Выбрать главу

W pierwszej chwili przeraziłem się — obraz przypominał dawne „majaczenia” maszyny! Tylko ten rytm… Wszystkie wahania rozmiarów i odcieni były zadziwiająco synchroniczne…

I wtedy zrozumiałem wszystko. Sam zrozumiałem, do diabła! — muszę to podkreślić.

Pierwotną informację o króliku maszyna otrzymała w postaci konkretnej i jednoznacznej. Potem zestawiała różne elementy, poszukiwała dokładnego wariantu. Ale czegokolwiek by szukała, i tak to, co było zapisane w jej pamięci, musiało być dokładnie odtworzone. Nie zrobi się odkurzacza z części motocyklowych.

I nagle nadbiega sygnał „Nie tak”, ani potwierdzenie, ani zaprzeczenie — sygnał wątpliwości. Sygnał narusza informacyjną stabilność procesu syntezy królika, mówiąc ogólnie — zbija maszynę z tropu.

Wtedy zaczyna ona szukać, co jest „tak” za pomocą prostych prób (trochę większe, trochę mniejsze), tak żeby nie zniszczyć układu…

Ponieważ jednak nie wie, co jest „tak”, i nie dostaje ode mnie potwierdzenia, doprowadza do całkowitego rozpadnięcia się i rozpuszczenia układu: nie tak, a więc źle…!

Wtedy (oto zaleta pracy naukowej: kiedy trafi się na złotą żyłę, można w ciągu dnia z pomocą kilku pomysłów wykonać robotę, na którą inaczej zeszłyby całe lata!) znowu włożyłem „czapkę Monomacha” i wydałem rozkaz „Można!” Teraz już wiedziałem, co robić z dublem królika. Pojawił się. Skupiłem uwagę na jego ogonie (impulsy z siatkówki moich oczu z obrazem ogona króliczego dotarły do mózgu, stamtąd do „czapki Monomacha”, a dalej do maszyny, w której nastąpiło porównanie i wybór informacji: maszyna zarejestrowała moją uwagę) i nawet zmarszczyłem się, aby wzmocnić wrażenie „Nie tak!” Do maszyny poszedł potężny, naruszający równowagę, informacyjną impuls.

I ogonek zaczął się skracać. Odrobinkę…

„Nie tak!”

Ogonek drgnął, odrobinkę wydłużył się…

„To, to. Tak!”

Ogon zamarł. „Nie tak!” Wydłużył się jeszcze trochę…

„Tak!” Zamarł. „Nie tak! Tak! Nie tak! Tak” — i sprawa ruszyła z miejsca. Najtrudniejsza była synchronizacja z kierunkiem zmiany i jej wzmocnienie. Później przekazywałem maszynie już nie elementarne rozkazy „tak-nie-tak”, ale po prostu milczącą aprobatę. Ogon wydłużył się, pojawił się w nim łańcuszek maleńkich kręgów, pokrył się włóknami mięśni, różową skórą, białą sierścią… Po dziesięciu minutach dubel-Waśka smagał się po bokach mokrym białym ogonem, niczym rozwścieczony tygrys.

Ja tymczasem siedziałem na krześle w „czapce Monomacha” na głowie, w której czułem nieopisany zamęt myślowy, jak zawsze, kiedy czegoś jeszcze nie można wyrazić słowami, ale się czuje: mam! zrozumiałem, już mi nie ucieknie! Twarz moja z pewnością wyrażała tępą błogość, jaką widuje się tylko u zaślinionego imbecyla.

To było wszystko. Żadnej mistyki. Maszyna-matka pracuje na takiej samej zasadzie „tak-nie” jak zwykłe maszyny matematyczne…”

— Słusznie — skinął głową doktorant. — Ale… to niezbyt precyzyjne sterowanie. Zresztą, jak na maszynę… Wszystko jedno. Zuch!

„…Psiakrew, jak to jednak fantastycznie wyszło! Na moje rozkazy: „tak!”, „nie tak!”, „nie!”, maszyna tworzy komórki, tkanki, kości… Tylko żywe ustroje to potrafią, i to zresztą znacznie wolniej.

No, moja kochana, teraz się za ciebie wezmę!”

„15 lipca. No, wreszcie zgraliśmy się z maszyną. Ściślej mówiąc, maszyna nauczyła się przyjmować, rozkodowywać i realizować rozkazy mojego mózgu bez rozbijania na elementarne „tak” i „nie tak”. Zasada sprzężenia zwrotnego i treść rozkazów pozostały te same, tylko po prostu wszystko przebiegało bardzo szybko. Wyobrażałem sobie jedynie, co i jak należy zmienić w powstającym dublu królika. Tak jak gdybym go rysował czy lepił z plasteliny.

Teraz maszyna jest moją elektronowo-biochemiczną ręką. Jakie to wspaniałe — wysiłkiem myśli stwarzać króliki-potworki! Z sześcioma nogami, z trzema ogonami, o dwóch głowach, bez uszu albo przeciwnie — ze zwisającymi kudłatymi uszami spaniela. Co tam doktor Moreau ze swoim skalpelem i karbolem! Idealne narzędzie pracy to tylko „czapka Monomacha”. Nie trzeba nawet pokrętła.

Najciekawsze jest to, że te potworki żyją — drapią się czterema łapami naraz i żrą marchew dwoma pyszczkami…”

— Lekka robota — z zawiścią mruknął doktorant. Jak w kinie — siedzieć i patrzeć… Nic nie boli, nie ma się czego obawiać. Żadnych silnych emocji — zwykła praca inżyniera.

Westchnął, wspominając swoje przeżycia. Do bólu przy swoich różnych „autowiwisekcjach” przywykł stosunkowo łatwo. Kiedy się wie, że choroba minie, że rana zagoi się, ból staje się zwyczajnym bodźcem, czymś w rodzaju jaskrawego światła czy głośnego dźwięku — nie sprawiającym przyjemności, ale i nie groźnym. O ile się wie… A on wiedział. Zaczynał zawsze od niewielkich zmian; mógł przewidzieć w ten sposób, jak organizm zareaguje na większe. Na wszelki wypadek pod ręką zawsze miał leki, ampułki odtrutek i antybiotyków, telefon, przez który można było wezwać pogotowie.

Było jednak jedno nieprzemyślane doświadczenie, w którym omal nie zginął… Właściwie nie było to nawet doświadczenie.

…Odbywały się fakultatywne zajęcia z radiobiologii. Studenci trzeciego roku obstąpili basen reaktora uranowego, służącego do ćwiczeń, i z szacunkiem patrzyli na zanurzony głęboko w wodzie ciemny, poprzewiercany kanałami cylinder, otoczony spokojnym zielonym świeceniem, na linki, niklowane drążki, dźwignie i pokrętła sterowania.

— Ta piękna soczysta zieleń, świecąca wokół korpusu reaktora — mówił dźwięcznym barytonem profesor Walerno — nazywa się promieniowaniem Czerenkowa. Wywołują je przebiegające w wodzie elektrony powstające w wyniku rozpadu jąder uranu 235…

Kriwoszein asystował mu, to znaczy siedział po prostu z boku, nudził się i czekał, kiedy profesor poleci mu, aby przeprowadził demonstrację. Szczerze mówiąc, Walerno mógłby tę „.demonstrację” przeprowadzić sam albo poprosić o to studenta, ale człowiekowi na jego stanowisku przysługiwał kwalifikowany asystent. „Co za nudy…” — smętnie myślał Kriwoszein. Potem przyszło mu do głowy, że nie doświadczył jeszcze na sobie choroby popromiennej. Ta myśl zelektryzowała go i zaczął zastanawiać się, jak by to zrobić. „Trzeba by wziąć trochę wody z reaktora i na początek lekko się napromieniować… Przecież to nie żarty!”

— …Obecność intensywnego promieniowania Czerenkowa świadczy o silnym promieniowaniu w pobliżu korpusu reaktora — ze znudzeniem ciągnął Walerno. — Nie ma w tym nic dziwnego, bo zachodzi tam reakcja łańcuchowa. Wzrost jasności świecenia świadczy o wzroście intensywności promieniowania, zmniejszenie — o zjawisku odwrotnym. O, proszę popatrzeć — obrócił pokrętło na tablicy w prawo i w lewo. Zielone światło w basenie rozbłysło i przygasło.

— A jak się przekręci do końca w prawo, to będzie wybuch? — z lękiem zapytał rudy piegowaty chłopak w okularach.

— Nie — ledwie kryjąc ziewnięcie, odpowiedział profesor (pytanie to padało na każdym ćwiczeniu). — O, tu jest ogranicznik. Oprócz tego przy projektowaniu reaktora wprowadza się samoczynną blokadę. Gdy tylko nasilenie reakcji łańcuchowej przekroczy dopuszczalną granicę, automat wsuwa do korpusu reaktora dodatkowe pręty grafitowe… o te tam, widzicie państwo. Grafit pochłania neutrony i hamuje reakcję… A teraz zapoznamy się z oddziaływaniem radiacji na żywy ustrój. Proszę bardzo, kolego.

Kriwoszein podtoczył do brzegu basenu wózek z akwarium, w którym wił się i szczerzył drobne zęby czarny, obramowany frędzlami płetw półmetrowy węgorz.