— No, teraz to już przesadziłeś!
— Wcale nie przesadziłem! Nie będę wspominał o nieszczęsnym Adamie, ale przecież nawet kiedy syntetyzowałeś mnie, starałeś się, żeby mnie było dobrze (a raczej w twoim pojęciu dobrze), a także o to, żeby było dobrze tobie samemu, prawda? Ale to kryterium jest subiektywne i inni ludzie…
— …za pomocą tego sposobu będą klecić to, co jest dobre według nich i dla nich?
— Właśnie.
— Hm… Powiedzmy. To znaczy, że należy poszukiwać nowego wariantu — syntezy i przekształcania informacji o człowieku.
— No i jakiż to będzie wariant?
— Nie wiem.
— To ja ci powiem, co jest potrzebne. Należy przekształcić naszą maszynę-matkę w urządzenie do ciągłej produkcji dobra o wydajności…. powiedzmy, półtora miliona dobrych uczynków na sekundę i jednocześnie zrobić z niej pochłaniacz złych uczynków o takiej samej wydajności. Zresztą półtora miliona to tylko kropla w morzu: na Ziemi żyje trzy i pół miliarda ludzi i każdy popełnia dziennie kilkadziesiąt uczynków, z których żaden nie jest neutralny. A jeszcze trzeba obmyślić sposób równomiernej dystrybucji tej — hm! — produkcji na powierzchni całego globu. Słowem, powinno to być coś w rodzaju brony do koszenia silosów pracującej na magnetronach z niewypalanej cegły…
— To miał być żart, tak?
— Tak. Depczę to twoje ckliwe marzenie, bo diabli wiedzą, dokąd mogłoby nas zaprowadzić.
— Uważasz, że ja…
— Nie. Nie uważam, że pracowałeś źle. Byłoby nawet dziwne, gdybym j a tak uważał. Ale rozumiesz, subiektywnie ty i marzyłeś, i planowałeś, a obiektywnie robiłeś tylko to, na co pozwalały m o ż l i w o ś c i odkrycia. I w tym cała rzecz! Należy mierzyć swoje zamiary według realnych możliwości. A ty chciałeś przeciwstawić jakąś tam maszynkę codziennym stu miliardom różnorodnych czynów ludzkości. A to właśnie te sto miliardów plus niezliczone miliardy czynów dokonanych w przeszłości wyznaczają procesy społeczne na Ziemi, ich dobro i ich zło. Cała nauka nie jest w stanie przeciwstawić się tym potężnym procesom, tej lawinie postępków i zdarzeń: po pierwsze dlatego, że sprawy nauki to tylko niewielka część spraw całego świata, po drugie zaś — nie to jest jej celem. Nauka nie produkuje ani dobra, ani zła, tylko nową informację i nowe możliwości. I tyle. A zastosowanie tej informacji i wykorzystanie możliwości określają wyżej wspomniane procesy i siły społeczne. I my dajemy ludziom tylko nową możliwość: wytwarzanie sobie podobnych, a oni mają wolny wybór: wykorzystać te możliwości na swoją szkodę, na swoją korzyść lub nie wykorzystać w ogóle.
— Więc co, uważasz, że należy opublikować wyniki i umyć ręce?! No, wiesz! Jeżeli nam będą obojętne skutki odkrycia, to reszcie tym bardziej.
— Nie denerwuj się. Nie uważam, że należy publikować i resztę mieć w nosie. Trzeba pracować dalej, badać możliwości. Tak jak robią to wszyscy. Ale i w badaniach, i w planach badań, i nawet w marzeniach o temacie 154 trzeba pamiętać, że to, co zyska świat dzięki tematowi, zależy przede wszystkim od samego życia, czyli, wyrażając się elegancko, od społeczno-politycznej sytuacji na świecie. Jeżeli sytuacja będzie rozwijać się pomyślnie, można będzie opublikować. Jeżeli nie, trzeba się będzie wstrzymać albo nawet zniszczyć wszystko doszczętnie, jak to jest przewidziane w naszej przysiędze. Uratować ludzkości nie jesteśmy w stanie, ale przynajmniej możemy jej nie szkodzić.
— Hm… Jesteś niezwykle skromny. Moim zdaniem nie doceniasz możliwości nauki współczesnej. Istnieje dziś sposób zniszczenia ludzkości przez naciśnięcie guzika czy kilku guzików. Czemu nie miałby powstać sposób alternatywny: uratowania albo ochrony ludzkości przez naciśnięcie guzika? I dlaczego, do cholery, ten sposób nie miałby się znaleźć w zasięgu naszych poszukiwań?
— Nie, nie znajdzie się. Nasza rola polega na budowaniu mostów. Poza tym most zbudować jest trudno, a wysadzić bardzo łatwo.
— Zgoda. Ale mimo wszystko mosty się buduje.
— Tak, tylko że nikt jeszcze nie zbudował takiego mostu, którego nie dałoby się wysadzić.
W tym miejscu zabrnęliśmy w scholastyczną ślepą uliczkę.
Bystry z niego facet. Przecież właściwie w sposób jasny i sensowny załatwił się ze wszystkimi moimi wątpliwościami, które dręczyły mnie od dawna… Nie wiem nawet, czy mam się smucić, czy cieszyć”.
„28 grudnia. Minął już rok od chwili, kiedy siedziałem w nowo utworzonej pracowni na nie rozpakowanym generatorze impulsów i planowałem bliżej nie sprecyzowane doświadczenie. Tylko rok? Nie, jednak czas mierzy się wydarzeniami, a nie obrotami Ziemi. Mam wrażenie, że minęło dziesięć lat. I nie tylko dlatego, że dużo zrobiłem i przeżyłem. Zacząłem więcej myśleć o życiu, lepiej rozumieć siebie i innych, nawet trochę zmieniłem się — oby tylko na lepsze.
A mimo wszystko czuję jakiś niedosyt — chyba z nadmiaru marzeń. Wszystko, co planowałem, udawało się. Ale udawało się nie tak, jak chciałem — z trudnościami, z przerażającymi komplikacjami, z rozczarowaniami… Takie jest życie. Marzenia ludzkie nigdy nie wyznaczają rozczarowań ani upadków. To przychodzi samo. Rozumiem to doskonale, ale nie mogę się z tym pogodzić.
…Kiedy syntetyzowałem dubla numer 3 (dla innych Krawca) mgliście marzyłem, że w maszynie coś szczęknie i… na świecie pojawi się prawdziwy rycerz bez lęku i skazy! Nic nie szczęknęło.
Dobry jest, złego słowa nie można powiedzieć, ale co z niego za rycerz — trzeźwy, rozsądny i ostrożny. A skąd właściwie miał się wziąć rycerz, może ze mnie?
Durniu, romantyczny durniu! Wciąż liczysz na to, że przyroda wyręczy cię i sama da ci absolutnie „pewny sposób”. W niczym cię nie wyręczy i niczego ci nie da. Po prostu nie posiada odpowiedniej informacji.
Do diabła! Czy naprawdę nie można? Czyżby miał rację udoskonalony Kriwoszein-Krawiec?
…Istnieje sposób uratowania świata przez naciśnięcie guzika, można by go zastosować w przypadku wojny termojądrowej. Ukryć w głębokim szybie kilka maszyn-matek, w których zawarta byłaby informacja o ludziach(kobietach i mężczyznach) oraz duży zapas odczynników. I gdyby na spopielonej Ziemi zabrakło ludzi, maszyny scalą i odrodzą ludzkość. W końcu jest to jakieś wyjście z sytuacji.
Ale to też nie będzie dobre. Takie wyjście, oddane do dyspozycji światu, naruszy istniejącą równowagę i w efekcie może pchnąć ludzkość ku wojnie jądrowej. „Ludzkość przeżyje, bomby atomowe jej nie zagrażają, no to im dołożymy! — pomyśli sobie jakiś sprytny politykier. — Problem Bliskiego Wschodu? Nie ma już Bliskiego Wschodu! Problem wietnamski? Nie ma już Wietnamu! Kupujcie osobiste schrony przeciwatomowe dla duszy!”
A więc znowu nie to. Wobec tego co jest t o? I czy t o w ogóle istnieje?”
CZĘŚĆ TRZECIA
Rozdział pierwszy
Sen — najlepszy sposób walki z sennością.
Krótka jest noc czerwcowa: zaledwie zgasł liliowy zachód, a już na południowym wschodzie, za Dnieprem, niebo znowu zaczyna się rozjaśniać. Ale i krótka noc jest nocą: działa na ludzi jak każda inna.
Śpią mieszkańcy nocnej półkuli planety. Śpią obywatele miasta Dnieprowska. Spi wielu spośród uczestników opisywanych wydarzeń.
Niespokojnie śpi Matwiej Onisimow. Długo nie mógł zasnąć: palił, kręcił się w łóżku, niepokoił żonę. Rozmyślał o tym, co zaszło.