Wreszcie, kiedy zmęczony zdrzemnął się, wzburzony umysł zgotował mu skandaliczny sen: w trzech parkach miejskich znaleziono zwłoki trzech osób zastrzelonych z broni palnej. Lekarz sądowy Zubato, któremu nie chciało się przeprowadzać dochodzenia w sprawie każdego z zabójstw oddzielnie, wymyślił wersję, że wszyscy trzej zostali zabici jednym strzałem, który przeszedł na wylot. W celu wykazania słuszności swojej hipotezy posadził zwłoki wszystkich ofiar na marmurowym stole sekcyjnym. Zwłoki obejmowały się nawzajem, a przestrzały ułożyły się w jednej linii.
Onisimow, który zwykle miewał sny tylko czarno-białe, nieostre, jak ze zniszczonej taśmy filmowej, widział ten obraz przestrzennie, w barwach i z wrażeniami węchowymi: trzech Kriwoszeinów — ogromnych, nagich, różowych i pachnących mięsem — patrzy na niego z fotogenicznym uśmiechem. Obudził się z uczuciem protestu… Ale sen spowodował, że zaczęła mu się zarysowywać nowa wersja: Kriwoszein został zamordowany, a w pracowni gotowano jego zwłoki. Przecież zwłoki zawsze są najważniejszym dowodem, a ukryć je lub zakopać — rzecz niepewna i niebezpieczna: mogą zostać odnalezione i rozpoznane. Wobec tego gotowali je czy też próbowali zniszczyć w specjalnym płynie, a ponieważ sprawa nie była łatwa, przeliczyli się, coś im nie wyszło i przewrócili zbiornik. Dlatego zwłoki, znalezione przez technika Prachowa, były ciepłe. Dlatego tak szybko rozłożyły się przesiąknięte odczynnikiem tkanki miękkie i pozostał tylko szkielet. Laboranta przygniótł zbiornik, a drugi sprawca, ten, który wczoraj stroił przed nim miny (mistyfikator, cyrkowiec, jakieś maski gumowe czy trening mimiczny? — wiadomo, spryciarze z nich!) zbiegł. I zorganizował sobie alibi — swoimi maskami i techniką mimiczną mógł i moskiewskiego profesora wprowadzić w błąd. A jego dokumenty to dobrze wykonane fałszerstwo.
Onisimow zapalił jeszcze jednego papierosa. A jednak cała ta sprawa nie pachnie zwykłym przestępstwem kryminalnym, Jeśli przestępcy pracują i tu, i w Moskwie — a przy tym ani chęć zysku, ani porachunki osobiste, ani seks nie wchodzą w grę — to… chyba Kriwoszein istotnie dokonał poważnego odkrycia. Trzeba będzie jednak skłonić jutro pułkownika, żeby zgodził się na przekazanie śledztwa organom bezpieczeństwa! (Chociaż Onisimow nie dowie się nigdy, jak sprawy wyglądały w rzeczywistości, trzeba jednak oddać sprawiedliwość jego zdolnościom śledczym. Bo rzeczywiście, nie każdy potrafi, nie rozumiejąc zupełnie sprawy, tylko na podstawie zewnętrznych, przypadkowych faktów skonstruować logicznie niesprzeczną wersję!)
Pomyślawszy to, Onisimow uspokojony usnął. Teraz przyśniło mu się coś przyjemnego: awansowano go za rozwiązanie t a k i e j sprawy… Ale sny jeszcze trudniej poddają się marzeniom niż realna rzeczywistość. Nagle Onisimow zaczyna wściekle stękać przez sen, a wyrwana ze snu żona niespokojnie pyta: „Matiusza, co ci jest?” Przyśniło mu się, że w Komendzie wybuchł pożar i spłonął nowy plan etatów…
Arkadij Azarow usnął zaledwie przed chwilą, i to dopiero po dwu tabletkach nasennych: rano przebudzi się z fatalnym samopoczuciem. I on nie mógł opędzić się od myśli związanych z zajściem w pracowni nowych systemów… Już dzwonili z Komitetu Miejskiego:
„Znowu awaria u was, profesorze? I ofiary w ludziach?” Skąd oni się tak szybko wszystkiego dowiadują! Teraz się zacznie: wezwania, komisje, wyjaśnienia… Cóż, po to istnieje dyrektor, za to mu płacą, żeby go wszyscy szarpali! I przez takie właśnie sprawy, w których nic nie zawinił, kwestionowana jest jego, uczciwa, twórcza praca; Azarow poczuł się samotny i nieszczęśliwy.
„…Nie trzeba było organizować tej pracowni poszukiwań losowych. Postąpił wbrew sobie. Przecież myśl, że drogą prób losowych i dowolnych kombinacji można poznać prawdę, dojść do prawidłowych decyzji w nauce, była głęboko sprzeczna z całą jego naturą. I w dalszym ciągu jest sprzeczna. Metoda Monte Carlo… Już nazwa mówi sama za siebie! Cóż może być gorszego dla eksperymentatora niż wiara w przypadek? Badać — choćby nawet za pomocą przyrządów i maszyn — swoje szczęście w grze, zamiast logicznie analizować problem i w sposób pewny i niespieszny zbliżać się do rozwiązania! Oczywiście, można w ten sposób konstruować nibynaukowe systemy i algorytmy, ale czy nie przypominają one tych systemów, którymi posługują się hazardziści w nadziei wygranej i tracą całe majątki? No dobrze, zmienił nazwę pracowni. I co z tego? Sens pozostał ten sam. Puścił wszystko na żywioł, sądząc, że skoro istnieje taki kierunek w światowej systemologii, to niech i u nas się rozwija… No, i rozwinął się!…”
Wtedy Azarow nie podzielił się z Kriwoszeinem swymi wątpliwościami, aby nie zgasić jego entuzjazmu, zapytał tylko: „I jakich to osiągnięć spodziewa się pan. po… ee… poszukiwaniach losowych?” Kriwoszein odpowiedział: „Przede wszystkim chcę opanować metodykę” — i to spodobało się Azarowowi bardziej, niż gdyby inżynier próbował go oszołomić swymi koncepcjami.
„Nie, on nie ograniczał się do opanowywania metodyki — Azarow przypomniał sobie pracownię, urządzenie podobne do ośmiornicy, obfitość przyrządów i szkła laboratoryjnego. — Rozkręcił jakąś dużą pracę eksperymentalną… Czyżby wyszło mu to, co referował na Radzie Naukowej? Ale wszystko zakończyło się zwłokami. Zwłokami, które przemieniły się w szkielet! — Azarow poczuł obrzydzenie i wściekłość. — Trzeba kończyć z tymi pracami doświadczalnymi, wiecznie z nimi jakieś kłopoty! Absolutnie! Systemologia w istocie swojej jest nauką teoretyczną; analizę i syntezę dowolnych układów należy przeprowadzać metodami matematycznymi i tyle… Trzeba rozwijać teorię… A jeśli chce się wam pracować z maszynami — bardzo proszę, programujcie swoje zadania i idźcie do ośrodka obliczeniowego… Zresztą z tymi eksperymentami — profesor uśmiechnął się odzyskując spokój — nigdy nie wiadomo, co wyjdzie: głupstwo czy odkrycie!”
…Azarow miał zadawnione porachunki z naukami eksperymentalnymi, a jego sądy na ten temat były zdecydowane i niepodważalne. Ponad trzydzieści lat temu młody fizyk Azarow badał proces skraplania helu. Pewnego razu włożył do naczynia Dewara kilka kapilar szklanych i płyn ochłodzony do temperatury dwu stopni w skali Kelvina niezwykle szybko wyparował. Dwa litry drogocennego w tamtych czasach helu przepadły, eksperyment diabli wzięli! Azarow w złości oskarżył szklarza, że ten podsunął mu uszkodzonego Dewara; szklarz został ukarany… A dwa lata później kolega Azarowa z tego samego roku studiów, Piotr Kapica, w analogicznym doświadczeniu (wprowadzenie kapilar szklanych do naczynia Dewara) odkrył zjawisko nadciekłości helu!
Od tego czasu Azarow rozczarował się do fizyki eksperymentalnej, pokochał pewny, surowy świat matematyki i nigdy tego nie żałował. Właśnie matematyka dała mu sławę: matematyczne podejście do problemów niematematycznyeh. W latach trzydziestych zastosował swoje metody do problemów ogólnej teorii względności, która królowała wówczas w umysłach uczonych; później jego osiągnięcia pomogły w rozwiązaniu ważnych zadań wynikających z teorii reakcji łańcuchowych w uranie i plutonie. Potem zastosował swoje metody do problemów katalizy chemicznej polimerów, a obecnie stał na czele badań nad układami dyskretnymi w systemologii.
„E, to ciągle nie o to chodzi! — rozzłościł się na siebie Azarow. — Cóż tam właściwie zdarzyło się w pracowni Kriwoszeina? Pamiętam, ubiegłej jesieni przychodził do mnie, chciał porozmawiać… O czym? Oczywiście, o pracy. Spławiłem go, nie miałem czasu… Zawsze to, co pilne, uważa się za najważniejsze… A trzeba było porozmawiać, teraz wiedziałbym, o co chodzi. Później już do mnie się nie zwracał. Oczywiście, tacy ludzie są ambitni i nieśmiali… Zaraz, jacy ludzie? Jaki Kriwoszein? A cóż ty o nim wiesz? Kilka referatów na seminariach, wystąpienie na Radzie Naukowej, kilka odpowiedzi i zapytań pod adresem innych referentów, a poza tym kłanialiśmy się sobie przy spotkaniach. Czy można na takiej podstawie cokolwiek o nim sądzić? Można, w końcu nie najgorzej znasz się na ludziach, Azarow… To był aktywny i twórczy człowiek, ot co. Takich ludzi można od razu poznać po zachowaniu. Widać u nich ciągłą pracę myśli — nie każdy to widzi, ale przecież jesteś taki sam, więc łatwo ci poznać… Człowiek je, chodzi do pracy, wita się ze znajomymi, chodzi do kina, kłóci się ze współpracownikami, pożycza pieniądze, opala się — wszystko to robi autentycznie, a nie aby zbyć — i myśli, myśli wciąż nad jednym. Nad koncepcją, która nie jest związana ani z jego zachowaniem, ani z kłopotami życia, codziennego, ale nic go od tej koncepcji nie oderwie. Ta koncepcja jest dla niego czymś najważniejszym: z niej rodzi się nowe…