Jestem inżynierem; to wszystko wyjaśnia. Przez dziesięć lat pracy moja psychika zżyła się z maszynami i wśród nich czuję się pewnie.
W maszynach wszystko podlega władzy rozumu i rąk, wszystko jest określone: tak to „tak”, nie to „nie”. A u ludzi jest inaczej: „Tak, ale…” — po czym następuje zdanie, przekreślające to „tak”. A przecież dubel jest mną.
Unikaliśmy już tego męczącego sporu, pracowaliśmy w milczeniu. Może wszystko się jeszcze ułoży i zrozumiemy się nawzajem…
Kamera informacyjna była prawie gotowa. Jeszcze dzień lub dwa i będzie można wpuścić do niej króliki. I wtedy zdarzyło się to, co wcześniej czy później musiało się zdarzyć: w laboratorium zadzwonił telefon.
Telefon dzwonił i przedtem. „Panie inżynierze, proszę do pierwszego czerwca dostarczyć wykaz zużytych odczynników, bo będziemy musieli wstrzymać wydawanie nowych z magazynu!” — to z księgowości. „Towarzyszu Kriwoszein, wpadnijcie na pierwszy oddział” — od Johanna Klappa. „Staruszku, pożycz akumulator srebrowo-niklowy na tydzień!” — prosił miły chłopak, Fenia Zagrebniak. I tak dalej. Ale to był zupełnie inny telefon. Na twarzy dubla, gdy tylko podniósł słuchawkę i powiedział: „Słucham, Kriwoszein”, pojawił się wyraz cielęcego szczęścia.
— Tak, Lenko — nie powiedział, ale zagruchał. — Tak… No, co ty, malutka, nie, oczywiście… codziennie o każdej porze!
Z płaskoszczypami w ręce zamarłem obok kamery. W mojej obecności uwodzono moją ukochaną kobietę. Ukochaną! Teraz wiedziałem o tym doskonale. Zrobiło mi się gorącu. Kaszlnąłem ochryple. Dubel podniósł na mnie zamglone, nieprzytomne spojrzenie i opamiętał się. Spochmurniał.
— Sekundę, Lena… — i podał mi słuchawkę. — Masz. To właściwie do ciebie.
Chwyciłem słuchawkę i zawołałem:
— Słucham, Lenoczka, słucham…
Opis tego, o czym z nią rozmawiałem, jest zresztą zbędny. Okazało się, że wyjeżdżała w delegację i wróciła dopiero wczoraj.
Oczywiście przykro jej było z powodu świąt. Czekała na mój telefon…
Kiedy odłożyłem słuchawkę, dubla w pracowni nie było. Ja też straciłem ochotę do pracy. Zamknąłem budynek i pogwizdując poszedłem do domu, ogolić się i przebrać.
Dubel pakował walizkę.
— Dokąd?
— Na wieś do ciotki, w głuszę, do Saratowa! Do Władywostoku, zlizywać bryzgi! Nie twoja sprawa.
— Nie, bez żartów, dokąd? O co chodzi?
Podniósł głowę, popatrzył na mnie spode łba.
— Czy ty naprawdę nie rozumiesz, o co chodzi? No cóż, jasne, nie jesteś mną.
— Nie, dlaczego? Przecież ty jesteś mną, a ja jestem tobą. W każdym razie taka była sytuacja wyjściowa.
— Cała rzecz w tym, że nie — zapalił papierosa, zdjął z półki książkę. — „Wstęp do systemologii” biorę, ty będziesz mógł korzystać. z biblioteki… Ty jesteś pierwszy, a ja drugi. Ty się urodziłeś, rosłeś, rozwijałeś się, zająłeś jakieś miejsce w życiu. Każdy człowiek zajmuje jakieś miejsce w życiu, dobre czy złe, ale swoje własne. A dla mnie miejsca nie ma. Zajęte! Wszystko zajęte — i ukochana kobieta, i stanowisko służbowe, i tapczan, i mieszkanie…
— To śpij, do cholery, na tapczanie, czy ja cię wypędzam?
— Nie gadaj głupstw, nie chodzi o tapczan!
— Słuchaj, jeżeli to z powodu Leny, to… może jeszcze poeksperymentujemy i… możemy chyba sobie na to pozwolić?
— Stworzyć drugą Lenę, sztuczną? — uśmiechnął się ponuro. — Po to, żeby i ona drżała przez całe życie jak pasażer bez biletu…
Nagroda za życie — też wymyśliliśmy, idioci! Najlepsi uczniowie w społeczeństwie zamiast medali dostają w nagrodę człowieka, takiego samego jak oni, tylko bez miejsca w życiu. Nie ma co, genialny pomysł. Ze mną nie będzie tak źle, jakoś się urządzę. A ci najlepsi uczniowie są rozpieszczeni i kapryśni. Wyobraź sobie na przykład dubla Azarowa — bez instytutu, którym kieruje, bez uposażenia, bez członkostwa Akademii, bez samochodu i bez mieszkania. Zupełnie bez niczego, tylko z zaletami osobistymi i miłymi wspomnieniami.
Co by się z nim stało? — Włożył do walizki ręcznik, szczoteczkę do zębów i pastę. — Jednym słowem, mam tego dość. Nie mogę dłużej prowadzić takiego podwójnego życia, obawiać się, żeby nas ktoś nie przyłapał, rozglądać się podejrzliwie w stołówce, brać twoje pieniądze, tak, właśnie t w o j e pieniądze, zazdrościć ci Leny… Za jakie grzechy mam się tak męczyć? Jestem człowiekiem, a nie egzemplarzem doświadczalnym ani czyimś tam dublem!
— A co będzie z pracą?
— A czy ja mówię, że chcę zostawić pracę? Kamera prawie gotowa, doświadczenia możesz prowadzić sam. Tutaj pożytku ze mnie niewiele, przecież mamy „jedną głowę na dwóch”. Wyjadę, zajmę się zagadnieniem „człowiek a maszyna” od innej strony…
Przedstawił swój plan. Wyjeżdża do Moskwy na studia doktoranckie na Wydziale Biologii Uniwersytetu Moskiewskiego. Praca pójdzie dwoma torami — ja badam maszynę-matkę i określam jej możliwości, on będzie badał człowieka i jego możliwości. Później — już odmienni, z różnym doświadczeniem i różnymi koncepcjami — będziemy kontynuować pracę wspólnie.
— Ale dlaczego akurat biologia? — nie wytrzymałem. — Dlaczego nie filozofia, nie socjologia, nie psychologia albo na przykład literatura piękna? Przecież i one traktują o człowieku i społeczeństwie ludzkim. Dlaczego biologia?
Popatrzył na mnie w zamyśleniu.
— Wierzysz w intuicję?
— No, powiedzmy.
— No więc intuicja mi mówi, że jeżeli zlekceważymy badania biologiczne, to pominiemy coś bardzo ważnego. Nie wiem jeszcze konkretnie, co. Przez ten rok postaram się zrozumieć.
— A dlaczego moja intuicja nic takiego mi nie mówi?
— Licho cię wie, dlaczego! — westchnął znowu wymownie. Wracał mu dobry nastrój. — Może po prostu jesteś głupi jak but…
— No tak, oczywiście. A ty za to jesteś rozgarnięty jak ten pies, który wszystko odczuwa, tylko nie może tego wypowiedzieć!
Jednym słowem, pogadaliśmy sobie. Wszystko jest jasne — on powinien gromadzić indywidualną informację, stawać się samym sobą. Można tak, że przyjąć, że w tym celu nie powinien być razem ze mną, tylko gdzie indziej. Szczerze mówiąc, to nasza „podwójna”
sytuacja i mnie zaczęła ciążyć Ale z tą biologią… tutaj nie rozumiem go zupełnie…”
Doktorant odchylił się na oparcie krzesła. Przeciągnął się.
— I nie mógł zrozumieć — powiedział na głos. On sam jeszcze wtedy nie rozumiał siebie.
Rozdział ósmy
Zamiast motta:
— Tematem dzisiejszego wykładu będzie pytanie: dlaczego student poci się na egzaminie? Proszę o spokój! Radziłbym notować — temat jest objęty programem… A więc rozpatrzmy fizjologiczne aspekty sytuacji, którą wszyscy tu obecni znają z doświadczenia.
Odbywa się egzamin. Student za pośrednictwem płuc, krtani, języka i warg wywołuje drgania powietrza — odpowiada na pytanie z kartki.
Jego analizatory wzrokowe kontrolują prawidłowość odpowiedzi według notatek i reakcji egzaminatora. Naszkicujmy łańcuch odruchowy: aparat wykonawczy drugiego układu sygnalizacyjnego wypowiada zdanie — narząd wzroku odbiera bodziec, wzmacniający (skinienie głową) — sygnał zostaje przekazany do mózgu i podtrzymuje pobudzenie komórek nerwowych we właściwym obszarze kory. Następne zdanie — skinienie… i tak dalej. Nierzadko towarzyszy temu wtórna reakcja odruchowa — student gestykuluje, co ma uczynić jego odpowiedź szczególnie przekonującą.