Ano, zobaczymy jeszcze, jak będzie pracował.”
„7 grudnia. Pracę mamy na razie nie nazbyt intelektualną: porządkujemy laboratorium. Nie jest to łatwe ze względu na poprzeplatane przewody i żywe węże. Odkurzamy, oczyszczamy kolby, przyrządy i płyty z nalotu pleśni.
— Powiedz mi, co myślisz o biologii?
— O biologii? — popatrzył na mnie zdziwiony, po chwili dopiero zrozumiał. — Ach, ty o nim! Wiesz, ja go też nie rozumiem… Myślę, że to był taki wybryk z potrzeby samopotwierdzenia…”
— Fiuu!… — gwizdnął przez zęby doktorant Kriwoszein i aż podrzuciło go z zaskoczenia. — Więc to tak!
Jak to… przecież dubel numer 3 także był „przedłużeniem” maszyny! Wygląda… wygląda na to, że maszyna już nauczyła się budować organizm ludzki?! No, oczywiście. Przecież on sam był pierwszy, dlatego poszukiwanie rozwiązania było takie żmudne. A teraz maszyna zapamiętała wszystkie szlaki poszukiwań, wybrała z nich te, które bezpośrednio prowadzą do celu, i skonstruowała sobie program syntezy człowieka.
Oznacza to, że jego zdolność przekształcania siebie samego jest rzeczywiście unikalna. Trzeba jej strzec… Najlepiej „zapisać się” znowu w maszynie-matce, ale już nie według mglistych wspomnień o poszukiwaniach, a z dokładną i sprawdzoną wiedzą o tym, jak przekształcać siebie samego. Tylko po co?
— Dobrze, wystarczy tych rozmyślań! — zasępił się i powrócił do dziennika.
„18 grudnia. Nie pamiętam takich mrozów o tej porze. Północno-wschodni wiatr przygnał do nas taką syberyjską zimę, że centralne ogrzewanie ledwie daje sobie radę z zimnem. W parku biało, w laboratorium zrobiło się jaśniej.
Nie wiem, czy zgodnie z tradycją, czy nie, ale w każdym razie odbył się chrzest nowego dubla. Ojcem chrzestnym był sam Chiłobok.
A odbyło się to tak. Do Instytutu przybyli na roczną praktykę studenci Uniwersytetu Charkowskiego.. Przedwczoraj poszedłem do internatu dla młodych specjalistów, gdzie ich umieszczono, i wypożyczyłem „dla doświadczeń psychologicznych” legitymację studencką i skierowanie na praktykę. Studenci patrzyli na mnie z onieśmieleniem i szacunkiem, a w ich oczach błyszczała gotowość oddania dla dobra nauki nie tylko legitymacji, ale nawet butów. Dowód osobisty pożyczyłem od Paszy Pukina.
Następnie zapoznaliśmy maszynę-matkę z wyglądem i treścią tych dokumentów — trzymaliśmy je przed obiektywami, szeleścili kartkami… Kiedy dowód, legitymacja studencka i formularz skierowania pojawiły się w zbiorniku, włożyłem „czapkę Monomacha” i metodą „tak — nie tak” skorygowałem dane.
Dubel numer 3 został nazwany Krawcem Wiktorem Witaliewiczem. Wiek 23 lata, narodowość rosyjska, zdolny do służby wojskowej, student piątego roku wydziału fizycznego Uniwersytetu Charkowskiego, adres: Charków, Chłodna Góra 17… Bardzo mi przyjemnie.
Czy naprawdę tak przyjemnie? Podczas całej tej operacji razem ze świeżo narodzonym Krawcem rozmawialiśmy półgłosem i czuliśmy się jak fałszerze pieniędzy, których lada chwila mogą nakryć.
Dał o sobie znać głęboki szacunek inteligencji dla porządku prawnego.
Kiedy następnego dnia udaliśmy się do Chiłoboka — Krawiec w celu załatwienia formalności, a ja, aby go prosić o skierowanie studenta Krawca do mojej pracowni — nadal czuliśmy się niepewnie.
Poza tym obawiałem się, że Harry skieruje go do innego laboratorium. Ale udało się. Studenci w tym roku sypnęli obficiej niż śnieg.
Kiedy Chiłobok usłyszał, że zapewnię studentowi Krawcowi materiał do pracy dyplomowej, próbował mi wcisnąć jeszcze dwóch.
Oczywiście zwrócił uwagę na nasze podobieństwo.
— Czy to przypadkiem nie pana krewny, panie inżynierze?
— Jak by to powiedzieć… Właściwie tak. Daleki krewny.
— Aha, to rozumiem! Oczywiście… — jego twarz wyraziła zrozumienie i pobłażanie dla moich uczuć rodzinnych.
— Zamieszka u pana?
— Nie, dlaczego? Niech mieszka w internacie.
— Tak, tak, oczywiście, a jakże… — Chiłobok nie ukrywał, że moje związki z Leną nie są dla niego tajemnicą.
— Rozumiem pana, panie inżynierze, ach, jak dobrze pana rozumiem!
Boże, jakież to obrzydliwe, gdy Chiłobok „ach, jak dobrze rozumie”!
— A jak tam pana habilitacja, panie docencie? — zapytałem, żeby zmienić temat.
— Habilitacja? — Chiłobok popatrzył na mnie bardzo czujnie — Ano… A czemu się pan tym tak interesuje? Przecież pan jest cyfronik, elektronika analogowa to nie pańska specjalność.
— Teraz już sam nie wiem, co jest, a co nie jest moją specjalnością — wyznałem szczerze.
— Tak? No cóż, to bardzo ładnie… Ale ja jeszcze nieprędko złożę pracę, inne zajęcia mnie absorbują, mnóstwo spraw bieżących, nie mam czasu pracować twórczo, pan prędzej ode mnie zrobi i doktorat, i habilitację, he-he…
Wracaliśmy do laboratorium w złym nastroju. Jest jakaś niepokojąca dwoistość w naszej pracy — w pracowni jesteśmy bogami, a w kontaktach z otaczającym nas środowiskiem polityku jemy, kręcimy, asekurujemy się. Cóż to jest? Specyfika badań? Specyfika rzeczywistości? A może specyfika naszych charakterów?
— Ostatecznie to nie ja wymyśliłem system pokwitowań na człowieka: dowody, karty meldunkowe, ankiety, przepustki, zaświadczenia — powiedziałem. — Dokument czyni z ciebie człowieka.
Krawiec nic nie odpowiedział.”
„20 grudnia. No, zaczyna się wspólna praca!
— Czy nie wydaje ci się, że z tą naszą przysięgą trafiliśmy jak kulą w płot?
— ?!
— No, może nie z cała. przysięgą, a z tym jej sakramentalnym punktem…
— „…wykorzystać odkrycie z korzyścią dla ludzkości w maksymalnie niezawodny sposób”?
— Właśnie. Zrealizowaliśmy cztery warianty: przetworzenie informacji o człowieku w człowieka, syntezę królików z poprawkami i bez, syntezę układów elektronicznych i syntezę człowieka z korekcją. Czy chociaż jeden z nich daje absolutną gwarancję korzyści?
— Hm… Nie. Ale ostatni wariant w zasadzie pozwala…
— …stwarzać „rycerzy bez lęku i skazy”, kawalerów Krzyża Świętego Jerzego i płomiennych bojowników?
— Powiedzmy prościej: porządnych ludzi. Masz coś przeciwko temu?
— Na razie jeszcze nie głosujemy, tylko dyskutujemy. I wydaje mi się, że ta koncepcja oparta jest, bardzo cię przepraszam, na bardzo naiwnych wyobrażeniach o tak zwanych „porządnych ludziach”.
Nie istnieją abstrakcyjnie dobrzy ani abstrakcyjnie źli ludzie. Każdy z nich jest dla kogoś tam dobry, a dla kogoś innego zły. Tu nie ma kryteriów obiektywnych. Właśnie dlatego prawdziwi rycerze bez lęku i skazy mieli znacznie więcej wrogów niż ktokolwiek inny.
Dobry dla wszystkich może być tylko sprytny, mały egoista, który dla osiągnięcia swoich celów stara się ze wszystkimi być w zgodzie.
Istnieje co prawda pseudoobiektywne kryterium, że dobry to ten, kogo popiera większość. Czy zgodzisz się na zastosowanie takiego kryterium?
— Hm… Daj pomyśleć.
— Czy warto, jeżeli ja już pomyślałem? I tak dojdziesz do tego samego… (No nie, za kogo on mnie ma?!) Pomyśl, jacy ludzie miewali poparcie większości… Są jeszcze dwa kryteria: „dobre jest to, co ja uważam za dobre” (albo ten, którego uważam za dobrego) i „dobre jest to, co jest dla mnie dobre”. My, podobnie jak przytłaczająca większość ludzi zawodowo zajmujących się dobrem ludzkości, kierowaliśmy się tymi dwoma kryteriami, tylko w swojej naiwności sądziliśmy, że kierujemy się pierwszym, i w dodatku uważaliśmy je za obiektywne…