Выбрать главу

Szarooka, nieco podobna do Leny studentka drugiego roku siadywała obok niego podczas wykładów. Pewnego razu zapytała: „Pan taki poważny… pewnie po wojsku?” „Po odsiadce” — odpowiedział, groźnie wysuwając szczękę. Dziewczyna przestała się nim interesować. Trudno, na dziewczyny trzeba mieć czas.

…I w każdym doświadczeniu, przy każdym pomiarze utwierdzał się we własnych przekonaniach. Tak, na przekroju pęczka nerwowego, biegnącego z mózgu do przysadki, rzeczywiście można naliczyć pod mikroskopem około stu tysięcy włókien. A więc naprawdę mózg precyzyjnie steruje czynnością przysadki. Tak, jeżeli małpie razem z papką bananową poda się izotop wapnia, emitujący promienie beta, a następnie mierzy promieniowanie w jej wydalinach licznikiem Geigera, to rzeczywiście można stwierdzić, że tkanka kostna odnawia się w przybliżeniu dwukrotnie w ciągu roku. Tak, jeżeli wprowadzi się mikroelektrody do włókna nerwowego biegnącego do mięśnia, a wzmocnione prądy czynnościowe skieruje do słuchawki, to można usłyszeć rytmiczne salwy lub drobne trzeszczenie impulsów nerwowych, a charakter tych dźwięków odpowiada temu, co się odczuwa! Tak, komórki naskórka rzeczywiście wędrują ku powierzchni, zmieniają swą strukturę i wreszcie giną, złuszczają się i ustępują miejsca następnym.

Badał również swoje ciało. Pobierał próbki krwi i limfy, pobrał także z prawego uda wycinek tkanki mięśniowej i dokładnie zbadał go najpierw w mikroskopie świetlnym, a później i w elektronowym.

Oczernił sam siebie po to, aby w klinice wykonano mu przykry zabieg pobrania płynu mózgowordzeniowego dla rozpoznania kiły… I stwierdził, że jego organizm pod każdym względem jest w normie.

Nawet ilość i przebieg nerwów w jego tkankach były takie same jak w preparatach prosektoryjnych. Nerwy biegły do mózgu, ale tam z pomocą techniki laboratoryjnej nie mógł się dobrać: zbyt wielu elektrod wprowadzonych do mózgu i oscyloskopów musiałby użyć, aby poznać samego siebie. I czy to w ogóle możliwe? Czy nie wyszedłby znowu „streptocydowy strip tease”, tym razem zapisany nie w kodzie dwójkowym, ale w falistych krzywych elektroencefalogramu?

Fakt, że żywy człowiek bada żywe organizmy, ale nie może nawet z pomocą przyrządów sięgać po tajemnice swego własnego wnętrza, jest paradoksalny. Nie chodzi tu przecież o odkrycie niewidzialnych radiogwiazd ani o syntezę antymaterii — cala informacja znajduje się już w człowieku. Trzeba tylko przełożyć kod cząsteczek, komórek i impulsów nerwowych na kod drugiego układu sygnałów — na słowa i zdania.

Słowa i zdania są konieczne (a i to nie zawsze) po to, aby jeden człowiek mógł zrozumieć drugiego. Ale czy są one konieczne, gdy trzeba zrozumieć samego siebie? Tego nie wiedział. Dlatego wykorzystał wszystko — badania z użyciem przyrządów, pracę wyobraźni, lekturę, analizę wrażeń subiektywnych, rozmowy z Androsjaszwilim i innymi wykładowcami, obserwacje chorych w klinice, sekcje…

Wszystkie argumenty, których Androsjaszwili użył w pamiętnej grudniowej rozmowie, były słuszne, gdyż opierały się na jego wiedzy o życiu i wierze w niezaprzeczalną celowość wszystkiego, co stworzyła przyroda.

Jednego tylko profesor nie wiedział: że rozmawia ze sztucznym człowiekiem.

Nawet wątpliwości profesora co do powodzenia jego zamierzeń były całkowicie uzasadnione, gdyż Kriwoszein zaczął właśnie od próby technicznego, „maszynowego” rozwiązania. Wtedy, w grudniu, zaczął przecież projektować „induktor wymuszonych potencjałów bioelektrycznych” — rozwinięcie koncepcji „czapki Monomacha”. Setki tysięcy mikroelektrod połączonych z matrycami uczącego się automatu, na którym w pracowni bioniki modelowano odruchy warunkowe, miały przekazywać komórkom mózgu dodatkowe ładunki, wprowadzać do nich poprzez czaszkę sztuczne prądy czynnościowe i w ten sposób łączyć „myślowe” okolice kory z wegetatywnym układem nerwowym.

Kriwoszein uśmiechnął się: dziwak, tak prymitywnym urządzeniem chciał udoskonalić swój organizm! Dobrze chociaż, że nie zarzucił badań fizjologicznych z tego powodu.

…Podczas sekcji zwłok ożywiał je w myśli. Wyobrażał sobie, że to on sam leży na stole w sali sekcyjnej, że to jego białe włókna nerwowe skręcają się w wiązki nerwów, biegną ku kręgosłupowi, do rdzenia kręgowego i dalej do czaszki. Inne włókna biegną wśród mięśni i chrząstek ku fioletowemu, pokrytemu pasmami żółtego tłuszczu sercu, ku wodnistym gronom ślinianek podszczękowych, ku szarym strzępkom zapadniętych płuc. Po nich przesyłane są sygnały-rozkazy: niech się skurczą mięśnie, niech przyspieszy się praca serca, niech gruczoły ślinowe wycisną ślinę!

W stołówce studenckiej w taki sam sposób śledził wędrówkę każdego kęsa do żołądka, starał się wyobrazić i odczuć, jak tam, w ciemnej czeluści, pokarm jest powoli rozdrabniany przez mięśnie gładkie, rozkładany przez kwas solny i enzymy, jak wchłania się przez ściany jelit żółta, mętna, półpłynna masa — i niekiedy siedział po dwie godziny nad ostygłym sznyclem.

Były to właściwie wspomnienia. Dziewięć dziesiątych swojego odkrycia zawdzięczał temu, że przypomniał sobie i zrozumiał to, co wiedział już przedtem.

Maszyna-matka nie potrzebowała zaczynać od zarodka — dysponowała wystarczającą ilością materiału, aby „zmontować” dorosłego człowieka. O to zatroszczył się Kriwoszein-pierwowzór. Początkowo w zbiorniku w nie zorganizowanym środowisku biologicznym krążyły tylko „prądy błądzące” i „wędrujące potencjały” z obwodów zewnętrznych. Te obrazowe pojęcia z zakresu elektrotechniki teoretycznej w tym przypadku ucieleśniły się w dosłownym znaczeniu.

Później powstały przezroczyste włókna i komórki nerwowe — przedłużenie układów elektronicznych maszyny. Poszukiwanie punktu równowagi informacyjnej ciągnęło się dalej. Sieć nerwowa stawała się coraz bardziej złożona i pojemna, warstwy komórek nerwowych utworzyły korę i podkorze. Tak powstał jego mózg i w tym „momencie zaczął i s t n i e ć o n s a m.

Mózg jego początkowo był również przedłużeniem maszyny. Ale teraz sam już przejmował informację zewnętrzną, wybierał i zestawiał różne warianty, poszukiwał możliwości zrealizowania informacji w środowisku biologicznym — konstruował siebie samego! W zbiorniku rozprzestrzeniała się — na razie jeszcze luźno zawieszona — sieć nerwów. Wokół nich zaczęły powstawać mięśnie, naczynia, kości, narządy wewnętrzne, w tym jeszcze półpłynnym stanie, w którym pod wpływem impulsów nerwowych wszystko to mogło się rozpuścić, przemieszać, zmienić strukturę… Nie, nie był to świadomy montaż według schematu. Nie było zresztą i schematu. Był to dalszy ciąg zabawy w klocki, analiza mnóstwa wariantów i wybór tego jedynego, który wiernie odtwarzał informację o Kriwoszeinie.

Ale teraz, podobnie jak maszyna elektronowa za pomocą sygnałów elektrycznych w układzie dwójkowym ocenia każdy z wariantów 1ozwiązania, tak jego mózg-maszyna oceniał przebieg syntezy ciała w dwójkowej arytmetyce odczuć: „tak” — przyjemnie, „nie” — nieprzyjemnie. Nieudane układy komórek, nieprawidłowy układ narządów odzywał się w mózgu tępym lub kłującym bólem, udane i prawidłowe rozwiązania — błogim zadowoleniem.

I ta pamięć poszukiwań, pamięć o odczuciach powstającego ciała pozostała w nim.

Życie tworzy ludzi mało różniących się między sobą fizycznie, lecz niezwykle różnorodnych pod względem psychiki, charakterów, wiedzy, wrażliwości duchowej lub jej braku. Maszyna-matka postąpiła odwrotnie. Dubel był tożsamy z Kriwoszeinem pod względem psychiki i intelektu, co zresztą było zrozumiałe — przecież te właściwości człowieka kształtują się w życiu właśnie tą samą metodą poszukiwania losowego i selekcji dowolnej uświadomionej inïormacji.