Kiedyś z powodu tej pracy będą przerywać posiedzenia rządu.
Tak, ale dlaczego to ma być kiedyś?
Nie będą przerywać posiedzeń, nie podniecaj się. Będą cię wysłuchiwać niżsi urzędnicy, którzy nigdy nie odważą się przedsięwziąć czegokolwiek na własną odpowiedzialność. Takie same mięczaki jak ty sam.
Miernota. Mięczak i tyle! Trzeba było porozmawiać, skoro się już zdecydowałem. Nie potrafiłem. Przeprosiłem obrzydliwie służalczym tonem i wyszedłem z gabinetu. Tak, nakłonić spieszącego za ocean Azarowa, aby mnie wysłuchał, to nie to, co wydawać rozkazy maszynie-matce.
„Ale mimo wszystko coś tu nie tak…”
„25 października. A teraz chyba będzie właśnie tak! Miasto nasze odwiedził znany specjalista w zakresie mikroelektroniki, doktor i przyszły docent nauk technicznych, Walery Iwanow. Dzwonił dzisiaj do mnie. Spotkanie odbędzie się jutro o godzinie ósmej w restauracji „Dynamo”. Strój odpowiedni. Panowie mogą przybyć w towarzystwie pań.
Walerka Iwanow, z którym wspólnie zabijałem czas na wykładach o organizacji produkcji grą w durnia i słówka, mieszkałem w jednym pokoju w akademiku, jeździłem na praktyki i chodziłem na wieczorki w Instytucie Bibliotekoznawstwa! Walerka Iwanow, mój były szef i współautor dwu wynalazków, zapalony dyskutant, pełen śmiałych koncepcji! Walerka Iwanow, z którym ramię w ramię pracowaliśmy przez pięć lat! Cieszę się z tego spotkania.
„Słuchaj, Walerka — powiem mu. — Rzucaj tę swoją mikroelektronikę i wracaj. ” Robotę będziesz miał taką, że…”
Może nawet kierować pracownią, skoro ma doktorat. Zgadzam się. Pracować to on potrafi.
Ano, zobaczymy, na ile zmienił się przez miniony rok.”
„26 października, noc. Nic w życiu nie przychodzi za darmo.
Już na pierwszy rzut oka widać było, że dawna harmonia z Iwanowem należy do przeszłości. Przy czym nie chodziło tu wcale o rok rozłąki. Wkradła się między nas podłość Chiłoboka. Nie było w tym naszej winy. Po prostu znaleźliśmy się jakby w dwu różnych obozach. On, który dumnie odszedł, trzasnąwszy drzwiami, miał jak gdyby za sobą silniejsze racje niż ja, który pozostałem nie dzieląc z nim tej gorzkiej satysfakcji. Dlatego przez cały wieczór rozdzielały nas ledwo wyczuwalne, ale nie dające się pokonać skrępowanie i gorycz, że wtedy nie potrafiliśmy pokonać tej podłości. Teraz każdy z nas miał jakby mniej wiary w siebie i mniej zaufania do drugiego…
Dobrze chociaż, że wziąłem ze sobą Lenę, przynajmniej ona osłodziła gorycz naszego spotkania.
Rozmowa zresztą była interesująca. Warto ją opisać.
Spotkanie zaczęło się o godzinie 20:00. Przede mną siedział leningradczyk. Zagraniczna marynarka w szarą pepitkę i z modnymi klapami, śnieżnobiała koszula, graniaste okulary na prostym nosie, elegancko przystrzyżona szczoteczka czarnych włosów. Był na wskroś leningradzki.
Lena także nie zawiodła. Kiedy przechodziliśmy przez salę, wszyscy oglądali się za nią. Tylko ja jeden przyszedłem ubrany byle jak: koszula w kratę i trochę wygniecione szare spodnie. Dwa duble znacznie uszczupliły zapasy mojej garderoby.
W oczekiwaniu na kelnera, z satysfakcją przyglądaliśmy się sobie.
— No — przerwał milczenie Iwanow. — Bąknij coś.
— Widzę, że gęba zrobiła ci się jakaś niesymetryczna…
— Asymetria jest symbolem współczesności. To od zębów — zafrasowany pogładził się po policzku. — Zawiało mnie w pociągu.
— Może cię stuknąć, wyrówna się.
— Dziękuję, wolę już koniaczek…
Nasza zwykła rozgrzewka przed poważną rozmową.
Kelner przyniósł dla nas koniak, a dla pani wino. Wypiliśmy, zaspokoiliśmy pierwszy głód jesiotrem w galarecie i znowu wyczekująco wpatrzyliśmy się w siebie. Wokół nas ludzie ucztowali. Krępy mężczyzna przy zsuniętych stołach wznosił toast za „matkę-naukę”
(widocznie oblewano tam czyjś doktorat). Przy sąsiednim stoliku samotny pijany mężczyzna groził palcem karafce z wódką, mamrocząc:
— A ja milczę… A ja milczę! — Rozpierała go jakaś tajemnica.
— Słuchaj, Walka!…
— Słuchaj, Walerka!…
W zaskoczeniu popatrzyliśmy jeden na drugiego.
— No, jazda, ty pierwszy — kiwnąłem głową.
— Słuchaj, Walka — oczy Iwanowa ukryte za okularami zabłysły kusząco — rzuć ten swój… tę swoją systemologię i chodź do nas.
Przeniesienie ci załatwię. Żebyś wiedział, jaką robotę my tam teraz rozkręcamy! Kompleks mikroelektroniczny, maszyna wytwarzająca maszyny, rozumiesz?
— Obwody scalone?
— Co tam obwody scalone — to już chałupnictwo, miniony etap!
Promień elektronowy i plazmowy plus elektrofotografia plus katodowe napylenie warstwy plus… Słowem zasada jest taka: wiązki elektronów i jonów odtwarzają układ, jak obraz na ekranie telewizora, i to wszystko. Układ jest gotów. Gęstość elementów taka jak w ludzkim mózgu, rozumiesz?
— I to już jest?
— Hm… widzisz… — uniósł brwi. — Gdyby to już było, po co bym ciebie ciągnął? Będzie w planowanym terminie.
(No, jasne, więc to ja mam rzucić systemologię i iść za nim! Bo przecież nie on ze mną, na moim pasku… Oczywiście! Tak było zawsze!)
— A w Ameryce?
— Oni też nie śpią. Ważne, kto będzie pierwszy. Robimy na całego, zgłosiłem już dwanaście wynalazków, rozumiesz?
— No, a cel?
— Bardzo prosty: produkować maszyny matematyczne masowo i tanio jak gazety. Wiesz jaki kryptonim dałem temu tematowi? „Poemat”. I rzeczywiście to jest technologiczny poemat! — Od wypitego alkoholu nos Walerki zaczął lśnić. Iwanow ze wszystkich sił starał się mnie przekonać i z pewnością nie wątpił, że mu się to jak zwykle uda, nigdy nie było to zbyt trudne. — Fabryka maszyn matematycznych troszkę większa od telewizora, wyobrażasz sobie? Maszyna-fabryka! Dalekopis przekazuje dane techniczne nowych urządzeń, maszyna oblicza układy, zakodowuje obliczenia w impulsy elektryczne, które sterują wiązkami na ekranie i drukują obwód.
Dwadzieścia sekund i urządzenie gotowe. Arkusik, na którym mieści się obwód elektroniczny, dotychczas zajmujący całą salę, rozumiesz? Arkusik w kopercie posyła się do zamawiającego, a on wkłada go do urządzenia wykonawczego… No, na przykład, do pulpitu sterowniczego fabryki chemicznej, do układu sterującego oświetleniem w mieście, do samochodu, gdzie tylko chce — i wszystko, co przedtem powoli, nieudolnie i myląc się wykonywał człowiek, teraz precyzyjnie i dokładnie robi mądry mikroelektroniczny arkusik!
Rozumiesz?
Lena patrzyła na Walerkę z zachwytem. Rzeczywiście, przedstawiony obraz był tak piękny, że nie od razu skojarzyłem, że mowa tu o takich samych układach warstwowych, jakie niedawno sam syntetyzowałem w zbiorniku maszyny-matki. Co prawda, moje są prostsze, ale w zasadzie można by robić i mądre arkusiki-maszyny.
— A po co ta próżnia i różne tam wiązki? Dlaczego nie chemicznie?… Chyba też by się dało zrobić?
— Chemicznie… Od czasów kiedy docent Warfołomiejew urządzał nam słynne kolokwia Warfołomiejewa, jakoś nie bardzo lubię chemię. (To było dla Leny. Doceniła i roześmiała się.) Ale jeśli masz jakieś pomysły w zakresie mikroelektroniki chemicznej, to proszę bardzo. Ja jestem za. Będziesz tym kierował. Ostatecznie nie jest ważne, jak się zrobi, ale żeby było zrobione. A wtedy… wtedy można będzie rozkręcić takie rzeczy… — w rozmarzeniu odchylił się na oparcie krzesła. — Oceń sam, po co maszynie-fabryce dawać dane do wykonywania układów? Zupełnie zbędne. Trzeba jej tylko dostarczyć informacji o problemie. Przecież teraz w produkcji, w życiu codziennym, w transporcie, w wojsku — wszędzie pracują maszyny.