I dlatego, kimkolwiek jestem, niech na razie mój palec naciska ten guzik.”
„28 października. Telefon do pracowni.
— No, Wala, zdecydowałeś się? (Cóż za subtelne pytanie!)
— Nie, Walerka.
— Szkoda. Dobrze by się nam razem pracowało. Ale rozumiem cię. Pozdrów ją. Bardzo miła dziewczyna, cieszę się, że ją znalazłeś.
— Dziękuję. Przekażę.
— No, to na razie. Jak będziesz w Leningradzie, wpadnij.
— Oczywiście! Szczęśliwej podróży!
Ni cholery ty, Walerka, nie rozumiesz… No i dobrze. Koniec!
Zdaje się, że dzięki tobie zacząłem odczuwać złość. Dzięki ci, Walerka, choć za to!”
Rozdział trzynasty
Nigdy nie wiadomo, co jest dobre, a co złe. I tak, stenografia powstają dzięki paskudnemu charakterowi pisma, a teoria niezawodności — dzięki uszkodzeniom i defektom maszyn.
„1 listopada. A zatem, sam tego nie chcąc, udowodniłem, że sterując syntezą, na podstawie informacji o człowieku — powiedzmy — przeciętnym można stworzyć psychopatę i niewolnika. Stało się tak dlatego, że w trakcie wprowadzania uzupełniającej informacji popełniony został akt brutalnej przemocy (oj, nie udaje mi się tego wyniku opisać naukowym stylem). Teraz minimum, co muszę zrobić, to udowodnić możliwość przeciwstawną.
Wynikiem pozytywnym doświadczenia z dublem Adamem było to, że wyszedł żywy, fizycznie zdrowy, o powierzchowności takiej, jaką zaprojektowałem. Ponadto mam teraz pewne doświadczenie w przekształcaniu ciała ludzkiego… Stroną negatywną jest to, że wygodny sposób kolejnych licznych przekształceń i likwidacji zdecydowanie odpada — wszystko trzeba wykonać za jednym razem. Że korekcję metodą „tak — nie tak” można stosować tylko w tych przypadkach, kiedy dokładnie wiadomo, co jest „tak” i kiedy można kontrolować zmiany. Mówiąc po prostu, poprawiać można tylko drobne zewnętrzne defekty.
Jednym słowem, już po raz trzeci zaczynam od zera…
Chcę stworzyć udoskonalony wariant siebie: ładniejszy i mądrzejszy. Jedyny możliwy sposób to zapisać w maszynie razem z informacją o sobie także własne życzenia. Maszyna je może przyjąć albo nie. W najgorszym razie wyjdzie taki sam Kriwoszein — i tyle.
Byle tylko nie był gorszy.
Z wyglądem zewnętrznym więc wszystko jest mniej więcej jasne.
Włożę „czapkę Monomacha” i wzrokowo — du halucynacji włącznie — będę sobie wyobrażał, że jestem dobrze zbudowany, bez defektów (precz z piegami, z blizną nad brwią, retusz nosa i szczęki dolnej, usunięcie tłuszczu z tułowia, wygojenie zerwanego więzadła w kolanie itd.). I włosy żeby były trochę ciemniejsze…
Muszę także zwiększyć zdolności umysłowe… Tylko jak? Po prostu zażądać, żeby mój nowy sobowtór był mądrzejszy ode mnie?
Maszyna-matka nawet nie zwróci na to uwagi, przecież przyjmuje tylko dokładnie sprecyzowaną informację… Trzeba się zastanowić.”
„2 listopada. Mam pomysł. Co prawda prymitywny, ale jednak pomysł. Moje możliwości umysłowe są różne w różnych porach dnia. Po obiedzie człowiek, jak wiadomo, tępieje, jest nawet na to jakieś biologiczne uzasadnienie (krew nie dopływa do mózgu czy coś w tym rodzaju). Stąd wniosek, żeby informację o sobie zapisywać w maszynie tylko na czczo. I nie opalać się papierosami aż do otępienia.
Muszę uwzględnić jeszcze jedną właściwość mojego myślenia — im bliżej nocy, tym bardziej trzeźwe myśli i rozważania wypierane są przez marzenia, grę uczuć i wyobraźni. To też na nic, marzycielstwo omal nie doprowadziło mnie do katastrofy. A zatem kiedy nadejdzie wieczór, precz z kamery. Mój nowy dubel ma być trzeźwy, roztropny i zrównoważony!”
„17 listopada. Już trzy tygodnie uczę maszynę-matkę, jak ma mnie ulepszyć. Chciałbym jej już bardzo przekazać przez „czapkę Monomacha” rozkaz „Można!” i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Ale nie: tam jest człowiek! Niech maszyna wchłania wszystkie moje myśli, wyobrażenia, pragnienia. Niech zrozumie, czego od niej chcę.”
„25 listopada, wieczór. Śnieg sypie na białe rurki ulicznych świetlówek. Sypie i sypie, jakby chciał przekroczyć plan… Obok mojego domu przechodzi znowu ta dziewczynka o kulach. Wraca pewnie ze szkoły. Chyba przeszła chorobę heinemedina i ma sparaliżowane nogi.
Za każdym razem, kiedy ją widzę — z wielkim tornistrem na chudych ramionach, jak niewprawnie stawia kule, z wysiłkiem powłócząc nogami — jest mi wstyd. Wstyd, że sam jestem zdrowy jak koń.
Wstyd, że ja, rozumny i wykształcony człowiek, w niczym jej nie mogę pomóc. Wstyd z poczucia jakiejś ogromnej niedorzeczności istniejącej w życiu.
Dzieci nie powinny chodzić o kulach. Cóż warta jest cała nauka i technika na świecie, jeśli dzieci chodzą o kulach!
Czyżbym ja i teraz robił coś nie tak? Coś, co nie jest potrzebne ludziom? Przecież tej dziewczynce moja metoda w żaden sposób nie pomoże…
Wkrótce minie miesiąc, jak po opracowaniu wstępnego programu mego myślenia zacząłem wchodzić do kamery informacyjnej, zamocowywać na ciele czujniki, wkładać „czapkę Monomacha” i głośno myśleć. Niekiedy ogarnia mnie zwątpienie — a może w maszynie-matce znowu jest coś nie tak? Nie mogę skontrolować, niech to diabli! Na taką myśl ogarnia mnie strach, taki strach, że obawiam się, żeby nie odbiło się to na psychice następnego dubla…” Następny zapis w dzienniku zrobiony zwykłym ołówkiem.
„4 grudnia. Ufff… W zasadzie powinienem teraz triumfować — udało się. Ale nie mogę, brak mi sił. Zmęczyłem się. Och, jakże się zmęczyłem! Nie chce mi się nawet szukać pióra.
Maszyna zasadniczo uwzględniła moje życzenia co do wyglądu zewnętrznego. Co nieco jeszcze skorygowałem w trakcie syntezy.
Żadne doświadczenie nie idzie na marne. Kiedy dubel powstawał, nie potrzebowałem przymierzać się, celować — wprawne oko od razu zauważało, że coś jest nie tak w jego budowie, i kontrolowało, jak maszyna to poprawia.
Przystawiłem do zbiornika drabinkę, pomogłem mu wyjść. Stał przede mną — nagi, dobrze zbudowany, muskularny, piękny, ciemnowłosy. Podobny i niepodobny do mnie. Stał w kałuży ściekającej cieczy.
— No jak? — Nie wiadomo dlaczego miałem ochrypły głos.
— Wszystko w porządku — uśmiechnął się.
A potem… potem zaczęły mi drżeć wargi i twarz, trzęsły się ręce.
Nie byłem w stanie nawet zapalić. On zapalił mi papierosa, nalał pół menzurki spirytusu i pogadywał: „No-no… wszystko w porządku, uspokój się” — jednym słowem uspokajał mnie. Śmieszne…
Spróbuję teraz zasnąć.”
„5 grudnia. Dzisiaj sprawdzałem zdolności logiczne dubla numer 3.
Pierwszy test (gra w durnia) — 5: 3 na jego korzyść Drugi test(gra w słówka): ze słowa „abrewiatura” w ciągu 10 minut ułożył o 8 słów więcej niż ja. Ze słowa „nadprzewodnictwo” — o 12 więcej.
Trzeci test — rozwiązywanie na czas zadań logicznych z podręcznika systemologii Azarowa, poczynając od zadania 223. W ciągu dwu godzin pracy ja doszedłem zaledwie do zadania 235, podczas gdy on — do zadania 240.
O żadnym oszukiwaniu z mojej strony nie ma mowy — zacząłem się hazardować. Okazuje się, że on myśli szybciej ode mnie o 25–30 % — i to dzięki bagatelnej, chałupniczej poprawce! Jak wobec tego będzie można zwiększyć i wzmocnić zdolności człowieka pracując prawdziwie naukową metodą?