Выбрать главу

Dubel Adam-Herkules siedział na ławce koło przystanku trolejbusowego na opustoszałej ulicy i wspominał. Wczoraj, kiedy szedł z dworca, rozmyślał o oddziaływaniu trzech potoków informacji (nauki, życia i sztuki) na człowieka i przyszła mu do głowy nie sprecyzowana, ale bardzo ważna koncepcja. Przerwało mu tych trzech ze swoim bzdurnym sprawdzaniem dokumentów, żeby ich… Pozostało wrażenie, że był już o krok od niezwykle ważnego sformułowania.

Szkoda.

„Spróbujmy jeszcze raz. Zastanawiałem się: jaką informacją i w jaki sposób można uszlachetnić człowieka? Kriwoszein miał pomysł zsyntetyzowania „rycerza bez lęku i skazy” — pomysł przejąłem od niego, nie wolno mi go porzucić… Odrzuciłem informację pochodzącą ze środowiska, a także z nauki, ponieważ ich oddziaływanie na człowieka równie dobrze może być pozytywne, jak i negatywne… Pozostało „lirą uczuć szlachetnych budzenie” — sztuka.

Istotnie, sztuka je budzi. Tylko lira jest bardzo niedoskonałym narzędziem: póki brzdąka, człowiek szlachetnieje, ale niech tylko przestanie — wszystko mija. Coś pozostaje oczywiście, ale mało, powierzchowna pamięć o obejrzanym przedstawieniu czy też przeczytanej książce… No, dobrze, a gdyby wprowadzić do maszyny-matki tę informację przy syntezie jakiegoś człowieka: powiedzmy, zapisać w niej zawartość wielu książek, pokazać doskonałe filmy? Będzie to samo: treść zapisze się powierzchownie w pamięci i tyle. Przecież książka jest o kimś innym!

Aha, o tym też myślałem: między źródłem informacji artystycznej i jej odbiornikiem — konkretnym człowiekiem — istnieje jakaś przezroczysta ściana. Co to za ściana? Niech to diabli! Czy doświadczenie życiowe zawsze musi być głównym czynnikiem w kształtowaniu osobowości człowieka? Czy koniecznie trzeba samemu cierpieć, aby pojąć cierpienia innych? Popełniać błędy, aby nauczyć się właściwie postępować? Jak dziecko, które musi się oparzyć, aby nie wsadzało palców w ogień… Ale przecież doświadczenie życiowe jest bardzo trudną nauką, nie każdy da sobie z nią radę. Życie może uszlachetnić, ale może też zepsuć, spodlić; może uczynić człowieka mądrym, ale może go i ogłupić…”

Adam zapalił, zaczął chodzić dookoła ławki.

„Informacja artystyczna nie jest opracowywana przez człowieka do końca, aż do takiego stopnia, aby rozwiązywać na jej podstawie własne zadania życiowe. Zaraz! Informacja nie jest opracowywana do końca… To już było. Kiedy? No, przecież na samym początku eksperymentu. Pierwotny układ: czujniki — blok krystaliczny — maszyna, nie przyswajał informacji ode mnie… od Kriwoszeina — wszystko jedno! I wtedy zastosowałem sprzężenie zwrotne!” Teraz Adam już nie chodził, ale biegał po zaplutym chodniku od kosza na odpadki do latarni i z powrotem.

„Sprzężenie zwrotne, niech to diabli! Sprzężenie zwrotne, które tysiąckrotnie zwiększa efektywność systemów informacyjnych…

Stąd „ściana”, stąd mała efektywność sztuki — brak sprzężenia zwrotnego między źródłem i odbiornikiem informacji. Pewnie, coś tam jest: listy, spotkania z czytelnikami, krytyka, ale to za mało.

Powinno być bezpośrednie techniczne sprzężenie zwrotne, które modyfikowałoby dostarczoną człowiekowi informację artystyczną odpowiednio do jego osobowości, charakteru, zdolności, pamięci, nawet wyglądu zewnętrznego i danych personalnych. W ten sposób można byłoby symulować w procesie syntezy krytyczne sytuacje (niech się sam myli, niech uczy na błędach, szuka prawidłowych decyzji!), otworzyć przed nim jego własny — a nie wymyślonego bohatera — świat wewnętrzny, zdolności, zalety i wady, pomóc, aby s a m zrozumiał i odnalazł siebie… I wtedy ta wielka informacja stanie się jego doświadczeniem życiowym na równi z informacją życia codziennego, uogólnioną prawdą, na równi z prawdami naukowymi. To będzie już jakaś inna sztuka: nie „pisarska, nie aktorska, nie muzyczna — wszystko połączone, wyrażone potencjałami bioelektrycznymi i reakcjami chemicznymi. Sztuka Syntezy Człowieka!”

Nagle przystanął. „Dobrze, ale jak to zrealizować w maszynie-matce? Jak zrealizować w niej takie sprzężenie zwrotne? Niełatwo… No, tak: doświadczenia, doświadczenia i jeszcze raz doświadczenia — zrobimy! Potrafiliśmy w końcu zbudować sprzężenie zwrotne między blokami układu. Najważniejsze, że jest koncepcja!…”

Wano Androsjaszwili również nie mógł usnąć w swym podmoskiewskim domku. Stał na werandzie i słuchał szelestu nocnego deszczyku… Dziś na posiedzeniu katedry oceniano postępy doktorantów. Najgorzej wypadł Kriwoszein: w ciągu roku nie zdał ani jednego egzaminu, na wykłady i zajęcia laboratoryjne uczęszczał ostatnio bardzo rzadko, a w dodatku nie przedstawił jeszcze tematu pracy doktorskiej. Profesor Władimir Walerno sądził, że Kriwoszein tylko niepotrzebnie zajmuje miejsce na studiach doktoranckich, biorąc niezasłużenie stypendium, i że nieźle byłoby zwolnić to miejsce dla bardziej perspektywicznego doktoranta. Androsjaszwili chciał przemilczeć, ale nie wytrzymał i nagadał mu mnóstwo ostrych, gwałtownych słów o bezduszności w ocenie młodych pracowników naukowych, o lekceważeniu… Walerno był oszołomiony, a sam Androsjaszwili czuł się w tej chwili głupio; ściśle mówiąc, Walerno na takie zarzuty nie zasłużył.

Profesor Androsjaszwili niejeden wieczór przemyślał nad „cudownym” ozdrowieniem doktoranta po uderzeniu soplem, wspominał rozmowę o sterowaniu przemianą materii w ustroju i doszedł do wniosku, że Kriwoszein odkrył i opanował zdolność szybkiej regeneracji tkanek, występującą w przyrodzie tylko u niższych zwierząt.

Męczyło go, że nie był w stanie pojąć, w jaki sposób Kriwoszein do tego doszedł. Czekał, że doktorant mimo wszystko przyjdzie do niego i opowie: Androsjaszwili gotów był zapomnieć urazę, nawet zobowiązać się do milczenia, jeśli to będzie konieczne, byle się tylko dowiedzieć! Ale Kriwoszein milczał.

Teraz Androsjaszwili miał do siebie pretensję, że wczoraj, kiedy wezwano go do wideotelefonu milicyjnego, nie próbował nawet się dowiedzieć, dlaczego i za co zatrzymano doktoranta. „Narozrabiał?

Ale kiedy: rano jeszcze wpadł do Zakładu, żeby zawiadomić, że na kilka dni jedzie do Dnieprowska. Druga tajemnica Kriwoszeina…” — uśmiechnął się profesor. Ale niepokój nie mijał. Dobrze, jeśli to nieporozumienie, ale jeżeli coś poważnego… Mimo wszystko Kriwoszein jest jednak autorem i posiadaczem ważnego odkrycia. Ważnego dla Człowieka. To odkrycie nie może zaginąć.

Nieoczekiwanie pojawiła się myśclass="underline" „Trzeba lecieć do Dnieprowska”. Dumna krew górala i członka-korespondenta zawrzała: on, Wano Androsjaszwili, pędzi, aby wyciągnąć z kłopotów, doktoranta, który zaplątał się w jakieś ciemne i wątpliwe sprawki! Doktoranta, którego z litości przyjął do Zakładu i który obraził go ciężko brakiem zaufania!

„Eche, zaraz: pędzi! — profesor potrząsnął głową uspokajając samego siebie. — Po pierwsze, sam nie wierzysz, że Kriwoszein popełnił jakieś przestępstwo; to do niego niepodobne. Musiało się tam zdarzyć albo nieszczęście, albo nieporozumienie. Trzeba pomóc. Po drugie, marzyłeś o sytuacji, która pozwoliłaby ci zdobyć jego zaufanie, zbliżyć się do niego. To właśnie jest taka sytuacja. Może on ma poważne podstawy, żeby się kryć. Ale niech nie myśli, że Androsjaszwili jest człowiekiem, na którego nie można liczyć, który z niskich pobudek umywa ręce. Nie! Oczywiście i w Dnieprowsku nie będę go wypytywał. Jeśli będzie chciał, sam opowie. Ale odkrycia należy strzec. Ono jest ważniejsze od mojej miłości własnej.” Androsjaszwili poczuł się lekko i spokojnie. Pokonał siebie samego i podjął mądrą decyzję…