Po powrocie zastałem swego kochanego dubla — chodził po pokoju dla uspokojenia wzburzonych nerwów. Okazało się, że pięć minut przede mną był u Chiłoboka i przeprowadził z nim dokładnie taką rozmowę.
Uff… dobrze chociaż, żeśmy się tam nie spotkali.
Zdecydowaliśmy, że w pierwszych doświadczeniach obejdziemy się bez układu. Dla królików wystarczą te czujniki, które już mamy.
A kiedy znowu zajmiemy się obiektem homo sapiens… może wtedy pojawi się już w pracowni aparatury naukowej jakiś sensowny kierownik.
Rada Naukowa zebrała się 16 maja. W przeddzień, wieczorem, jeszcze raz przemyśleliśmy, o czym należy, a o czym nie należy mówić. Zadecydowaliśmy omówić i uzasadnić teoretycznie pierwotną koncepcję, że maszyna elektronowa, wyposażona w przełączające się losowo elementy, może i powinna zmienić swoją strukturę pod wpływem dowolnej informacji. Praca stanowić będzie doświadczalną próbę weryfikacji tej koncepcji. Dla określenia granic, do jakich maszyna może dojść w konstruowaniu samej siebie, niezbędne są takie a takie urządzenia, materiały, przyrządy — wykaz w załączeniu.
— Dla wstępnego przygotowania umysłów, a także dla działu zaopatrzenia powinno wystarczyć — powiedziałem. — Dobrze, więc tak to zreferuję.
— A dlaczego właściwie ty? — dubel bojowo uniósł prawą brew.
— Do sprzątania po królikach to ja, a na Radę Naukową — ty? Cóż to za dyskryminacja sztucznych ludzi! Żądam losowania!
…I tak się stało, że bez powodu oberwałem naganę za nietaktowne zachowanie się podczas posiedzenia Rady Naukowej Instytutu oraz za impertynencję w stosunku do profesora, doktora nauk technicznych H. Woltampernowa”.
Nie, to naprawdę przykre. Żeby to choć na mnie rzucił się eks-orzeł elektroniki lampowej, zasłużony działacz w zakresie nauki i techniki, doktor nauk technicznych, profesor Hipolit Woltampernow (ach, czemu nie zostałem konferansjerem!) ze słowami: „A czy wiadomo inżynierowi Kriwoszeinowi, który proponuje nam powierzenie maszynie, aby dowolnie, że tak powiem, bez steru i żagla, jak jej się podoba, konstruowała siebie, czy wiadomo mu, jaki ogromny i, pozwolę sobie powiedzieć, przemyślany — tek, właśnie przemyślany! — wysiłek wkładają najbardziej wykwalifikowani specjaliści naszego Instytutu w projektowanie urządzeń liczących? W opracowanie bloków tych urządzeń! I elementów tych układów?!! A czy ma pojęcie wulgaryzujący tu przed nami zagadnienie inżynier choćby o metodyce, że tek powiem, optymalnego projektowania triggera na lampie 6N5? I czy nie wydaje się inżynierowi Kriwoszeinowi, że swoimi domniemaniami, jakoby maszyna, że tak powiem, miałaby dać sobie radę z optymalnym konstruowaniem lepiej niż specjaliści, że tymi domniemaniami znieważa znaczną liczbę pracowników naszego Instytutu, wykonujących, pozwolę sobie powiedzieć, ważne dla gospodarki narodowej zadania? Czy inżynier mógłby mi odpowiedzieć na pytanie, co to da…” — przy czym za każdym razem słowo „inżynier” brzmiało w profesorskich ustach jak coś pośredniego pomiędzy „student” a „sukinsyn”.
Żebym to choć ja w swojej odpowiedzi przypomniał szanownemu profesorowi, że widocznie podobnego typu odczucia kierowały jego piórem w przeszłości, gdy pisał swoje demaskatorskie artykuły o „reakcyjnej pseudonauce cybernetyce”, a później zmiana kierunku wiatru zmusiła go do zajęcia się pracą. Jeżeli profesor obawia się, że w przypadku zrealizowania mojej koncepcji zostanie bez pracy, to bezpodstawnie, w ostateczności zawsze może powrócić do paranaukowej publicystyki. I w ogóle czas już zrozumieć, że postęp w nauce osiąga się przez rzeczowe dyskusje, a nie za pomocą demagogicznych naskoków cynicznych krzykaczy…
Właśnie po tych, utrwalonych w stenogramie z posiedzenia słowach Woltampernow zaczął kurczowo ziewać i gorączkowo sięgać do górnej kieszeni marynarki.
Ależ, obywatele, przecież to nie byłem ja! Referat wygłaszał stworzony dokładnie według proponowanej metodyki mój sztuczny sobowtór… Potem przez trzy dni chodził zły i zmieszany.
Ale właściwie można go zrozumieć.
Przypadkiem jednak w tej samej chwili, kiedy podpisana przez Azarowa nagana dotarła do kancelarii, w pobliżu znalazłem się właśnie ja. I to do mnie przy licznym audytorium zawołała, wyjrzawszy przez drzwi, nieokrzesana kierowniczka kancelarii Agłaja Garaża.
— Towarzyszu Kriwoszein, tu jest dla was nagana! Wejdźcie i pokwitujcie!
A ja potulnie wszedłem i pokwitowałem… Czyż to nie pech?
Zresztą co tam nagana. Najważniejsze, że temat został zatwierdzony! Popierał go sam Azarow. „Interesująca koncepcja — powiedział — i dość prosta, można spróbować.” „Ale przecież to zadanie się nie algorytmuje, panie profesorze” — sprzeciwił się docent Pryszczepa, najbardziej ortodoksyjny matematyk w naszym Instytucie.
„To co, jak się nie algorytmuje, to znaczy, że go nie ma? — odparował profesor. (Słuchajcie, słuchajcie!) — W naszych czasach algorytm poszukiwania naukowego nie ogranicza się do zbioru reguł logiki formalnej.” No, no! Przecież Azarow zawsze patrzył niechętnym okiem na poszukiwania losowe — o tym to wiem dobrze. Co to może znaczyć? Czyżby dubel pokonał go logiką swojego referatu? A może w psychice szefa zrodziła się wreszcie naukowa tolerancja?
Jeśli tak, to dogadamy się z nim.
Słowem, było osiemnaście „za”, jedno (Woltampernow) „przeciw”. Ostrożny Pryszczepa wstrzymał się od głosu. Dubel, jako nie posiadający stopnia ani tytułu naukowego, w głosowaniu udziału nie brał. Nawet Chiłobok głosował za. On również wierzy w powodzenie naszej pracy. Dobrze, Harry, nie nawalimy!
Przy okazji dubel przyniósł wstrząsającą nowinę — Chiłobok pisze pracę habilitacyjną!
— A na jakiż to temat?
— Temat utajniony. Rada Naukowa przyjęła porządek dzienny następnego posiedzenia, w którym był punkt „Ocena pracy na uzyskanie stopnia naukowego doktora habilitowanego nauk technicznych H. Chiłoboka”. Temat tajny, więcej — ściśle tajny. Jak widzisz, siedzimy w pracowni, a życie naukowe toczy się mimo nas.
— Temat tajny, to znakomite! — Odłożyłem z wrażenia lutownicę. Byliśmy w pracowni, montowaliśmy czujniki w kamerze. — Spryciarz! Ani jawnych publikacji, ani audytorium na obronie… tss, towarzysze, ściśle tajne! Wszyscy go obchodzą i zawczasu czują szacunek.
Wiadomość dotknęła mnie do żywego. Ja doktoratu nie mogę zrobić, a z tego robią docenta. I zrobią, technika znana: bierze się opracowywany (albo już opracowany) gdziekolwiek układ albo konstrukcję, owija się to w kompilacyjny bełkot z wykorzystaniem tajnych źródeł. Za rękę nikt go nie złapie…
— E, co tam. W końcu nie on pierwszy i nie ostatni! — zabrałem się znowu do lutowania. — Jeszcze nad nim się zastanawiać… mamy dość własnej pracy.
— Do tego jeszcze głosował za naszym tematem — podtrzymał mnie dubel. — Swój chłop! Oczywiście, można by spróbować go…
tego… ale czy warto?
W ogóle było nam odrobinkę nijako. Zawsze czuję się nijako, gdy obserwuję sukcesy pnącego się w górę cwaniaka. Odczuwam wtedy niezadowolenie i zaczynam gardzić sobą za „roztropną” bierność… Ale przecież rzeczywiście — gra nie warta świeczki. Mamy przed sobą poważną pracę, a moja pozycja jest niezbyt mocna. Czy warto się mieszać? W dodatku zaczynać z Chiłobokiem… Kiedyś próbowaliśmy z Iwanowem przyłapać go na plagiacie. Walerka wystąpił na seminarium i wszystko wykazał. Jedynym sukcesem było to, że Rada Naukowa poleciła Chiłobokowi przepracować artykuł. Ależ dał nam potem szkołę…
I w ogóle te towarzyskie mordobicia z wciąganiem osób postronnych, rozróby, po których ludzie przestają się sobie kłaniać, to nie dla mnie. Kiedy dzieje się coś takiego, mam nieprzepartą ochotę uciec do laboratorium, włączyć przyrządy, notować wyniki pomiarów i w ten sposób przynosić jakiś pożytek… Żeby to można było chiłoboków zwalczać metodą laboratoryjną, wysiłkiem myśli inżynierskiej…