Выбрать главу

A później… Później ze zbiornika, kolb i węży, szybko, jak pędy bambusa, zaczęły wyrastać macki i ssawki. Było coś naiwnego i dziecięco wzruszającego w ich ruchach. Splatały się, dotykały ścianek kolb, przyrządów i ścian pracowni. Jedna z macek wyciągnęła się w kierunku nie izolowanych zacisków zasilania, dotknęła ich i obwisła zwęglona.

— No, zaczyna się na serio — rzekł dubel.

Tak, to było już serio. Maszyna przechodziła od biernego do czynnego sposobu gromadzenia informacji i w tym celu tworzyła swoje własne czujniki i własne mechanizmy wykonawcze… W ogóle, niezależnie od tego, jak by nazwać jej rozwój — dążeniem do równowagi informacyjnej, samokonstruowaniem czy biologiczną syntezą informacji — nie można było nie zachwycać się niezwykłą uporczywością i potęgą tego procesu. Jeśli nie tak, to inaczej — byle się nie zatrzymywać!

Ale po wszystkim, co już widzieliśmy, byliśmy dalecy od zachwytu i akademickiej ciekawości. Domyślaliśmy się, czym się to może skończyć.

— Dość! — wziąłem ze stołu „czapkę Monomacha”. — Nie wiem, czy uda się nam zmusić ją, żeby robiła to, co chcemy…

— W tym celu nieźle byłoby wiedzieć, czego chcemy — wtrącił dubel.

— …ale najpierw powinniśmy ją zmusić, żeby nie robiła tego, czego nie chcemy.

„Zlikwidować oczy! Zlikwidować macki! Przerwać realizację informacji! Zlikwidować oczy! Zlikwidować macki! Przerwać…” — powtarzaliśmy z maksymalnym napięciem myślowym poprzez „czapkę Monomacha” i nawoływaliśmy do mikrofonów.

A maszyna jak poprzednio wodziła żywymi mackami i wytrzeszczała na nas setki najrozmaitszych oczu. Przypominało to pojedynek.

— No, doczekaliśmy się! — powiedział dubel.

— Tak?! — Uderzyłem pięścią w ściankę zbiornika. Wszystkie macki drgnęły i wyciągnęły się w moim kierunku. Odsunąłem się. — Walka, zakręcaj wodę! Odłącz przewody!

Zginiesz, maszyno! Zginiesz z pragnienia i głodu, jeśli nie podporządkujesz się…

Oczywiście było to brutalne i niewyszukane, ale co mieliśmy robić? Dubel powoli zakręcał zawór doprowadzający wodę. Dźwięk strumyczków z destylarek zmienił się w odgłos kapania kropel. Ja zamykałem węże zaciskami… I macki, drgnąwszy, bezsilnie zwisły!

Zaczęły się kurczyć i wciągać z powrotem do zbiornika. Zamgliły się, załzawiły i zmarszczyły baloniki oczu.

Po godzinie wszystko znikło. Płyn w zbiorniku był jak poprzednio złocisty i klarowny.

— No, tak to już lepiej! — zdjąłem „czapkę” i zwinąłem przewody.

Wznowiliśmy dopływ wody, zdjęliśmy zaciski z węży i czekaliśmy w pracowni do późnej nocy paląc i rozmawiając o byle czym.

Nie wiedzieliśmy już, czego się bardziej obawiać: nowych majaczeń maszyny czy też tego, że zamęczony przez nas układ rozpadnie się i przestanie istnieć jako całość.

Pierwszego dnia jeszcze mogliśmy dyskutować, czy by nie zlikwidować odkrycia? Teraz ogarniała nas obawa na myśl, że może się ono zlikwidować samo, oszołomić niezwykłością i niebywałymi perspektywami i zniknąć.

Na zmianę z dublem podchodziliśmy do zbiornika, węsząc z obawą, czy nie poczujemy woni rozkładu lub gnicia. Nie dowierzając wskazaniom termometru dotykaliśmy rękami ścianek zbiornika i ciepłych, żywych węży — czy nie stygną lub czy nie pałają znowu gorączkowym żarem.

Ale nie, powietrze w pokoju pozostawało ciepłe, wilgotne i rześkie, jak gdyby znajdowało się tu wielkie, czyste zwierzę. Maszyna żyła. Po prostu niczego bez nas nie podejmowała. Podporządkowaliśmy ją sobie!

O godzinie pierwszej w nocy spojrzałem na swego sobowtóra jak w lustro. Zmęczony mrugał zaczerwienionymi powiekami i uśmiechał się.

— Chyba wszystko w porządku. Idziemy się przespać, co?

W tej chwili to nie był już sztuczny dubel. Obok mnie siedział towarzysz pracy, tak samo zmęczony i szczęśliwy, jak ja sam. A przecież — dziwna rzecz! — wcale nie odczuwałem zachwytu podczas naszego spotkania w parku, nie bawiły mnie też urojenia pamięci oglądane w zbiorniku… teraz jednak odczuwałem spokój i radość.

Jednak najważniejszą d)a człowieka rzeczą jest poczucie panowania nad sytuacją!”

Rozdział piąty

Czy w uporczywych poszukiwaniach związków przyczynowych nie wyraża się ludzki instynkt posiadania? Przecież i tu szukamy, co do czego należy.

K. Prutkow — inżynier, myśl nr 10

„Wyszliśmy do parku. Była ciepła noc. Ze zmęczenia obaj zapomnieliśmy, że nie wolno nam pokazywać się razem i przypomnieliśmy sobie o tym dopiero przechodząc przez portiernię. Staruszek Wachtiorycz wpatrywał się w nas swoimi trochę sennymi, błękitnymi oczkami. Zamarliśmy.

— O, pan inżynier! — nagle ucieszył się dziadek. — Już po dyżurze?

— Tak… — odpowiedzieliśmy chórem.

— No i dobrze. — Wachtiorycz podniósł się ciężko i otworzył drzwi wyjściowe. — No i nic się z tym Instytutem nie stanie, i nikt go nie ukradnie, a ja tu muszę, siedzieć jak głupi. Ludzie się bawią, a ja muszę siedzieć, tak to już jest.

Wyskoczyliśmy na ulicę i szybkim krokiem oddalili się.

— No i masz! — W tym momencie zauważyłem, że fasada nowego budynku Instytutu ozdobiona jest różnobarwnymi lampkami. — Który dzisiaj jest?

Dubel policzył na palcach.

— Pierwszy… nie, drugi maja. Najlepsze życzenia, Wala!

— Nawzajem, spóźnione… O, cholera!

Przypomniałem sobie, że byłem umówiony z Leną.

Pierwszego maja mieliśmy wybrać się do jej znajomych, a drugiego pojechać motocyklem za Dniepr. Oklapłem zupełnie. Obrazi się teraz na śmierć.

— A Lena teraz tańczy… gdzieś, z kimś… — powiedział dubel.

— A ciebie cc to obchodzi?

Umilkliśmy. Ulicami jeździły umajone zielenią trolejbusy. Na dachach budynków świeciły dekoracje w kształcie startujących rakiet. Za otwartymi na oścież oknami ludzie tańczyli, śpiewali, wznosili toasty…

Zapaliłem i zacząłem analizować obserwacje maszyny-matki (tak nazwaliśmy ostatecznie cały kompleks). Po pierwsze nie jest to ani maszyna-wyrocznia, ani maszyna-myśliciel i nie dokonuje żadnego wyboru informacji. Są tylko kombinacje — niekiedy sensowne, niekiedy nie. Po drugie, można nią sterować nie tylko drogą energetyczną (zaciskać węże, zamykać dopływ wody i energii — jednym słowem, chwytać za gardło), lecz także drogą informacyjną. Co prawda, na razie reaguje tylko na rozkaz: „Nie!”, ale początki są zawsze trudne. Wydaje się, że najwygodniej jest sterować nią za pośrednictwem „czapki Monomacha” prądami czynnościowymi mózgu… Po trzecie, maszyna-matka, chociaż bardzo skomplikowana, jest tylko maszyną — sztucznym tworem nie posiadającym własnych celów. Dążenie do stabilizacji, do równowagi informacyjnej oczywiście nie jest dla niej celem, a tylko właściwością, tak samo jak na przykład w przypadku wagi analitycznej. Po prostu przejawia się ono w bardziej złożony sposób: syntezą żywej materii z informacji zewnętrznej. Celem jest zawsze rozwiązanie zadania. Maszyna nie miała żadnego zadania i dlatego wygłupiała się z nadmiaru możliwości. Ale…

— …jej zadania powinien wyznaczać człowiek — podchwycił dubel. Przestała już mnie dziwić jego zdolność do myślenia równolegle ze mną. — Podobnie jak i zadania dla wszystkich innych maszyn. I co za tym idzie, mówiąc językiem oficjalnym, cała odpowiedzialność spoczywa na naszych barkach.