
Już widzę, jak by narozrabiała, gdyby miała wyobraźnię! A tak — wszystko w porządku: nie jestem potworem o dwu głowach, jestem młody, zdrowy, tętno dobre. Teraz zjem kolację i pojadę do Lenki.
Stęskniłem się za nią.
— Co-o-o-o? — skoczyłem do niego.
Patrzył na mnie z zainteresowaniem. W jego oczach pojawiły się figlarne iskierki.
— Tak, przecież jesteśmy teraz rywalami. Wiesz, ty jakoś prymitywnie do tego podchodzisz. Zazdrość jest uczuciem niskim. To przeżytek. Ale w ogóle czego zazdrościć, sam pomyśl — jeśli Lena będzie ze mną, czy to będzie oznaczać, że cię zdradza? Zdradzić można tylko z innym mężczyzną, odmiennym, bardziej atrakcyjnym na przykład. A dla niej ja jestem tobą… Nawet jeśli będę z nią miał dziecko, to nie będziesz mógł powiedzieć, że ci przyprawiła rogi.
Jesteśmy zupełnie jednakowi — i wszystkie nasze geny, i chromosomy… No, no, ostrożnie!
Został zmuszony do ukrycia się za drzwiami szafy. Schwyciłem z podłogi hantlę i rzuciłem się ku niemu.
— Zabiję drania! Logiką próbujesz… ja ci pokażę logikę, homunkulusie! Ja ciebie stworzyłem i ja cię też zabiję, rozumiesz!? Nie śmiej o niej myśleć!
Dubel bez lęku wystąpił zza szafy. Kąciki jego ust były opuszczone.
— Słuchaj no, ty, Taras Bulba! Odłóż hantlę! Jeżeli już zacząłeś w ten sposób, to może wyjaśnimy wszystko do końca. „Homunkulusa” i „zabiję” pozostawiam bez komentarza, jako wytwory twojego histerycznego usposobienia. Co się zaś tyczy cytatu „ja ciebie stworzyłem”, to wiedz, że nie ty mnie stworzyłeś. Istnieję nie dzięki tobie, a co do mojej zależności, to chciałbym wy” prowadzić cię z błędu.
— Że jak, proszę?
— A tak. Odłóż hantlę, mówię serio. Ściśle rzecz biorąc, powstałem wbrew twoim zamierzeniom, po prostu dlatego, że nie zakończyłeś w porę doświadczenia. Później zaś choćbyś nawet chciał, było za późno. Słowem — tu uśmiechnął się złośliwie — sytuacja jest taka sama jak wtedy, kiedy wskutek nieostrożności rodziców… przyszedłeś na świat.
(Wszystko wie, patrzcie go! Rzeczywiście, kiedyś mama, po jakiejś mojej dziecięcej psocie, aby nakłonić mnie do posłuszeństwa, powiedziała:
— Chciałam zrobić skrobankę, ale się rozmyśliłam. A ty…
Nie powinna była tego mówić. Byłem dzieckiem niechcianym.
Mogło mnie nie być! Mogłem się w ogóle nie urodzić!)
— …Tylko w odróżnieniu od mamy nie nosiłeś mnie w swoim łonie, nie rodziłeś w mękach, nie karmiłeś i nie odziewałeś — ciągnął dubel. — Nawet życia mi nie uratowałeś, przecież ja istniałem i przed tym eksperymentem — byłem tobą. Nie zawdzięczam ci ani życia, ani zdrowia, ani wyższego wykształcenia technicznego. Niczego! A więc pozostajemy na równych prawach.
— A z Leną też na równych?
— Z Leną… nie wiem, co zrobić z Leną. Ale ty, ty… — sądząc z wyrazu twarzy chciał coś jeszcze dodać, ale powstrzymał się i odetchnął głęboko. — Ty powinieneś szanować moje uczucia, tak jak ja szanuję twoje, rozumiesz? Przecież ja także kocham Lenkę. I wiem, że ona jest moja. Znam jej ciało, zapach skóry i włosów, jej oddech…
wiem, jak mówi: „Ależ z ciebie niedźwiedź, naprawdę!” I jak marszczy nos…
Nagle urwał. Popatrzyliśmy na siebie rażeni jedną myślą.
Pierwszy skoczyłem po płaszcz.
— Do pracowni!”
Rozdział czwarty
Jeśli chcesz jechać taksówką, a los zsyła ci autobus, wybierz autobus, albowiem kursuje on według rozkładu.
„Biegliśmy przez park na przełaj. W uszach świstał wiatr. Niebo było pokryte ołowianymi chmurami.
W pracowni wisiała woń ciepłego błota. Pod sufitem majaczyły zamglone lampki. Przechodząc obok stołu nadepnąłem na węża gumowego, którego tu przedtem nie było, i poderwałem gwałtownie nogę — wąż zaczął się wić!