Выбрать главу

Jednocześnie z mięśniami ulega pobudzeniu wegetatywny układ nerwowy, który kieruje całą kuchnią przemiany materii w organizmie. Sygnały tego układu pobudzają nadnercza, które wyrzucają do krwi adrenalinę, związek wykazujący zdolność pobudzania większości procesów fizjologicznych. Wątroba i śledziona niby gąbki wyciskają do naczyń rezerwową krew. Rozszerzają się naczynia mięśni, płuc i mózgu. Szybciej zaczyna bić serce przepompowując do wszystkich narządów ciała więcej krwi, a razem z nia więcej tlenu i glukozy. Rdzeń kręgowy i układ wegetatywny przygotowują organizm studenta do ciężkiej, nieubłaganej walki na śmierć i życie. Ale egzaminatora nie można ogłuszyć maczugą ani nawet marmurowym kałamarzem. Ucieczka też nie jest wyjściem. Nie zadowoli egzaminatora także i to, że pełen energii mięśniowej student wyciśnie stójkę na rękach na krawędzi stołu… Dlatego też cała ta skryta, burzliwa czynność organizmu studenta kończy się bezużytecznym spaleniem glukozy w mięśniach, czemu towarzyszy wydzielanie ciepła. Termo-receptory różnych okolic ciała wysyłają do mózgu i rdzenia kręgowego rozpaczliwe sygnały o przegrzaniu, a mózg odpowiada na nie jedynym możliwym poleceniem: rozszerzyć naczynia skóry! Nośnik ciepła — krew kieruje się „io powłok skórnych (przy czym ubocznym efektem tego procesu jest odruchowe zaczerwienienie twarzy) i zaczyna ogrzewać powietrze między ciałem i ubraniem. Otwierają się ujścia gruczołów potowych, aby choć dzięki parowaniu pomóc studentowi. Łańcuch odruchowy, uruchomiony pytaniem egzaminatora, nareszcie się zamknął!

Sądzę, że po tym wykładzie potrafią państwo sami zrozumieć znaczenie nauki dla prawidłowej regulacji organizmu ludzkiego w naszym skomplikowanym współczesnym środowisku, a także dla regulacji organizmu studenta w nadchodzącej sesji egzaminacyjnej.

Z wykładu „Podstawy fizjologii człowieka” profesora W. Androsjaszwili

…Tak, wyjeżdżał, aby stać się sobą samym, a nie tym Kriwoszeinem, który mieszka i pracuje w Dnieprowsku. Już w pociągu wyrzucił przez okno klucz od mieszkania, który Walka troskliwie wsunął mu do kieszeni. Wymazał z notesu adresy i telefony moskiewskich znajomych, nawet bliskiej krewnej, ciotki Łapanaldy. Nie ma ani znajomych, ani krewnych, ani przeszłości — tylko teraźniejszość i przyszłość. Wszystko liczy się od momentu wstąpienia na Wydział Biologii. Znał prosty, ale pewny sposób na to, aby znaleźć swoje miejsce w przyszłości. Ten sposób, który nie zawiódł go nigdy, to praca. Ale chodziło nie tylko o to.

…Niegdyś fizycy ulepszali metody pomiaru prędkości światła — ot tak sobie, żeby uzyskać dużą dokładność.

Uzyskali. I wykryli skandaliczny fakt: prędkość światła nie zależy od prędkości ruchu jego źródła. „Niemożliwe! Przyrządy kłamią!

Przecież to jest sprzeczne z mechaniką klasyczną…” Sprawdzili, zmierzyli prędkość światła inną metodą — z takim samym wynikiem.

I prawie doskonały, logicznie zbudowany wszechświat, oparty na układzie współrzędnych prostokątnych, runął wznosząc ogromną chmurę kurzu. Zaczął się „kryzys w fizyce”.

Umysł ludzki często dąży nie do głębszego poznania świata, lecz do pogodzenia znanych faktów. „Najważniejsze jest, żeby było prościej i logiczniej. A potem, nie wiadomo skąd, pojawia się złośliwy, nie uwzględniony wcześniej fakcik, nie mieszczący się w idealnie dopasowanej konstrukcji, i wszystko trzeba zaczynać od nowa…

Oni również stworzyli sobie prosty i zrozumiały obraz tego, jak maszyna według informacji o człowieku tworzy człowieka. Maszyna-matka jak dziecko układała klocki — za pomocą impulsów elektrycznych montowała w płynnym środowisku cząsteczki w łańcuchy molekularne, łańcuchy w komórki, a komórki w tkanki, z tą tylko różnicą, że „informacyjnych klocków” były niezliczone miliardy.

Fakt, że nie wyszedł z tego jakiś dziwoląg czy chociażby inny człowiek, ale on sam, informacyjny sobowtór Kriwoszein, świadczył, że rozwiązanie było tylko jedno. Zresztą inaczej być nie mogło — z klocków przecież można ułożyć tylko ten obraz, którego fragmenty znajdują się na ich ścianach. Inne natomiast warianty (fragmentaryczna Lena, fragmentaryczny ojciec, „majaczenia” pamięci, oczy i macki) były po prostu tylko informacyjnym „śmieciem”, które nie mogło istnieć w oderwaniu od maszyny.

Obraz ten nie był błędny, ale po prostu powierzchowny. I wystarczał ini, dopóki fakty potwierdzały, że są identyczni i zewnętrznie, i w myślach, i w czynach. Ale gdy pojawiły się między nimi nie dające się usunąć różnice w poglądach na zastosowanie biologii w pracy, konstrukcję tę trzeba było odrzucić.

Tak, właśnie ta niemożność porozumienia, a nie tylko pociąg do biologii (który Kriwoszeinowi II mógłby przejść nawet bez następstw), stała się dla odkrycia tym właśnie, czym niezmienność prędkości światła była dla teorii względności. Człowiek nigdy nie wie, co w nim jest banalne, a co oryginalne. Można to określić tylko porównując się z innymi. A Kriwoszein-dubel w odróżnieniu od zwykłych ludzi miał możność porównania się nie tylko ze znajomymi, lecz także ze swoim „wzorcem”.

Obecnie doktorant Kriwoszein rozumiał jasno, na czym polegała różnica między nimi. Różniły się sposoby ich rozwoju. Walentin Kriwoszein powstał ponad trzydzieści lat temu podobnie jak wszystkie żywe istoty — z zarodka, w którym dzięki określonemu układowi cząsteczek białkowych i rodników zakodowany, był udoskonalany przez tysiące wieków i tysiące pokoleń program budowy organizmu ludzkiego. Natomiast maszyna-matka, która mimo że pracowała według indywidualnej, zawartej w Kriwoszeinie, ale jednak dość dowolnej informacji, musiała od nowa poszukiwać zarówno ogólnych reguł budowy, jak wszystkich szczegółów biologicznego układu informacyjnego. I znalazła w końcu inną niż przyroda drogę — „montaż” biochemiczny zamiast rozwoju embrionalnego.

Tak, teraz rozumie wiele. W ciągu roku przeszedł drogę od wrażeń do wiedzy, a od wiedzy do władania swoim organizmem. A wtedy… Wtedy był tylko nieodparty pociąg do biologii i nie dająca się wyrazić słowami pewność, że należy szukać właśnie tu. Nawet Kriwoszeinowi nie mógł niczego sensownie wytłumaczyć.

Do Moskwy przyjechał z niejasnym poczuciem, że jest z nim coś nie w porządku. Był zdrowy i fizycznie, i psychicznie, ale odczuwał potrzebę przeanalizowania swoich wrażeń. I upewnienia się, że wrażenia te to nie natręctwa myślowe, nie hipochondryczne urojenia, lecz rzeczywistość.

Pracował tak intensywnie, że dni spędzone w Instytucie w Dnieprowsku mógł wspominać jak urlop. Wykłady, laboratorium, prosektorium, biblioteka, wykłady, kolokwia, laboratorium, wykłady, klinika, biblioteka, laboratorium… W ciągu pierwszego semestru nie opuścił ani razu terenu Uniwersytetu. Tylko przed snem wychodził na taras nad stromym brzegiem rzeki Moskwy zaciągnąć się papierosem i popatrzeć na światła miasta, stapiające się na horyzoncie z wygwieżdżonym niebem.