Выбрать главу

O odpowiedzialności nie chciało mi się myśleć. Człowiek pracuje, pracuje, nie oszczędza się, a w dodatku musi ponosić całą odpowiedzialność. A ludzie tymczasem się bawią… Zmarnowaliśmy święto, durnie. Całe nasze życie minie w tym śmierdzącym laboratorium…

Skręciliśmy w kasztanową aleję, wiodącą do osiedla. Przed nami powoli szło dwoje ludzi. Obu nas, trzeźwych, głodnych i samotnych, aż coś ścisnęło za serca, tak pięknie wyglądali ci dwoje na tle rozświetlonej latarniami alei. On, wysoki i elegancki, obejmował ją w pół. Ona lekko skłoniła swoją pięknie uczesaną główkę na jego ramię. Mimo woli przyspieszyliśmy kroku, aby ich wyprzedzić i nie rozjątrzać się lirycznym widokiem.

— A teraz posłuchamy magnetofonu, Tanieczka! Mam takie nagrania, że palce lizać! — doleciał do nas szemrzący głos Chiłoboka i obaj potknęliśmy się. Zachwyt gwałtownie się ulotnił.

— Harry znowu nową poderwał — stwierdził dubel.

Zbliżywszy się do nich rozpoznaliśmy dziewczynę. Jeszcze niedawno przychodziła na praktykę do Instytutu w szkolnym fartuszku. Później zaczęła pracować chyba jako laborantka u obliczeniowców. Podobała mi się — zmysłowe wargi, miękki zarys nosa, wielkie piwne oczy, rozmarzone i ufne.

— A kiedy Azarow wyjeżdża na urlop albo w delegację zagraniczną, to o wielu rzeczach decyduję za niego ja — puszył się Harry jak paw. — Zresztą nawet jak jest, to też tak samo. Oczywiście, to bardzo ciekawe, a jakże!

Idzie Tanieczka, wsparłszy głowę o tergalowe ramię Chiłoboka, i wydaje się jej docent Harry rycerzem nauki radzieckiej. Może nawet cierpi na chorobę popromienną, jak główny bohater filmu „Dziewięć dni jednego roku”? A może zmarnował zdrowie pracą naukową jak bohater filmu „Wszystko zostaje dla ludzi”? I omdlewa, i sama siebie widzi w roli godnej partnerki, idiotka… Zdrów jest twój uczony kawaler, Tanieczka, nie bój się. Nie zmęczył się nauką. A ciebie prowadzi właśnie teraz prościutką drogą do pierwszego wielkiego rozczarowania życiowego. W tym to on jest prawdziwy artysta…

Dubel zwolnił kroku i odezwał się półgłosem.

— A może by mu dać po mordzie? Nic łatwiejszego — ty idziesz teraz do znajomych, zapewniasz alibi. A ja…

Wyprzedził mnie o sekundę. W ogóle starał się mnie wyprzedzać, utwierdzając w ten sposób swoje poczucie niezależności — wiedział przecież, że myślimy jednakowo… Ale ponieważ wyprzedził mnie, zadziałał u mnie inny przejaw poczucia niezależności — przeciwstawianie się cudzym myślom.

— Przez dziewczynę, coś ty? Niech ją… Nie ta, to inna się narwie.

— I przez nią, i w ogóle za wszystko. Dla spokoju ducha. Co, nie pamiętasz, jak napaskudził nam w pracy? — Zmrużył oczy. — Zapomniałeś?

Nie zapomniałem. Pracowałem wtedy u Walerki Iwanowa. Opracowywaliśmy bloki pamięciowe do urządzeń wojskowych. Sytuacja na świecie była poważna, harowaliśmy nie pamiętając o niedzielach i świętach. Pracę oddaliśmy pół roku przed wyznaczonym terminem…

I wkrótce instytutowe, życzliwe dusze przekazały nam komentarz Chiłoboka: „W nauce ten, kto wykonuje badania przed terminem, to albo karierowicz, albo blagier, albo i jedno, i drugie!” Powiedzenie to zyskało popularność — wielu mamy takich, którym podobne zarzuty nie grożą. Ambitny i w gorącej wodzie kąpany Walerka długo szykował się, żeby pogadać szczerze z Chiłobokiem, ale potem pokłócił się z Azarowem i odszedł z Instytutu.

Na myśl o tym ręce zacisnęły mi się w pięści. „Może naprawdę niech dubel zapewni alibi, a ja…?” I nagle zobaczyłem to z boku: trzeźwy, inteligentny mężczyzna w obecności dziewczyny grzmoci drugiego mężczyznę… Nie, tak nie można! Potrząsnąłem głową, aby odpędzić ten obraz.

— Nie, mimo wszystko to nie to. Nie można ulegać niskim instynktom.

— A co jest „to”?

Rzeczywiście, co jest „to”? Nie wiedziałem.

— No to trzeba chociaż uchronić tę rozmarzoną dziewczynę przed spoconymi uściskami Chiłoboka… — Dubel w zamyśleniu zagryzł wargę i popchnął mnie w ceń drzewa. Znowu wykazał inicjatywę. — Panie docencie, czy można pana prosić na chwilkę?

Chiłobok i dziewczyna obejrzeli się.

— A, inżynier Kriwoszein! Proszę bardzo… — Docent zwrócił się do dubla. — Tanieczka, zaraz panią dogonię.

Odgadłem jego zamiar i krótkimi skokami zacząłem przekradać się w cieniu drzew. Wszystko się udało. Tanieczka doszła do rozwidlenia alei, zatrzymała się, obejrzała i zobaczyła tego samego człowieka, który przed chwilą odwołał jej adoratora.

— Tania — powiedziałem — docent bardzo przeprasza, ubolewa i tak dalej, ale nie będzie mógł wrócić. Rzecz w tym, że wróciła jego żona i… A pani dokąd? Odprowadzę panią!

Ale Tanieczka już pędziła z twarzą zasłoniętą rękami prosto w kierunku przystanku trolejbusowego. Poszedłem do domu.

Po kilku minutach przyszedł i dubel. — Poczekaj — powiedziałem, zanim otworzył usta. — Powiedziałeś mu, że Tania jest dziewczyną twojego kolegi, znanego boksera?

— I mistrza judo. A ty jej — o żonie?

— Zgadza się. Znalazło się przynajmniej jedno pożyteczne zastosowanie naszego odkrycia…

Rozebraliśmy się, umyli i zaczęli przygotowywać do snu. Posłałem sobie na kanapie, a on na rozkładanym łóżku.

— Wracając jeszcze do Chiłoboka. — Dubel usiadł na łóżku. — Dlaczego nic mi nie mówisz, że na najbliższym posiedzeniu Rady Naukowej będzie dyskutowany nasz temat? Gdyby Chiłobok łaskawie mi o tym nie wspomniał, żyłbym w nieświadomości. „Czas, czas, inżynierze, pół roku już pan pracuje, a do tej pory nie było jeszcze dyskusji. Oczywiście, poszukiwania losowe to dobra rzecz, ale zamówienia na sprzęt i materiały pan składa, a do mnie z księgowości wciąż dzwonią i pytają, jak zaksięgować. A w Instytucie gadają, że Kriwoszein robi, co chce, a inni muszą wykonywać plany i zamówienia… Ja oczywiście rozumiem, że panu to jest potrzebne do doktoratu, ale trzeba sformułować temat i włączyć do naukowego planu Instytutu…” Od razu sobie, świnia, o pracy przypomniał, jak mu wspomniałem o bokserze.

— Według Chiłoboka sens nauki polega na tym, żeby urzędnikom nie robić kłopotu.

Wyjaśniłem dublowi, o co chodzi. Kiedy z maszyny zaczęły sypać się niezrozumiałe cyfry, zadzwoniłem w rozpaczy do Azarowa, że chciałbym się z nim skonsultować. Jak zwykle nie miał czasu i powiedział, że lepiej będzie przedyskutować temat na Radzie Naukowej i że poprosi Chiłoboka o zorganizowanie posiedzenia.

— A tymczasem nasionko, które dobrze byłoby zachować na później, zakiełkowało interesującym wynikiem — podsumował dubel.

— Więc co, referujemy? W sprawie otwarcia przewodu doktorskiego.

Chiłobok też uważa, że trzeba…

— A na obronie ja będę demonstrował ciebie, co?

— Kto kogo będzie demonstrował, to inna sprawa — odpowiedział wymijająco. — Ale ogólnie rzecz biorąc… nie można! — pokręcił głową. — Nie, absolutnie nie można!

— Masz rację, nie można — zgodziłem się ponuro. — Ani patentu nie można zgłosić, ani Nagrody Nobla się nie dostanie… Same straty mam na razie z całej tej historii.

— Dobrze, oddam ci te pieniądze, oddam… ależ z ciebie sknera!

Posłuchaj… a po co ci Nobel? — zmrużył oczy. — Jeżeli maszyna-matka tak łatwo tworzy człowieka, to cóż dla niej banknoty…

— Nic prostszego! Z prawdziwym rysunkiem, ze znakami wodnymi… co?!

— Każdy kupi sobie trzypokojowe mieszkanie spółdzielcze — dubel w rozmarzeniu oparł się o ścianę.