Выбрать главу

Po co przekształcać ich impulsy wyjściowe w mowę ludzką, jeśli później i tak będzie trzeba ją przekształcić w impulsy! Wyobrażasz sobie? Maszyny-fâbryki odbierają drogą radiową informację od maszyn ze sfery produkcji, planowania, zbytu, transportu… słowem, zewsząd. Nawet informacje o pogodzie, prognozy agrometeorologiczne, potrzeby ludzi. Same opracowują niezbędne obwody i rozsyłają…

— Mikroelektroniczne zalecenia?

— Dyrektywy, kochany! Jakie tam zalecenia — uzasadnione matematycznie elektroniczne układy sterowania, odruchy produkcji, że się tak wyrażę. Z matematyką nie ma dyskusji!

Wypiliśmy.

— No, Walerka — powiedziałem. — Jeżeli zrealizujesz ten pomysł, zdobędziesz taką sławę, że twoje portrety będą drukować nawet na papierze toaletowym!

— I twoje także — dodał wspaniałomyślnie. — Razem zabłyśniemy.

— Ale, proszę pana — odezwała się Lena — przecież w pańskim kompleksie nie ma w ogóle człowieka. Jakże to będzie?

— Lena, przecież pani jest inżynierem… — pobłażliwie uniósł brew Iwanow. — Rozważmy tę sprawę, to jest człowieka, z punktu widzenia inżyniera. Po co on tam? Czy człowiek może odbierać sygnały radiowe, ultra- i infradźwięki, promieniowanie cieplne, nadfiolet, promieniowanie jonizujące? Czy może wytrzymać próżnię, ciśnienie setek atmosfer, trujące środowisko, przeciążenia setki razy przewyższające ciążenie ziemskie, wibracje rezonansowe, udary termiczne od minus stu dwudziestu do plus stu dwudziestu stopni z godzinną ekspozycją na każdą temperaturę, chłód płynnego helu?

Czy może latać z szybkością pocisku, przebywać na dnie oceanu lub w płynnym metalu? Czy może w ułamku sekundy zanalizować wzajemne powiązania dziesięciu — choćby tylko dziesięciu! — czynników? Nie może, prawda!?

— Wszystko to może dzięki maszynom — broniła ludzkości Lena.

— Tak, ale maszyny mogą wszystko to robić bez jego pomocy! A człowiekowi w naszym surowym atomowo-elektronicznym wieku pozostaje tylko naciskanie guzików. Ale te właśnie operacje można najłatwiej zautomatyzować. Wie pani przecież, że we współczesnej technice człowiek jest najmniej pewnym ogniwem. W końcu nie bez podstaw wszędzie wbudowuje się bezpieczniki, blokady i innego rodzaju ”ochrony przed durniem„.

— A ja milczę! — z groźbą w głosie przemówił pijany.

— Ale przecież człowieka z pewnością można udoskonalić — wtrąciłem nieśmiało.

— Udoskonalić? Nie rozśmieszaj mnie! To tak, jak gdybyś chciał udoskonalać parowozy, zamiast zastępować je elektrowozami czy lokomotywami spalinowymi. Wadliwa jest sama zasada fizyczna założona w człowieku — reakcje jonowe w roztworach, proces przemiany materii. Rozejrzyj się — szeroko powiódł ręką po sali — wszystkie siły odbiera ludziom ten przeklęty proces!

Rozejrzałem się. Przy zsuniętych stolikach biesiadnicy całowali z dubeltówki świeżo upieczonego doktora, łysego młodzieńca, wyczerpanego praca i przeżyciami. Obok niego królowała żona. W sąsiedztwie aktywnie odżywiało się dwunastu turystów zagranicznych. Salę wypełniał zgiełk i dym. Na estradzie saksofonista z nieprzyzwoicie wygiętym brzuchem ciągnął solo z wariacjami, synkopowały trąbki z tłumikami, szalał perkusista — orkiestra grała stylizowaną na twista ludową melodię. Obok estrady, potrząsając wszystkimi częściami ciała, podrygiwali stojąc w miejscu tańczący.

— Właściwie jedyną zaletą człowieka jest uniwersalność — pobłażliwie zauważył Iwanow. — Wprawdzie źle, ale może jednak robić sporo rzeczy. Ale uniwersalność to wynik komplikacji, a komplikacja jest czynnikiem ilościowym. Nauczymy się wytwarzać elektronowo-jonowymi wiązkami maszyny złożone z dziesiątków miliardów elementów i po wszystkim. Pieśń ludzkości skończona.

— Jak to, skończona? — z niepokojem zapytała Lena.

— Żadnych kataklizmów nie będzie, nie ma się czego bać. Po prostu cichutko, spokojnie i niezauważalnie wytworzy się sytuacja, w której maszyny będą sobie dawały radę bez ludzi. Oczywiście, maszyny, szanując pamięć swoich twórców, będą okazywały ludziom przychylność. Będą zaspokajać ich nieskomplikowane potrzeby dotyczące przemiany materii. Większości ludzi to z pewnością wystarczy — w swojej bezkrytycznej zarozumiałości będą nawet sądzili, że to maszyny im służą. A dla maszyn będzie to coś w rodzaju odruchu bezwarunkowego, odziedziczonego nawyku. A może nawet te nawyki znikną. Po co im to będzie potrzebne? Przecież zasadą działania maszyny jest racjonalność…

— Ale przecież nam już teraz służą racjonalne maszyny! — przerwała gorączkowo Lena. — Jakoś zaspokajają nasze potrzeby, prawda?

Milczałem. Iwanow roześmiał się.

— To zależy! Maszyny mają nie mniej podstaw, żeby uważać, że to właśnie ludzie zaspokajają ich potrzeby. Gdybym na przykład ja był maszyną elektroniczną „Ural-4”, to nie miałbym do ludzi żadnych pretensji. Żyłbym sobie w jasnej sali z klimatyzacją, z prądem stałym i zmiennym — odpowiednikami zimnej i gorącej wody, jeśli tak można powiedzieć. A do tego jeszcze obsługa w białych fartuchach spełnia natychmiast każdy mój kaprys. W gazetach o mnie piszą. I praca czysta — przełączanie prądów, przepuszczanie impulsów… Rajskie życie!

— A ja milczę! — po raz ostatni powiedział sąsiad, po czym wyprostował się i na całą salę bluznął stekiem ordynarnych przekleństw.

Natychmiast rzucił się do niego kierownik sali wraz ze swoją drużyną.

— No to co, że jestem pijany?! — wrzeszczał „milczek”, wleczony ku wyjściu. — Za swoje piję, za zapracowane. Kraść — to też praca!

— Otóż i przedmiot waszych trosk w całej swojej krasie! — skrzywił wąskie wargi Walerka. — Godny potomek tego pasożyta, który po pijanemu wykrzykiwał: „Człowiek — to brzmi dumnie!” Już nie brzmi… No więc jak, Walka? — zwrócił się do mnie. — Przenoś się, włącz się do tematu, to i po tobie coś pozostanie. Rozumne maszyny-fabryki, energiczne i wszechmocne mózgi elektronowe, a w nich twoje myśli, twój twórczy wkład, najlepsze, co w nas jest… rozumiesz? Człowiek-twórca — to chwilowo jeszcze brzmi dumnie.

To, co najlepsze, pozostanie i będzie rozwijać się nawet wtedy, gdy ciemna baba Przyroda ostatecznie splajtuje ze swoim homo sapiens!

— Ale to przecież straszne, co pan mówi — z oburzeniem powiedziała Lenka. — Jest pan… jak robot! Po prostu nie lubi pan ludzi!

Iwanow spojrzał na nią miękko i protekcjonalnie.

— Lena, przecież to nie jest dyskusja. Ja po prostu tłumaczę pani, o co tu chodzi.

Tego było za wiele. Lenka zacięła się i umilkła. Ja też nic nie odpowiedziałem. Milczenie zaczęło nam ciążyć. Wezwałem kelnera i zapłaciłem. Wyszliśmy na prospekt Marksa, ten Broadway Dnieprowska. Przed nami defilowali spacerowicze.

Nagle Walerka ścisnął mnie silnie za rękę.

— Walka, słyszysz? Widzisz?!

W pierwszej chwili nie zrozumiałem, co mam słyszeć i widzieć.

Obok nas przeszedł chłopak z dziewczyną, oboje w grubych swetrach i z identycznymi fryzurami.

Na szyi chłopaka wisiał odbiornik tranzystorowy, z którego rozlegał się jazz. Odbiornik miał żółtą obudowę z masy perłowej, przekreśloną sylwetką rakiety. Brzmiały czyste dźwięki saksofonu i swingujących trąbek… Głos tego radia poznałbym wśród setek typów odbiorników i radio! tak jak matka poznaje głos swego dziecka w zgiełku przedszkola. Niskoszumowy wzmacniacz szerokopasmowy, znajdujący się w tym odbiorniku, to przecież opracowanie moje i Walerki.