— Oto węgorz rzeczny, Anguilla anguilla — nie odwracając głowy powiedział Walerno — najżywotniejsza z ryb słodkowodnych.
Wrzucony do basenu węgorz, kierując się instynktem, natychmiast popłynie w głąb… hm… czego ja osobiście na jego miejscu nie robiłbym, jako że najwytrzymalsze egzemplarze po paru minutach powracają stamtąd brzuchem do góry. Sami państwo zobaczycie. Proszę mierzyć czas, kolego. Do dzieła.
Kriwoszein odwrócił akwarium nad basenem i uruchomił stoper.
Studenci pochylili się nad barierą. Czarna błyskawica pomknęła ku wyłożonemu szarymi kaflami dnu basenu, opisała krąg, potem drugi, przekreśliła zieloną poświatę nad cylindrem. Węgorz, chyba oślepiony, uderzył w przeciwległą ścianę i rzucił się do tyłu.
Nagle wnętrze basenu rozjaśniło się i w tym zielonym świetle Kriwoszein zobaczył coś, od czego zdrętwiał: węgorz zaplątał się w linkach, na których wisiały pręty grafitowe hamujące reakcję, i szamotał się między nimi! Jeden z prętów wyskoczył z gniazda i jak zielona pałeczka odleciał w bok. Świecenie stało się jeszcze jaśniejsze.
— Cofnąć się! — szybko oceniwszy sytuację zakomenderował pobladły Walerno. — Wychodzić!
Alarmowy dźwięk dzwonka szarpnął nerwami. Szczęknęły styczniki blokady automatycznej. Świecenie w wodzie zamigotało jak przy spawaniu i stało się jeszcze jaśniejsze. Studenci osłaniając twarze rzucili się ku wyjściu, w drzwiach powstał ścisk.
— Proszę się nie bać! — zupełnym już falsetem zapiał, straciwszy głowę, Walerno. — Uranu 235 w reaktorze jest za mało, aby mógł nastąpić wybuch jądrowy! Będzie tylko eksplozja cieplna, jak w kotle parowym!
— O Boże! — wykrzyknął ktoś.
Drzwi zaczęły trzeszczeć. Krzyknęła panicznie jakaś dziewczyna.
Ktoś zaklął. Piegowaty student-okularnik przytomnie chwycił ze stołu trzydziestopięciokilogramowy synchroskop SI-8, wybił nim okno wraz z ramą i wyskoczył w ślad za nią… W ciągu kilku sekund sala opustoszała.
W pierwszym momencie. paniki Kriwoszein rzucił się wraz z innymi do drzwi, ale opamiętał się, zatrzymał i podszedł do reaktora.
Od cylindra leciały w górę gęsto wielkie, bąble, woda burzyła się.
Zamiast spokojnego świecenia w basenie płonęło teraz zielone ognisko. Węgorz już przestał się szamotać, ale wyrwane przez niego pręty grafitowe przekrzywiły się i zaklinowały w otworach gniazd.
„Woda zacznie wrzeć i para radioaktywna pójdzie na całą okolicę — gorączkowo myślał Kriwoszein. — To niewiele lepsze niż wybuch jądrowy… A może…? Boję się… No, jazda! Diabła warte wszystkie moje doświadczenia, jeżeli się boję! A jeśli skończę jak ten węgorz…
A niech to!”
Nawet w tej chwili Kriwoszein poczuł się nieswojo: jak mógł się zdecydować na coś takiego? Czy w zarozumiałości sądził, że nic mu już nie straszne? Czy też odezwała się w nim żyłka motocyklisty, wyobraził sobie, że przemyka między dwiema mijającymi się ciężarówkami: najważniejsze to nie zastanawiać się, tylko naprzód…
Upajający moment niebezpieczeństwa, ryk silników i z walącym sercem wyskakuje się na wolną przestrzeń! Ale to przecież nie był żaden „moment”, równie dobrze mógł zostać w basenie w towarzystwie zdechłego węgorza.
Ogarnął go poryw motocyklowej brawury. Zrywając guziki, zrzucił ubranie, przełożył nogę przez barierę i — „Stop! Spokojnie, Walka!” — skoczył od basenu do stołu, naciągnął gumowe rękawice, hermetyczne okulary („Przydałby się teraz aparat tlenowy!…” — przemknęło mu przez głowę). Nabrał powietrza w płuca i skoczył do basenu.
Nawet z dala od reaktora woda była ciepła. „Tysiąc jeden, tysiąc dwa…” — Kriwoszein, instynktownie odwracając twarz, zrobił krok po śliskich płytkach w kierunku środka basenu. „Tysiąc sześć…” — po omacku zaczął szukać rękami we wzburzonej wodzie. Gumowe rękawice dotykały nie wiadomo czego, trzeba było jednak otworzyć oczy — węgorz, zwinięty w pętlę, wisiał między linkami trochę niżej.
„Tysiąc dziesięć, tysiąc jedenaście…” — ostrożnie, żeby przypadkowo nie wyciągnąć pozostałych prętów, chwycił zwiotczałą rybę. „Tysiąc szesnaście…” Zaczęło go parzyć w ręce, odruchowo chciał je cofnąć, ale opanował się i powoli wyplątywał węgorza z sieci linek. Okulary okazały się niezbyt szczelne, strużki radioaktywnej wody spływały po powiekach. Zmrużył oczy. „Tysiąc dwadzieścia, tysiąc dwadzieścia jeden…” — nareszcie: wyciągnął! Zielony blask zamigotał, pręty bezdźwięcznie wślizgnęły się do gniazd. W basenie od razu zrobiło się ciemno.
„Tysiąc dwadzieścia pięć!” Energicznym pchnięciem odbił się ku ścianie, wynurzył po pas. Podciągnął się na barierze i wyszedł z wody. „Tysiąc trzydzieści…”
Miał jeszcze tyle przytomności umysłu, żeby poskakać w celu strząśnięcia z ciała śmiercionośnej cieczy, a nawet wytarzać się po podłodze. Spodniami wytarł do sucha twarz i oczy. „Żeby tylko nie oślepnąć, zanim dobiegnę.” Ubrał się byle jak i wybiegł z sali.
Ochryple zawył w przejściu monitor promieniowania. Zagradzając drogę wysunęły się rygle śluzy. Przeskoczył ponad nimi i pobiegł wprost po świeżo skopanym trawniku w kierunku domu akademickiego.
„Tysiąc siedemdziesiąt, tysiąc siedemdziesiąt jeden…” — mózg machinalnie odliczał czas. Zmierzch ukrył go przed oczami znajomych. Tylko przy ogrodzeniu strefy „B” ktoś zawołał w ślad za nim:
„Hej, Wala, dokąd tak pędzisz?” — chyba doktorant z sąsiedniej katedry, Nieczyporow. „Tysiąc osiemdziesiąt, tysiąc osiemdziesiąt jeden…” Poczuł najpierw swędzenie skóry, a potem jakby ukłucia milionów igieł — to wyczulony w poprzednich doświadczeniach układ nerwowy sygnalizował. że protony i kwanty promieniowania gamma z rozpadłych atomów uranu rozbijają cząsteczki białek w komórkach naskórka, w zakończeniach nerwów skórnych, że przebijają ścianki naczyń krwionośnych, uszkadzając białe i czerwone krwinki. „Tysiąc sto… tysiąc sto pięć…” Teraz pokłuwanie objęło także i mięśnie, jamę brzuszną i czaszkę. W płucach zaczęło drapać jakby po zaciągnięciu się najmocniejszą machorką. To krew roznosiła rozbite atomy i cząsteczki białka po całym ciele.
„Tysiąc dwieście pięć… dwieście osiem… idiota, co ja narobiłem?! Uwieście dwanaście…” — myśli zaczęły się rwać, poryw minął, ogarnął go strach. Chciał żyć. Brzuchem zaczęły targać skurcze wymiotów, usta napełniły się śliną o metalicznym posmaku. Uderzając w biegu o masywne drzwi wejściowe, aż zahuczało. Kriwoszein zrozumiał, że to zawrót głowy. W oczach pociemniało. „Dwieście czterdzieści jeden… czy zdążę dobiec?” Trzeba było wbiec na trzecie piętro. Uderzył się silnie ręką w jeden, potem w drugi policzek. W głowie przejaśniło się.
W ciemność pokoju razem z nim wpadła słaba poświata. W pierwszej chwili rozluźniony krążył bezsensownie po pokoju. Strach, ten nie poddający się świadomości biologiczny strach, który pędzi zranione zwierzę do nory, omal go nie zgubił; zapomniał, co ma robić. Zrobiło mu się strasznie żal samego siebie. Ciało napełniła dygocąca słabość, świadomość odpływała. „No to giń, durniu” — pomyślał beznamiętnie i w tej chwili poczuł, jak ogarnia go gwałtowna złość na samego siebie. I to go właśnie uratowało.
Ubranie, pokryte zielonymi plamami, jak pnie starych drzew, poleciało na podłogę. W pokoju zrobiło się jaśniej. Świeciły nogi, na rękach jarzyły się włosy i zarysy żył. Kriwoszein rzucił się do łazienki, odkręcił kran. Z szumem trysnęła zimna woda, trzeźwiła ściekając po głowie, po całym ciele. Na gumowej macie powstała mieniąca się szmaragdowymi odcieniami kałuża. Odzyskał siły na tych kilka sekund, które były niezbędne, aby zapanować nad myślami i wolą.