Kolby i butle pokrył miękki, szary nalot pleśni. Trudno było się zorientować, co się w nich dzieje. Z destylarek ściekały strumyczki wody, szczękały przekaźniki w termostatach. W odległym kącie, zastawionym przez gęstwinę splecionych przewodów i węży, pulpit kontrolny maszyny cyfrowej migał zapalającymi się i gasnącymi lampkami.
Węży było teraz znacznie więcej niż poprzednio. Przedzieraliśmy się przez nie jak przez gęstwę lian. Niektóre węże kurczyły się przepychając jakieś gruzły. Ściany zbiornika również pokrywała pleśń.
Starłem ją rękawem.
…W mętno-złocistym płynie zarysowała się sylwetka człowieka.
„Jeszcze jeden dubel?! Nie…” Wpatrzyłem się z napięciem. W zbiorniku uwidaczniały się kontury kobiecego ciała, którego nigdy nie pomyliłbym z żadnym, innym. Tuż przed moją twarzą kołysała się głowa bez włosów.
Była jakaś szaleńcza logika w tym, że właśnie w momencie, w którym ściąłem się z dublem z powodu Leny, maszyna starała się rozwiązać i to zadanie. Odczułem lęk i wewnętrzny protest.
— Ale… przecież maszyna jej nie zna!
— Ty ją za to znasz. Maszyna odtwarza ją według tego, co o niej zapamiętałeś.
Nie wiadomo czemu rozmawialiśmy szeptem.
— Patrz!
W obrębie widmowego konturu ciała Lenki zaczął pojawiać się szkielet. W zarysach stóp pojawiły się człony palców, stawy. Zaznaczyły się kości udowe i piszczele. Wygiął się kręgosłup, podobny do olbrzymiego kolczastego robaka. Jak gałązki wyrosły z niego żebra, pojawiły się skrzydełka łopatek. W czaszce zarysowały się szwy, zaznaczyły kontury oczodołów… Trudno powiedzieć, żeby to był przyjemny widok — szkielet ukochanej kobiety — nie mogłem jednak oderwać oczu. Oglądaliśmy to, czego nie oglądał jeszcze nikt na świecie: maszyna stwarzała człowieka!
„Co o niej zapamiętałem, co o niej zapamiętałem… — myślałem gorączkowo. — Ale to przecież za mało. Czy też może maszyna przyswoiła sobie ogólne prawa budowy ciała ludzkiego? Ale skąd, przecież ja sam ich nie znam!”
Kości w zbiorniku zaczęły pokrywać się przezroczysto-purpurowymi pasmami i splotami mięśni, a te z kolei pokryły się żółtawym tłuszczem. Czerwona sieć naczyń krwionośnych przeszywała ciało. Wszystko to kołysało się w roztworze, zmieniając kształty. Nawet twarz Leny z opuszczonymi powiekami, za którymi widniały wodniste oczy, szpeciły grymasy. Maszyna jak gdyby zastanawiała się, jak najlepiej skonstruować człowieka.
Zbyt słabo znam anatomię człowieka w ogóle, a anatomię kobiecego ciała w szczególności, żeby ocenić, czy maszyna buduje Lenę prawidłowo, czy nie. Wkrótce jednak poczułem, że dzieje się coś złego. Zarysy jej ciała zaczęły się zmieniać. Ramiona, jeszcze przed chwilą okrągłe, stały się kanciaste i szerokie… Co u licha?!
— Nogi! — dubel boleśnie ścisnął mnie za rękę. — Spójrz, nogi!
W dolnej części zbiornika ujrzałem stopy rozmiaru czterdzieści dwa i zrozumiawszy, oblałem się zimnym potem: maszyna wyczerpała moją informację o Lenie i uzupełnia ją informacją o mnie!
Obróciłem się do dubla — jego czoło też lśniło od potu.
— Trzeba ją zatrzymać!
— Jak? Wyłączyć prąd?
— Nie można, to by starło pamięć w maszynie. Ochłodzić ją?
— Żeby zahamować proces? Nic z tego, ma duży zapas ciepła…
Tymczasem zniekształcona sylwetka w zbiorniku przybierała coraz wyraźniejsze zarysy. Wokół ciała zakołysało się przejrzyste okrycie — poznałem skromną sukienkę, w której Lena najbardziej mi się podobała. Maszyna z rzetelnością idioty ubierała swój twór…
Trzeba rozkazać maszynie, zasugerować… tylko jak?
— Właśnie! — dubel podbiegł do szklanej szafki i wyjął „czapkę Monomacha”, nacisnął na niej przycisk „Translacja” i podał mi ją. — Wkładaj i wzbudź w sobie nienawiść do Lenki! Myśl o tym, że chcesz ją zlikwidować… Szybko!!
W pierwszej chwili chwyciłem błyszczący kołpak, pokręciłem w rękach i oddałem mu.
— Nie mogę… Nie dam rady…
— Mięczak! A co robić? Przecież za chwilę „to” otworzy oczy i…
Mocno naciągnął kołpak na głowę i zaczął krzyczeć, w zapamiętaniu wymachując rękami.
— Zatrzymaj się, maszyno! Zatrzymaj się natychmiast, słyszysz?
Tworzysz nie makietę, nie egzemplarz doświadczalny, ale człowieka! Zatrzymaj się, kretynko! Zatrzymaj się, póki proszę!
— Zatrzymaj się, słyszysz! — zbliżyłem się do mikrofonów. — Zatrzymaj się, bo cię zniszczymy!
Niedobrze mi się robi, gdy wspominam tę scenę. Przyzwyczajeni do zatrzymywania lub zmieniania dowolnych procesów naciśnięciem przycisku lub obrotem dźwigni, krzyczeliśmy, tłumaczyli… i to komu? — zbiorowisku kolb, układów elektronowych i węży. Tfu! To była panika.
Wrzeszczeliśmy jeszcze coś zachrypłymi głosami, aż węże dochodzące do zbiornika nagle zadrgały od gwałtownych skurczów i zniekształcony obraz zasnuła biała mgiełka. Zamilkliśmy. Po trzech minutach mgiełka znikła. W złocistym roztworze nie było nic. Tylko od środka ku brzegom rozchodziły się zafalowania i odbłyski.
— Uff… — odezwał się dubel. — Przedtem jakoś nie trafiało do mnie, że człowiek w siedemdziesięciu procentach składa się z wody.
Dopiero teraz…
Dobrnęliśmy do okna. Od wilgotnego zaduchu całe ciało miałem pokryte lepkim potem. Rozpiąłem koszulę, dubel zrobił to samo.
Nadciągał wieczór. Niebo było teraz czyste, znikły chmury. Szyby stojącego naprzeciw budynku Instytutu odbijały purpurowe światło zachodzącego słońca, odbijały je tak, jak każdego pogodnego wieczoru: wczoraj, miesiąc, rok temu, kiedy t e g o jeszcze nie było.
Było tak, jak gdyby nic się nie stało.
Przed oczyma wciąż miałem obraz szkieletu pokrywającego się przezroczystymi włóknami.
— Te szczegóły anatomiczne, te grymasy… Brr! — powiedział dubel siadając na krześle. — Jakoś odechciało mi się spotkania z Lenką.
Sam też to pomyślałem. Teraz wszystko już minęło, ale… Wiedzieć nawet dość dokładnie, że twoja kobieta to człowiek z krwi i kości, to całkiem co innego, niż zobaczyć to na własne oczy.
Wyciągnąłem z szuflady dziennik laboratoryjny przejrzałem ostatnie zapisy, skąpe i bez treści. Kiedy doświadczenie udaje się albo kiedy do głowy przychodzi dobry pomysł, pisze się szczegółowo. A tu czytałem:
„8 kwietnia. Rozkodowywałem cyfry, 860 wierszy. Bez powodzenia.
9 kwietnia. Rozkodowałem wyrywkowo pięć taśm. Nic nie zrozumiałem. Szaleństwo jakieś.
10 kwietnia. Rozkodowywanie z podobnym wynikiem. Dodałem do kolb i butli nr 1, 3 i 5 gliceryny po 21; nr 2 i 7 — roztworu tio-mocznika po 200 ml, do wszystkich wody destylowanej po 2–3 1.
11 kwietnia. Streptocydowy strip tease… Koniec…”
A teraz wezmę długopis i zapiszę: „22 kwietnia. Układ odtworzył mnie, W. Kriwoszeina. Kriwoszein nr 2 siedzi obok i drapie się w podbródek”. Komedia!
I nagle ogarnęła mnie fala szatańskiej dumy. Przecież to odkrycie, i to jakie! Obejmuje i systemologię, i elektronikę, i bionikę, i chemię, i biologię — wszystko, czego chcecie, i jeszcze coś więcej. A dokonałem go ja! Jak — to inna sprawa. Ale najważniejsze, że ja!
JA!!! Teraz należałoby poprosić tu komisję państwową i zademonstrować powstawanie w zbiorniku nowego dubla… Ależ by mieli miny! A znajomi powiedzą: „No, aleś im zasunął!” albo „Kriwoszein, no, no…”! I Woltampernow przyleci popatrzeć… Poczułem nieopisaną chęć zachichotania, powstrzymała mnie jedynie obecność drugiej osoby.