Выбрать главу

— No i samochód…

— I po dwie wille: jedną na Krymie — na urlopy, drugą nad Bałtykiem dla reprezentacji.

— Zrobimy jeszcze kilku Kriwoszeinów. Jeden będzie pracował, żeby ludzi nie drażnić…

— …a reszta będzie próżnowała, ile dusza zapragnie…

— I to z gwarantowanym alibi. Co?

Umilkliśmy i popatrzyli na siebie z obrzydzeniem.

— Boże, cóż z nas za ponurzy drobnomieszczanie! — Chwyciłem się za głowę. — Ogromne odkrycie przymierzamy do diabli wiedzą czego: do doktoratu, willi, premii, mordobicia z gwarantowanym alibi… Przecież to Sposób Syntezy Człowieka! A my…

— To nic, zdarza się. Parszywe myśli miewa każdy. Ważne jest tylko, żeby nie przekształciły się w parszywe uczynki.

— Na razie widzę właściwie tylko jedną dobrą stronę odkrycia: patrząc z boku dostrzega się w sobie to, co zwykle łatwiej zauważyć u innych: własne niedostatki.

— Tak, ale czy po to tylko warto podwajać zaludnienie Ziemi?

Siedzieliśmy w samych spodenkach naprzeciw siebie. Miałem wrażenie, że siedzę przed lustrem.

— Dobrze. Do rzeczy. Czego właściwie chcemy?

— I co możemy?

— I co o tym wiemy?

— Zacznijmy od tego, że zanosiło się na to od dawna. Koncepcje Sieczenowa, Pawłowa, Wienera, Ashby'ego, wychodząc z różnych założeń, zbiegają się w jednym: mózg to maszyna. Doświadczenia Petrucchi'ego nad sterowanym rozwojem ludzkiego zarodka to krok następny. Dążenie do coraz większej złożoności i uniwersalności układów w technice — weź choćby tylko projekty mikroelektroników, dotyczące stworzenia maszyn, dorównujących pod względem komplikacji mózgowi.

— A więc nasze odkrycie to nie przypadek. Przygotował je cały dotychczasowy rozwój myśli i środków technicznych w nauce. Nie tą, to inną drogą, nie teraz, to za lata lub dziesiątki lat, nie my, to kto inny doszedłby do tego. A zatem zagadnienie sprowadza się do problemu…

— …co możemy i powinniśmy zrobić przez ten czas — może rok, może dziesiątki lat, trudno przewidzieć, lepiej jednak liczyć na krótszy termin — o który wyprzedziliśmy innych?

— Tak.

— Jak to bywa zwykle? — Dubel podparł dłonią policzek. — Inżynier ma jakiś pomysł albo po prostu chciałby stworzyć coś, co po nim pozostanie. Szuka więc zleceniodawcy. Albo zleceniodawca szuka inżyniera, w zależności od tego, kto komu jest bardziej potrzebny. Zleceniodawca określa zadanie techniczne: „Wykorzystując swoje pomysły i wiedzę opracujcie takie to a takie urządzenia lub taką to a taką technologię. Urządzenie powinno mieć takie to a takie parametry i przejść pomyślnie takie to a takie próby wytrzymałościowe… technologia powinna zapewniać produkcję wyrobów o przewidzianej jakości w procencie nie mniejszym niż… Suma taka i taka, termin wykonania taki a taki. Sankcje odpowiednio do aktualnych przepisów”. Podpisuje się umowę — i do roboty… My mamy takie urządzenie i chcemy dalej je ulepszać. Ale jeśli teraz przyjdzie zleceniodawca z ciężką forsą i powie: „Tu są pieniądze, proszę udoskonalać wasz sposób niezawodnego masowego dublowania ludzi, a do czego mi to potrzebne, nie wasza sprawa” — tej umowy nie podpiszemy, prawda?

— No, jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. Metoda nie przebadana, nie dopracowana, co to za produkcja! Może i ty za parę miesięcy rozsypiesz się, nie wiadomo…

— Nie rozsypię się. Na to nie licz.

— A żyj sobie, co mnie to obchodzi?!

— Dziękuję ci uprzejmie! Ależ z ciebie cham! Aż ręce opadają!

Chętnie bym ci przyłożył.

— Dobra, dobra, bez dygresji. Źle mnie zrozumiałeś. Zmierzam do tego, że nie znamy jeszcze wszystkich stron i możliwości naszego odkrycia. Jesteśmy dopiero w stadium początkowym. Gdyby porównać to na przykład z radiem, to jesteśmy na etapie fal Hertza i iskrowego nadajnika Popowa. Co dalej? Trzeba badać dalsze możliwości.

— Słusznie. Ale to niczego nie zmienia. Badania, które można zastosować do człowieka i społeczeństwa, należy prowadzić z określonym celem. A my nie mamy nikogo, kto by nam wręczył dwie strony maszynopisu z tematem zlecenia. I bardzo dobrze. Sami musimy określić, jakie cele stoją obecnie przed człowiekiem.

— No… Dawniej cel był jasny — przeżycie i przedłużenie gatunku. Do osiągnięcia tego trzeba było uganiać się za zwierzyną, zdzierać skóry dla okrycia ciała, pilnować ognia… opędzać się maczugą od zwierząt i znajomych, ryć w glinie jednoizbową jaskinię bez wygód i tak dalej. Ale we współczesnym społeczeństwie problemy te zasadniczo zostały rozwiązane. Można pracować byle gdzie i na życie się zarobi. W każdym razie z głodu nie zginie się. Nawet dzieci można sobie zafundować, w najgorszym razie wychowa je państwo… A zatem ludzie powinni mieć teraz nowe dążenia i potrzeby.

— O, tych jest mnóstwo! Dążenie do komfortu, do rozrywek, do interesującej i czystej pracy. Potrzeba dobrego towarzystwa, środków zaspokajania próżności — stanowisk, tytułów, odznaczeń. Potrzeba eleganckiej odzieży, dobrego jedzenia, trunków, wylegiwania się na plaży, nowinek, czytania książek, potrzeba śmiechu, upiększania się, modnych fatałaszków…

— Ale, do diabła, to wszystko nie jest najważniejsze! Nie może być najważniejsze. Ludzie nie chcą, zresztą nie mogą powrócić do dawnego prymitywnego bytowania, więc naturalne jest, że wyciskają wszystko ze współczesnego środowiska. Jednak w tych ich dążeniach i potrzebach powinien być jakiś cel. Nowy cel istnienia…

— Krótko mówiąc, na czym polega sens życia? Niezwykle świeży problem, nieprawdaż? No, pogadaliśmy sobie. Wiedziałem, że do tego dojdziemy! — Dubel wstał, wykonał kilka rozluźniających ćwiczeń gimnastycznych i znów usiadł.

I tak, początkowo półżartem, a później coraz poważniej, przeprowadziliśmy tę najważniejszą dla naszej pracy rozmowę. Niejednokrotnie zdarzało mi się przy koniaku albo po prostu w przerwie na papierosa — dyskutować o sensie życia, o strukturze społeczeństwa czy o losach ludzkości. Inżynierowie i uczeni tak samo lubią rozprawiać o świecie, jak gospodynie domowe o drożyźnie i upadku obyczajów. Gospodynie czynią to, aby utwierdzić się w przekonaniu o swojej gospodarności i zaletach charakteru, a tamci aby popisać się szerokimi horyzontami umysłowymi… Ale nasza rozmowa była nieporównanie trudniejsza od tego mielenia językiem — dźwigaliśmy każdą myśl jak ciężką bryłę. Wszystko sprowadzało się do odpowiedzialności: po rozmowie miały nastąpić czyny — czyny, w których nie wolno się pomylić.

Odechciało nam się spać.

— Dobrze. Załóżmy, że sens życia to zaspokojenie potrzeb.

Wszystkich, jakich dusza zapragnie. Ale jakie potrzeby i żądania ludzi można zaspokoić, tworząc nowych ludzi? Przecież ci sztucznie stworzeni będą mieli własne potrzeby i dążenia! Błędne koło.

— Nie, nie chodzi o to. Sensem życia jest samo życie. Życie pełne, barwne, swobodne, interesujące, twórcze. Albo przynajmniej dążenie do tego… No, i co?

— „Pełne życie”! „Sens życia”! „Dążenie”! — Dubel zerwał się z łóżka i przebiegł się po pokoju. — „Zainteresowania”, „potrzeby”…

Matko jedyna, jakież to wszystko mętne! Dwieście lat temu takie przybliżone pojęcia może byłyby dobre, ale teraz… Jak, do diabła, może wyglądać temat zlecenia, jeżeli brak dokładnych danych o człowieku!? Jakim wektorem oznaczać dążenia? W jakich jednostkach mierzyć zainteresowanie?

Onieśmielało nas to wtedy — onieśmiela i teraz. Przywykliśmy do ścisłych pojęć, takich jak parametry, gabaryty, pojemność informacyjna w bitach, szybkość przeprowadzania operacji w mikrosekundach — a zetknęliśmy się z przerażająco nieprecyzyjną wiedzą o człowieku. Do pogawędek to się nadaje. Ale jak, na miłość boską, kierować się takimi pojęciami w badaniach doświadczalnych, w których rządzi proste i surowe prawo: jeżeli wiesz coś niezbyt dokładnie, to znaczy, że tego nie wiesz.)