Выбрать главу

Maszyna po prostu powtórzyła ten tok poszukiwań. Biologicznie natomiast różnili się między sobą tak, jak różni się gotowa książka od swego brudnopisu. A właściwie nawet nie jednego brudnopisu, ale wszystkich wariantów i szkiców, na podstawie których powstało dojrzałe, zakończone dzieło. Treść i tu, i tam jest taka sama, ale w brudnopisach poprawki, dopiski i skreślenia ukazują całą drogę poszukiwania i doboru słów.

„Nawiasem mówiąc, to porównanie też nie jest właściwe. — Nachmurzył się. — Brudnopisy powstają wcześniej niż książki, a nie na odwrót! A jeśli nawet udostępni się grafomanowi wszystkie brulionowe wersje „Wojny i pokoju”, to czy dzięki temu stanie się on geniuszem? No, czegoś na pewno się nauczy… Zresztą dość już tych porównań!”

Człowiek przypomina sobie to, co wie, tylko w dwu przypadkach: kiedy musi sobie coś przypomnieć (przypominanie celowe) i gdy spotyka się z czymś przypominającym choćby odlegle zapis pamięciowy. Jest to przypomnienie asocjacyjne. Właśnie książki o biologii stały się bodźcem, który poruszył jego pamięć. Trudność polegała jednak na tym, że pamiętał nie słowa, a nawet nie obrazy, lecz odczucia. Nawet teraz nie wszystko był w stanie oblec w słowa i pewnie nigdy nie potrafi…

Zresztą nie jest to najważniejsze. Ważne, że ta informacja istnieje. Przecież to właśnie ta pamięć odczuć zrodziła w nim jasno uświadomiony pomysł sterowania przemianą materii we własnym organizmie.

Pierwszy raz udało mu się t o 28 stycznia wieczorem, w domu akademickim. Było zupełnie tak, jak z psami Pawłowa — wywołanie wydzielania śliny. W odróżnieniu jednak od psów nie myślał o jedzeniu (był po kolacji — kefir i kiełbasa), ale o nerwowej regulacji wydzielania śliny. Zgodnie ze swoim zwyczajem starał się wyobrazić sobie i odczuć całą drogę impulsów nerwowych od receptorów smakowych języka poprzez mózg do ślinianek i nagle poczuł, że jama ustna wypełnia mu się śliną!

Niezupełnie jeszcze uświadomiwszy sobie, jak do tego doszło, natężył myśl w pełnym przerażenia proteście: „Nie!” — i natychmiast poczuł w ustach suchość.

Tego wieczoru powtarzał w myśli rozkazy: „Ślina!” i „Nie!”, aż do kurczu mięśni szczęk…

Przez następny tydzień siedział w swoim pokoju. Na szczęście była przerwa semestralna i nie odrywały go wykłady i ćwiczenia.

Rozkazom myślowym podporządkowywały się także i inne narządy!

Początkowo udawało mu się sterować nimi tylko z grubsza — z oczu ciekły strugi łez, na całej skórze obficie występował pot albo wysychał w mgnieniu oka, serce zamierało tak, że wpadał w stan półomdlenia, lub wściekle waliło sto czterdzieści uderzeń na minutę. A kiedy po raz pierwszy narzucił swoją wolę przewodowi pokarmowemu, ledwie zdążył dobiec do toalety, tak gwałtownej dostał biegunki…Ale stopniowo nauczył się precyzyjnie sterować wydzielaniem gruczołów. Pewnego dnia udało mu się nawet „wytatuować” kroplami potu na skórze przedramienia napis: „Udaje się!” Potem przeniósł się z doświadczeniami do laboratorium i przede wszystkim powtórzył na sobie znany efekt nakłucia Claude Bernarda. Tylko w tym przypadku nie potrzebował otwierać sobie czaszki i nakłuwać mózgu. Poziom cukru we krwi podnosił się na rozkaz myślowy.

Na ogól jednak z wydzielaniem wewnętrznym sprawa była znacznie trudniejsza. Rozkazy nie odnosiły skutku. Pokłuł sobie palce i mięśnie sprawdzając, czy na rozkaz mózgu wydziela się do krwi adrenalina, insulina, glukoza, hormony. Znęcał się nad przełykiem pobierając zgłębnikiem sok żołądkowy, kiedy świadomie zmieniał jego kwasotę… Wszystko się udawało i wszystko było bardzo skomplikowane.

Wtedy zrozumiał, że organizmowi należy wyznaczać cel ogólny: zrobić to czy tamto, dokonać takich czy innych zmian. Przecież przy chodzeniu nie wydaje się mięśniom rozkazów typu: „Zginacze uda — skurcz! Prostowniki uda — rozkurcz! Zginacze podudzia — skurcz!

itd.” Świadomość wydaje polecenie ogólne: iść szybciej albo wolniej, ominąć słup, skręcić w bramę, a struktury ruchowe mózgu same określają zadania mięśni. Tak też powinno być i w tym przypadku — nie obchodzi go, które naczynia i gruczoły będą wykonywać poszczególne czynności. Mają tylko wykonać to, czego on chce!

…Przeszkadzały słowa, przeszkadzały obrazy. Usiłował wytłumaczyć szczegółowo: wątrobie — jak syntetyzować glikogen z aminokwasów i tłuszczów, jak rozkładać go do glukozy, wydzielić ją do krwi; tarczycy — jak kurcząc swoje pęcherzyki wydzielić do krwi kropelki tyroksyny; układowi naczyniowemu — jak rozszerzyć włośniczki w tkance mięśni piersiowych większych, kurcząc jednocześnie maksymalnie pozostałe naczynia, i nic nie wychodziło — mięśnie piersiowe nie rozrastały się. Przecież wątroba nie wiedziała o tym, że jest wątrobą, tarczyca pojęcia nie miała o terminie „tyroksyna” i nie mogła wyobrazić sobie jej kropelek. Doktorant Kriwoszein przeklinał siebie za marnowanie czasu na wykładach i w bibliotece. Ten wysiłek kończył się jedynie bólem głowy.

Wszystko polegało na tym, że w przypadku przemiany materii należało unikać liczb, terminów, a nawet obrazów, a myśleć tylko kategoriami odczuć. Zadanie sprowadzało się do tego, żeby przekształcić „wiedzę o odczuciach” w trzeci układ sygnałów, układ sterowania wydzielaniem wewnętrznym za pomocą odczuć.

…Najśmieszniejsze było to, że niepotrzebna była do tego ani aparatura, ani układy sterujące. Po prostu trzeba było położyć się w zaciemnionym pokoju, zamknąć oczy, zalepić uszy plasteliną i półdrzemiąc wsłuchiwać się w siebie. Z wnętrza dochodziły dziwne odczucia. Świerzbiała, odnawiając krew, śledziona, łaskotliwie kurczyły się jelita, pod żuchwą chłodziły ślinianki; radosnym dreszczem odpowiadały na impuls nerwowy nadnercza i porcja krwi, wzbogacona w adrenalinę i glukozę, ciepłą falą rozchodziła się po ciele jak łyk mocnego wina: lekkim pokłuwaniem dawały o sobie znać niesprawne komórki w mięśniach.

Można by powiedzieć, używając terminu technicznego, że „przedzwaniał” swoje ciało nerwami, podobnie jak technik po zmontowaniu sprawdza układ elektroniczny próbnikiem.

Miał już dobrze opanowaną dwójkową arytmetykę odczuć „przyjemne” — „nieprzyjemne”. Przyszło mu wówczas do głowy, że najprostszym sposobem podporządkowywania świadomości procesów zachodzących w komórkach będzie oddziaływanie bólem. Bardzo możliwe, że przyczynił się do tego wypadek z soplem lodowym.

Wpadł na to dopiero wtedy.

Rzeczywiście komórki, które rozpadały się i ginęły z różnych przyczyn, dawały o sobie znać bardzo wyraźnie. Ćmiły, bolały, pokłuwały, jak gdyby wołały o pomoc. Organizm sam, bez „odgórnego” polecenia, rzucał im na pomoc leukocyty, rozgrzewał stanem zapalnym tkankę, mobilizował enzymy i hormony. Pozostawało tylko albo przyspieszać, albo hamować wysiłkiem świadomości te mikrobitwy o życie.

…Kłuł i nacinał wszystkie dostępne mięśnie igłą lub skalpelem.

Wstrzykiwał sobie pod skórę śmiertelne dawki bakterii duru i cholery. Wdychał pary rtęci, pił roztwory sublimata i alkoholu metylowego (na szybciej działające trucizny, prawdę mówiąc, nie starczyło mu odwagi). Im dalej, tym sprawniej jego organizm dawał sobie radę z wszystkimi uświadomionymi niebezpieczeństwami.

Później wywołał u siebie raka. Wywołać u siebie raka! Każdy lekarz wyśmiałby go za takie oświadczenie. Wywołać w sobie raka — to rzecz nie do pomyślenia; do tego trzeba wszak wiedzieć, co jest jego przyczyną. Prawdę mówiąc, nie ryzykowałby twierdzenia, że zna tę przyczynę — po prostu dlatego, że nie sposób wyrazić słowami tych wszystkich wrażeń, jakie towarzyszyły przeobrażeniom komórek skóry na prawym boku… Zaczął od wypytywania chorych poddawanych radioterapii, co odczuwają. Było to okrutne — wypytywać zrozpaczonych, krzywiących się z bólu ludzi o ich przeżycia, nie obiecując niczego w zamian — ale właśnie w ten sposób wcielał się w chorego na raka.