..Nowotwór rozrastał się i twardniał. Zaczął się rozgałęziać przybierając dziwaczne kształty barwy czerwonej kapusty. Ból wgryzał się w bok i w ramię. W przychodni studenckiej, dokąd udał się na badanie, chciano go prawie zatrzymać siłą, aby natychmiast operować. Wykręcił się kłamiąc, że chce najpierw spróbować leczenia promieniami gamma…
Doktorant zapalił papierosa i wyszedł na balkon. Była ciepła noc.
Podmiejską szosą, wodząc światłami reflektorów, przemknął samochód. Od gwiazdozbioru Łabędzia ku konstelacji Liry pośpiesznie sunęły dwa światełka — czerwone i zielone. Za nimi ciągnął się ryk silników odrzutowych. Po niebie, jak zapalona zapałka, przemknął meteor.
…Kiedy jednak w swoim pokoju stojąc przed lustrem wytężył wolę, nowotwór znikł w ciągu piętnastu minut. Po dwudziestu minutach pozostała tylko purpurowa plama wielkości spodka. Po dalszych dziesięciu skóra była czysta, pokryta gęsią skórką — w pokoju było dosyć chłodno.
Ale i tej wiedzy — jak likwidować raka — nie mógł na razie przedstawić w postaci recept czy zaleceń. To, co mógłby opisać słowami, nikogo nie uratuje, najwyżej takich jak on dubli. I cała jego wiedza może być wykorzystana tylko przez nich.
Z czasem zapewne uda się przełamać granicę między dublami a zwykłymi ludźmi. Różnice biologiczne są przecież nieznaczne, a wiedzę już zdobył. Jeśli nie uda się jej wyrazić w słowach, można zapisać na taśmach magnetycznych oscylacje prądów czynnościowych, zarejestrować temperaturę ciała, opracować dane na maszynach matematycznych. Dziś medycyna jest przecież nauką ścisłą. I ludzie nauczą się wreszcie dokładnie zapisywać i przekazywać wrażenia. Słowa nie są konieczne. Dla chorego najważniejsze jest wyzdrowienie, a nie praca doktorska o jego ocaleniu. Nie o to przecież chodzi…
Błysk zapalanej zapałki przyciągnął uwagę doktoranta. Spojrzał w dół. Opierając się o słup latarni, zapalał papierosa ten sam barczysty drab w płaszczu, który śledził go poprzednio. Potem rzucił zapałkę, zaczął się miarowo przechadzać po chodniku.
„Znalazł mnie jednak, niech go szlag trafi! Ależ się przyczepił!” Kriwoszein zirytował się. Wrócił do pokoju, usiadł przy biurku i ponownie zabrał się do dziennika.
Rozdział dziewiąty
Życie jest krótkie — ledwo starcza go, aby popełnić odpowiednią ilość błędów. A powtarzanie ich to już niedopuszczalny luksus.
Teraz doktorant czytając notatki doszukiwał się słabych punktów, z zazdrosnym zaciekawieniem śledził, co też udało się osiągnąć tamtemu, który chciał „gałkami kręcić”.
„1 czerwca. Uff… nareszcie! Kamera informacyjna gotowa. Jutro zaczynam doświadczenia z królikami. Zgodnie z przyjętą tradycją należałoby zacząć od żab… ale brać takie paskudztwo do ręki?! Nie, żabami niech się lepiej zajmuje mój dubel, biolog. To przecież pierwszy uczeń, powinien się przykładać! Ciekawe, co też tam u niego?”
„2 czerwca. Założyłem czujniki królikom i wpuściłem do kamery. Wszystkie naraz. Niech wprowadzają informację.”
„7 czerwca. Przez cztery dni króliki przebywały w kamerze. Żarły marchewkę i liście kapusty, ruszały nosami, gryzły się parzyły, spały. Dzisiaj rano przeprowadziłem pierwszą próbę. Nałożyłem „czapkę Monomacha”, wydałem myślowy rozkaz „Można!” i maszyna-matka zaczęła pracować! Cztery króliki-duble w ciągu półtorej godziny.
Ciężar spadł mi z serca — maszyna działa.
Interesujący szczegół: pierwszą, uchwytną wzrokowo oznaką pojawienia się królików było ukazanie się układu krwionośnego. Sino-czerwone naczynia zarysowywały się w złocistej cieczy podobnie jak w żółtku wysiadywanego przez kurę jaja.
Króliki ożywały i wypływały na powierzchnię. Wyciągałem je za uszy, kąpałem — cieplutkie i drżące — w miednicy, a potem wkładałem do klatek ze zwykłymi królikami. Spotkania naturalnych i sztucznych osobników były jeszcze bardziej zwyczajne niż moje spotkanie z własnym dublem. Wytrzeszczały na siebie oczy, obwąchiwały się i ponieważ nie miały drugiego układu sygnałów, żeby sprawę wyjaśnić, zaczynały walczyć ze sobą. Kiedy się zmęczyły, zaczynało się ponowne obwąchiwanie, a potem następowało normalne królicze życie.
Najważniejsze, że maszyna pracuje według moich rozkazów, bez żadnych dodatków od siebie. Wystarczy nałożyć „czapkę”, wyobrazić sobie (najlepiej wzrokowo), którego królika chce się zdublować, dać rozkaz myślowy — i po 25–30 minutach gotowy dubel pluska się w zbiorniku. Operację odwrotną — likwidację powstającego królika na rozkaz „Nie!” — maszyna wykonuje również bez zarzutu.
Za osiągnięcia i uległość daję jej sole, kwasy, glicerynę, witaminy i inne odczynniki według wykazu, zupełnie jak śledzie tresowanej foce.”
„20 czerwca. Jak coś idzie, to idzie. A jak nie, to choć głową o mur… Przez wszystkie te dni próbowałem zatrzymać syntezę królika na określonym etapie, Próbowałem różnych rozkazów — „Stop!”,
„Zatrzymaj się!”, „Wystarczy!”, „Zero!” — i myślowo, i głosem, ale wszystko bez skutku: albo synteza przebiega do końca, albo powstający królik rozpuszcza się.
Może maszyna pracuje jak przerzutnik, który ma tylko dwa stany równowagi, a w położeniu pośrednim utrzymać się nie może. Dobrze, ale skomplikowana maszyna powinna zachowywać się bardziej elastycznie niż byle układzik.
Spróbujemy jeszcze…”
„6 lipca. Życia zatrzymać nie można — w tym chyba tkwi przyczyna. Wszelkie zatrzymanie życia jest śmiercią. A śmierć to tylko jeden moment, po którym rozpoczyna się proces rozkładu, w tym przypadku — rozpuszczania. A ja syntetyzuję ż y w e układy. Zresztą sama maszyna-matka jest właściwie żywym organizmem. Dlatego też nic w niej nie może zastygnąć.
A szkoda, byłoby to bardzo wygodne…
Dziś przyszedł na świat pierwszy miot pochodzący od sztucznego samca i zwykłej samicy — osiem bielutkich króliczków. To niewątpliwie bardzo ważne wydarzenie. Tylko że i bez tego królików mam już mnóstwo.
Do licha, w końcu maszyna powinna podporządkować się bardziej precyzyjnym rozkazom niż „Można!” i „Nie!” Powinienem móc sterować procesem syntezy. W przeciwnym razie wszystkie moje zamiary wezmą w łeb…”
„7 lipca. Ach, więc to tak! Jakież to proste…
Dzisiaj rozkazałem maszynie wykonać jeszcze raz dubla królika Waśki. Gdy już jako przezroczysta zjawa ukazał się we wnętrzu zbiornika, skupiłem uwagę na ogonku i wyobraziłem sobie, że jest dłuższy. Nic nie nastąpiło. Coś tu było nie tak. Pomyślałem ze złością: „Nie tak…” — i w tym momencie w króliku wszystko zaczęło się zmieniać! Kontury ciała zafalowały w powolnym rytmie. Tułów, uszy, łapy i ogon królika na przemian wydłużały się i grubiały, to znów stawały się krótsze i cieńsze. Narządy wewnętrzne pulsowały w tym samym rytmie. Nawet barwa krwi zmieniała się od ciemnowiśniowej do jasnoczerwonej i odwrotnie.
Poderwałem się z krzesła. Królik „trząsł” się nadal. Kształty jego coraz bardziej deformowały się i karykaturalnie zmieniały. Oscylacje były coraz częstsze i intensywniejsze. Wreszcie albinos rozpłynął się w szaroliliowe zmętnienie i zniknął.