Wyszedł przed dwiema godzinami. Umówiliśmy się, że napisze do mnie, jak się urządzi. Chyba nie napisze…
A jednak dobrze, że chciał mnie zabić. Nie ma duszy niewolnika, reaguje na krzywdę. Może jeszcze wszystko w nim wróci do normy?
A ja siedzę… żadnej myśli. Pustka w głowie. Trzeba zaczynać od początku… O naturo, jaka z ciebie perfidna dziwka! Jak cieszy cię natrząsanie z naszych poczynań! Kusisz, kusisz, a potem…
Daj spokój! Nie zwalaj winy na naturę. Ona nadaje tylko szkielet twojej pracy. A cała reszta jest twoja, nie wykręcaj się.
Zadzwonił budzik: piętnaście po siódmej. Czas wstawać, myć się, golić, iść do pracy… Zamglone słońce nad domami, niebo pokryte dymem, brudne jak wypłowiała firanka. Wiatr niesie kurz, targa gałęzie drzew, wciska się przez drzwi balkonu. W dole przed domem trolejbus pożera ludzi na przystanku. Potem nadchodzą nowi, na wszystkich twarzach wypisane jest tylko jedno — nie spóźnić się do pracy!
Ja też powinienem pójść do pracy. Pójdę do pracowni, opiszę w dzienniku wynik nieudanego doświadczenia, pocieszę się frazesami w rodzaju: „na błędach ludzie się uczą”, „w nauce nie ma przetartych dróg…” Wezmę się za następne doświadczenia. I znowu będę błądził, okaleczał… egzemplarze doświadczalne? Nie, ludzi! Zapatrzony w siebie kretyn-marzyciel, uzbrojony w najnowsze osiągnięcia techniki!
Wiatr targa gałęzie drzew… Wszystko już było: dni pełne poszukiwań i odkryć, wieczory pełne rozmyślań, noce pełne marzeń. No i nadszedł ten jasny chłodny poranek, który miał odpędzić ciemność, a ukazał gorszą od niej bezlitosną prawdę. Pewnie o takiej porze dnia kobiety, które przez całą noc marzyły o dziecku, decydują się na poronienie. I mnie zdarzyło się poronienie… Marzyłem, chciałem dać szczęście ludziom, a stworzyłem już dwóch nieszczęśliwych. To nie dla mnie. Jestem słaby, nędzny i głupi. Trzeba zabrać się do czegoś zwykłego, na miarę sił. Napisać pracę, zrobić doktorat i wszystko będzie dobrze.
Wiatr targa gałęzie drzew. Wiatr targa gałęzie… Za ścianą adapter gra „Requiem” Mozarta. Mój sąsiad, docent Pryszczepa, od rana wprowadza się w matematyczny nastrój. „Requi… requiem…” czysto i bezwzględnie chór kwituje czyjeś życie. Przy takiej muzyce można by się zastrzelić i nikt nie zwróci uwagi na wystrzał.
Wiatr targa gałęzie drzew…
I cóż ja narobiłem? Miałem przecież wątpliwości, nawet już nie wątpliwości, ale pewność. Wiedziałem, że każda wprowadzona przeze mnie zmiana pozostaje w nim, że maszyna-matka wszystko zapamiętuje. Nie przywiązywałem do tego wagi? Dlaczego?
…Miałem taką myśl, którą wstydziłem się wyrazić słowami, takie wygodne i bezpieczne poczucie: to przecież nie ja. Mnie to bezpośrednio nie dotyczy… I poczucie bezkarności: mogę zrobić, co zechcę, i nic mi nie będzie…
Nie zastrzelisz się, ścierwo! Nic sobie nie zrobisz — dożyjesz do emerytury i jeszcze będziesz swoje życie stawiał za przykład innym…
Wiatr targa gałęzie drzew. Trolejbus pożera ludzi na przystanku…
Nie idę do pracy. Nie chce mi się…”
„20 września. Szary asfalt. Szare chmury. Motocykl połyka kilometry jak makaron. Przy drodze znieruchomiał malec, na jego twarzy widać decyzję: kiedy dorosnę, będę jeździł czerwonym motocyklem. Bądź sobie motocyklistą, głuptasie, byle nie pracownikiem naukowym…
Wciąż dodaję gazu. Wskazówka szybkościomierza minęła dziewięćdziesiątkę. Wiatr chłoszcze twarz. Naprzeciw ukazała się wywrotka — oczywiście wali samym środkiem szosy, nawet trochę lewą stroną. Ci dranie, kierowcy wywrotek, nie uważają motocyklistów za ludzi, zawsze spychają ich na pobocze. No, temu to ja nie ustąpię!
Nie, nie rozbiłem się. Żyję. Opisuję przecież, jak mknąłem dzisiaj ze szklanym wzrokiem nie wiadomo dokąd i po co. Coś przecież muszę pisać… Wywrotka w ostatniej chwili skręciła w prawo. W lusterku widziałem, jak kierowca wyskoczył na drogę wymachując za mną pięściami.
A właściwie co z tego, gdybym się nawet rozbił? Jest przecież w Moskwie zapasowy Kriwoszein… Czuję do wszystkich nieopisane obrzydzenie. Do siebie także.
…Jakże on drżał, jak obejmował moje nogi. Silny, piękny nie ja!
A mogłem przecież zrozumieć i zapobiec temu! Ale zdecydowałem: E, co tam! Przecież to nie ja.
A było tak interesująco, dobrze, pięknie. Marzenia i dyskusje, troska o szczęście ludzkości, składanie przysiąg… wstyd! A jednak nie liczyłem się z tym, że tworzę człowieka. O wszystkim pomyślałem — o pięknie, intelekcie, a o tym, że on może odczuwać ból i lęk, jakoś zapomniałem. Skleciłem naprędce teoryjkę, że w doświadczeniu śmierć informacyjna nie istnieje, i w porządku. A śmierć była — akt przemocy nad nim.
Jak mogło do tego dojść? Jakże do tego doszło?
Białe słupki wzdłuż szosy odbijają dźwięk silnika: tak-tak-tak-jak do tego doszło? Tak-tak-tak-jak doszło? Licznik wskazuje sto dziesięć. Ziemia i drzewa zlewają się w szarozielone smugi. Z taką szybkością mógłbym uciec przed pościgiem, uratować kogoś, zdążyć gdzieś na czas! Ale nie mam od kogo uciekać ani kogo ratować. A miałem kogo ratować, tylko tam trzeba było uczciwie myśleć, a nie dodawać gazu. Myśleć uczciwie…
Mogę pokonywać szczyty, żywioły — wysiłkiem i myśli, i mięśni — to nic wielkiego! Odnieść zwycięstwo nad żywiołem — to proste.
Ale jak przezwyciężyć samego siebie?
Przekartkowałem dziennik i ogarnęło mnie przerażenie — jakże podłe i służalcze są moje myśli! W jednym miejscu wywodzę, że nieszczęścia ludzi rodzą się z braku zasad moralnych, z ugodowości i obojętności, a kilka stronic dalej zręcznie uzasadniam, dlaczego nie należy zaczynać z Harry Chiłobokiem, niech sobie zostanie docentem… Tu rozmyślam nad tym, co mam robić, aby odkrycie „wyszło na dobre”, a w chwilę później usprawiedliwiam własne okrucieństwo powołując się na zbrodnie ludzkości… Oto (sam czy też razem z dublem-doktorantem, co za różnica) przypisuję sobie poziom przeciętnego inżyniera, dla którego taka praca jest ciężka i niezwykła.
Ot, takie małe ubezpieczenie, na wypadek, jeśli się nie uda. A kiedy zaczyna mi się udawać, przyrównuję siebie do Boga… I wszystko to pisałem szczerze, nie widząc żadnych sprzeczności.
Nie widząc? Nie chcąc widzieć! Tak przyjemnie i wygodnie było błyszczeć, okłamywać się ze spokojnym sumieniem, naginać myśli i fakty, aby uzyskać komfort duchowy. A więc nie o ludzkości myślałem, ale o samym sobie? A więc cała ta praca, jeśli ocenić ją nie z naukowego, ale moralnego punktu widzenia, była po prostu niedopuszczalną lekkomyślnością. Oczywiście dlatego nie było miejsca na troskę o jakieś tam modele eksperymentalne!
Co z ciebie za człowiek, Kriwoszein?”
„22 września. Nie pracuję. Nie mogę teraz pracować… Pojechałem dzisiaj na motorze do Berdyczowa nie wiadomo po co i — przy okazji — zrozumiałem sens tajemniczego zdania, które kiedyś przekazała mi moja maszyna na taśmie perforowanej. Dwadzieścia sześć kopiejek to cena paliwa: pięć litrów benzyny, dwieście gramów oleju, akurat tyle, ile trzeba na przejazd z Berdyczowa do Dnieprowska… Rozwiązałem jeszcze jedną tajemnicę!
Gdzie się podziewa dubel Adam? Dokąd mógł pojechać?
…A ta istota, którą maszyna próbowała stworzyć zaraz po pierwszym dublu — pół-Lena, pół-ja… Ona też na pewno czuła lęk przed śmiercią, gdy kazaliśmy maszynie-matce ją zlikwidować. I tata… do diabła! Dlaczego o tym myślę?
Tata… Ostatni Kozak z rodu Kriwoszeinów. Według rodzinnej legendy pradziadowie moi pochodzili z Siczy Zaporoskiej. Żył sobie kiedyś chwacki Kozak, uszkodzili mu w boju szyję i stad wzięli się Kriwoszeinowie. Kiedy caryca Katarzyna rozpędziła Sicz, przenieśli się na Zawołże. Dziad mój, Karp Kriwoszein, pobił popa i miejscowego prystawa, którzy postanowili zlikwidować we wsi szkołę ziemską, a zamiast niej założyć cerkiewną. Pojęcia nie mam, na czym polega różnica, w każdym razie dziadek zmarł na katordze.