I Kriwoszein był właśnie taki. Szkoda, że był — ze śmiercią każdego takiego człowieka znika z życia coś bardzo ważnego. I każdy czuje się potem jeszcze bardziej samotny… No, dość tego, co mi znowu po głowie chodzi?! — zreflektował się Azarow. — Spać, spać!” Harry Chiłobok też nie mógł długo zasnąć: spoglądał wciąż w oświetlone w domu naprzeciw okna mieszkania Kriwoszeina i próbował odgadnąć: kto też tam może być? O godzinie jedenastej z bramy szybkim krokiem wyszła Lena Kołomyjec (Chiłobok poznał ją po sylwetce i ruchach. Pomyślał mimochodem: „Trzeba by się z nią teraz bliżej poznać, jest się czym zająć”), ale światło paliło się nadal. Chiłobok zgasił lampę i usadowił się na parapecie z lornetką teatralną, ale widoczność była marna: zobaczył tylko część szafy z książkami i wzór z kół olimpijskich na ścianie. „Zapomniała światło zgasić czy co? A może tam jeszcze ktoś jest? Może zadzwonić na milicję? A, niech ich tam, sami niech sobie radzą. — Chiłobok ziewnął rozkosznie. — Może to właśnie ktoś od nich tam czegoś szuka…”
Wrócił do pokoju i zapalił nocną lampkę — figurkę nagiej kobiety ze sztucznego marmuru z żarówką w środku. Łagodne światło padało na niedźwiedzią skórę na podłodze, błękitne ściany ze złocistymi bocianami na tapetach, błyszczące powierzchnie biurka na wysoki połysk, szafę biblioteczną, szafę z ubraniem, stolik pod telewizor, pikowaną różową sofę, ciemnoczerwony dywan ze sceną antycznej uczty — wszystko wokół sprzyjało nastrojowi całkowitego zadowolenia. Chiłobok rozebrał się, podszedł do lustra w drzwiach szafy i zaczął się sobie przyglądać. Lubił swoją twarz: prosty, duży nos, gładkie, ale nie tłuste policzki, ciemny wąs — miał w sobie coś z Maupassanta… Niedawno właśnie tak stojąc przed lustrem przemierzał wyraz twarzy doktora habilitowanego nauk technicznych.
„Czego on chciał ode mnie, ten Kriwoszein? — Chiłobok poczuł, jak trzęsie nim przypływ gwałtownej nienawiści. — Co ja mu zrobiłem?
Jego temat poparłem, krewnego pomogłem wsadzić do pracowni…
Sam doktoratu nie broni, a innym zazdrości! A może mścił się za to, że nie wykonałem zamówienia na ZCE-2? No, zresztą wszystko jedno: Kriwoszeina już nie ma. Wykończył się. Tak właśnie bywa.
W życiu w ostatecznym rozrachunku wygrywa ten, kto przeżyje przeciwnika.”
Chiłobok ucieszył się z niezamierzonej głębi tej myśli. „Hm…
Trzeba zapamiętać i puścić dalej.” W ogóle należy stwierdzić, że Chiłobok nie był taki głupi, jak można by sądzić na podstawie jego zachowania. Po prostu za gwarancję sukcesu życiowego przyjął regułę, że od durnia mniej się wymaga. Nikt nigdy nie spodziewał się po nim ani sensownych myśli, ani wiedzy. Dlatego też, kiedy demonstrował jakiekolwiek wiadomości lub wygłaszał, choćby marniutkie, ale jednak myśli, wydawało się to tak miłą niespodzianką, że współpracownicy myśleli: „Nie docenialiśmy jednak Chiłoboka…”, i starali się życzliwością naprawić krzywdę. W ten sposób trafiały do „Zagadnień systemologii” jego prace, po których redaktorzy z góry niczego nie oczekiwali, a w których niespodziewanie znajdowali okruszyny sensu. W ten sam sposób Chiłobok oddawał prace zleceniodawcom, którzy nie oczekiwali po nim niczego dobrego. I tylko na habilitacji się pośliznął… Ale nic, i tak będzie górą!
Przyjemne myśli i barwne nadzieje ukołysały Chiłoboka. Zasnął mocno i bez marzeń sennych, tak jak spali chyba ludzie w epoce kamiennej.
Szczęśliwie uśmiechając się spał wróciwszy ze służby nocnej w mieście milicjant Hajewoj.
Popłakawszy z żalu do Kriwoszeina i do siebie usnęła Lena.
Ale nie wszyscy śpią… Zwycięsko walczy z sennością starszy sierżant milicji Gołoworiezow, pilnujący pracowni nowych systemów. Siedzi na ganeczku, pali, patrzy na gwiazdy nad drzewami. W trawie nie opodal coś zaszeleściło. Poświecił latarką — z łopianów patrzył na niego czerwonooki królik albinos. Starszy sierżant psyknął, królik skrył się w ciemności, Gołoworiezow nie wiedział, c o to z a królik.
Wiktor Krawiec kręcił się na twardej pryczy w jednoosobowej celi aresztu śledczego; pod wełnianym kocem cuchnącym środkami dezynfekcyjnymi. Był w tym stanie pobudzenia nerwowego, który nie pozwala zasnąć.
„I co teraz będzie? Jak będzie? Wykręci się doktorant Kriwoszein czy pracownia i praca przepadną? I co jeszcze mogę zrobić ja sam?
Wypierać się? Przyznać się? Do czego? Obywatelu kapitanie, zawiniłem dobrymi chęciami; dobrymi chęciami, które na nic się nie przydały… Oczywiście, to musi być ciężkie przewinienie, skoro tak wyszło. Ciągle pędziliśmy: prędzej, prędzej! — opanować w pełni odkrycie, dojść do „całkowicie niezawodnej” metody. Ja też, chociaż nie zdawałem sobie z tego sprawy — spodziewałem się, że ją znajdziemy… Ewolucją dostarczała człowiekowi każdą nową informację stopniowo, metodą ostrożnych prób i niewielkich odchyleń, sprawdzała jej przydatność w niezliczonej ilości doświadczeń. A my chcieliśmy wszystko w jednym eksperymencie!
Trzeba było od samego początku wyrzucić z myśli rozważania o możliwych skutkach społecznych, pracować otwarcie i spokojnie, jak wszyscy. Koniec końców ludzie nie są dziećmi, sami powinni wiedzieć. Do wszystkiego doszliśmy: że człowiek to niezwykle złożony białkowy system kwantowo-molekularny, że jest naturalnym produktem ewolucji i stanowi informację zapisaną w roztworze.
Jedno tylko przeoczyliśmy: że człowiek jest człowiekiem. Wolną istotą. Panem swego życia i czynów. I że wolność ta zrodziła się dawno przed wszystkimi buntami i rewolucjami, tego odległego dnia, kiedy człekokształtna małpa zamyśliła się: można wleźć na drzewo i zerwać owoc, ale można też spróbować strącić go kijem trzymanym w łapie. Jak lepiej? Myśl miała uzasadnienie: małpa widziała, jak w czasie burzy ułamana gałąź strącała owoce… Wolność to swoboda wyboru wariantów własnego zachowania, jej źródłem jest wiedza. Od tego czasu każde odkrycie, każdy wynalazek dawał ludziom nowe możliwości, czynił ich coraz bardziej wolnymi.
Co prawda, były odkrycia (nieliczne), które mówiły ludziom: nie można! Nie można zbudować perpetuum mobile pierwszego ani drugiego rodzaju, nie można przekroczyć prędkości światła, nie można jednocześnie dokładnie określić prędkości i położenia elektronu… Ale nasze odkrycie niczego nie zakazuje i niczego nie likwiduje, nasze odkrycie mówi: można!
Wolność… To nie takie proste: uświadomić sobie własną wolność w świecie współczesnym, mądrze i trzeźwo wybierać warianty swego zachowania. Nad człowiekiem ciążą miliony lat, kiedy prawa biologiczne jednoznacznie określały zachowanie jego zwierzęcych przodków i wszystko było proste. Teraz też chciałby zwalić winę za własne błędy i głupotę na okoliczności, pech, chciałby pokładać nadzieje w Bogu, w silnej indywidualności, w szczęściu, byle samemu nie czuć się winnym. A kiedy nadzieje runą, chodzi i szuka kozła ofiarnego — on sam, który je budował, niczemu nie jest winien! Tak, ludzie idący po linii najmniejszego oporu nie znają wolności…” Otwór w drzwiach celi odsłonięto i do wnętrza wpadł promyk światła; zasłoniła go twarz wartownika. Sprawdza pewnie, czy niespokojny aresztant nie planuje nowej ucieczki. Wiktor Krawiec roześmiał się bezgłośnie: rzeczywiście, areszt to najlepsze miejsce do rozważań o wolności! Z zadowoleniem uświadomił sobie, że pomimo wszystko poczucie humoru jeszcze go nie opuściło.