Doktorant Kriwoszein też nie spał. W dalszym ciągu czytał dziennik.
Rozdział drugi
Zgodnie z nauką Buddy, aby uwolnić się od cierpień, należy wyrzec się dóbr doczesnych.
Niech mi ktoś powie, jakich dóbr mam się wyrzec, żeby przestał mnie boleć ząb. I to szybko!
„5 stycznia. No i znalazłem się w sytuacji człowieka-brulionu, wzorca dla coraz doskonalszych kopii. I chociaż sam jestem ich twórcą, niezbyt to przyjemne.
— Przystojny jest ten twój krewny — powiedziała mi Lena, kiedy poznałem ich ze sobą podczas wieczoru sylwestrowego. — I sympatyczny.
Po powrocie do domu wpatrywałem się w swoje odbicie w lustrze: ponury obraz… I w rozmowie jest błyskotliwy, gdzie mi do niego.
Nie, nie. Wiktor Krawiec zachowuje się w stosunku do Lenki po dżentelmeńsku. Albo działają stare wspomnienia (kłótnia z dublem nr 1), albo zdaje sobie sprawę ze swego powodzenia u kobiet, w każdym razie na zewnątrz zachowuje się obojętnie. Ale gdyby tylko chciał, tyle bym ją widział…
…Kiedy idziemy razem przez osiedle lub park, dziewczęta, które dawniej ledwie mnie zauważały, teraz głośno i wesoło wołają:
— …Dzień dobry, panie inżynierze! — a jednocześnie przenikliwie wpatrują się w idącego obok nieznajomego.
A jak on jeździ na nartach! Wczoraj we troje wyjechaliśmy za miasto, no i razem z Leną pozostawili mnie daleko z tyłu. A jak tańczył na balu sylwestrowym!
Nawet sekretarka Ninoczka, która dawniej nawet drogi nie znała do pawilonu, teraz co chwila przynosi mi jakieś papierki z sekretariatu.
— Dzień dobry, panie inżynierze. Dzień dobry, Witia… Ach, jakie tu, u was ciekawe rzeczy… Tyle rurek…
Słowem, codziennie obserwuję siebie nie tylko takiego, jaki jestem, lecz także takiego, jakim mógłbym być, gdyby nie… Gdyby nie co? Gdyby nie głód podczas wojny i później, gdyby nie rodzinne podobieństwo do niezbyt pięknego, niestety, rodzica, („Wykapany tata, patrzcie, jaki pyzaty” — rozczulali się, bywało, krewni), gdyby nie wyboje na drodze życiowej, gdyby nie szkodliwy tryb życia — pracownia, biblioteka, mieszkanie, rozmowy, rozmyślania, opary odczynników i całkowity brak wysiłku fizycznego. A przecież naprawdę nie chciałem stać się nieładnym, otyłym, przygarbionym przeciętniakiem. Samo tak wyszło.
W zasadzie powinienem być z siebie dumny — przeskoczyłem przyrodę! Coś mi jednak przeszkadza…
Nie, nie, mimo wszystko cała ta historia to poroniony pomysł.
Przypuśćmy, że doprowadzimy metodę sterowanej syntezy do doskonałości. Będą powstawać wspaniali ludzie. Silny, zdrowi, piękni, uzdolnieni, energiczni, wykształceni. No, wprost tacy królowie życia, jak ci z plakatu: „Na książeczkę odłożyłem, piękny garnitur nabyłem”. A ci, na podstawie których ich stworzono, to jakby bruliony naszkicowane przez życie? Za co mają być poniżani? Piękna nagroda za życie: ubolewanie nad własną niedoskonałością, myśl, że się nigdy nie zostanie doskonałym dlatego, że zamiast sprawnej maszyny wydała cię na świat zwykła mama! Mimo wszystko nasz sposób syntezy jest skierowany przeciwko ludziom. I nie tylko przeciwko złym, ale wszystkim, gdyż każdy z nas jest w jakiś sposób niedoskonały. Wygląda na to, że także i dobrzy, ale zwykli (nie sztuczni) ludzie będą musieli ustąpić miejsca w życiu?
O! Właśnie taki jesteś, Kriwoszein — gruboskórny nosorożec…
Dopóki tobie samemu coś do żywego nie dopiecze, nic do ciebie nie dociera. „Zakuta pała” — jak zwykł mawiać ojciec. No dobra, nieważne, jak, ale ważne, że dotarło.
Jest się nad czym zastanowić… Ostatecznie wszystkie ludzkie wady mają podobne pochodzenie — wszystkie są „przegięciami”.
Weźmy choćby tak dobrą i cenną we współżyciu cechę charakteru — prostoduszność. Zaprogramowana jest w nas od dzieciństwa. Ale niech tylko przyroda zawiedzie, wychowanie nawali, sytuacja życiowa ułoży się nie tak — i zamiast prostoduszności pojawia się senna głupota. W taki sam sposób zamiast rozumnej ostrożności powstaje tchórzliwość, zamiast niezbędnej w życiu wiary w siebie — fałszywa zarozumiałość, zamiast prostoty i zdrowego sceptycyzmu — cynizm, zamiast trzeźwej pewności siebie — bezczelność, nieuleczalne chamstwo, zamiast mądrości — spryt.
Wiele wyrażeń potwierdza naszą” bezsilność wobec ludzkiej niedoskonałości: żartobliwe („słoń nadepnął na ucho”, „upuściła niańka”), naukowe („degradacja osobowości”, „kompleks niższości”), pobłażliwe („nie dane mu to”, „brak mu tego daru”)… Dawniej mówiono „dar boży”, w naszym materialistycznym wieku „zdolności wrodzone”, a w istocie jeden diabeł — od człowieka i tak to nie zależy. Albo się to ma, albo nie.
A właściwie można odgadnąć, czemu tyle jest „nie dane”. Człowiekowi pierwotnemu i ludziom w dotychczasowych formacjach społecznych doskonałość nie była niezbędna. Wystarczyło żyć, pracować, rozmnażać się, przejawiać spryt życiowy — i wszystko w porządku! Dopiero teraz, gdy wśród naszych pojęć znalazła się nie utopijna, lecz realna idea komunizmu, powstają prawdziwe wymagania w stosunku do człowieka. Przymierzamy ludzi do tej przepięknej idei i aż boli, gdy widzi się to, na co wcześniej nie zwracało się uwagi…”
„8 stycznia. Przedstawiłem w zarysie plon swoich przemyśleń Krawcowi.
— Chcesz zastosować metodę syntezy w stosunku do zwykłych ludzi? — podsumował natychmiast bystry dubel numer 3.
— Owszem. Ale jak? — popatrzyłem na niego z nadzieją. A może on i to wie?
Zrozumiał moje spojrzenie i roześmiał się.
— Nie zapominaj, że ja jestem tobą. W każdym razie, pod względem zasobu wiadomości.
— Ale może ty lepiej wiesz, co to za ciecz? — wskazałem na zbiornik. — Przecież wyszedłeś z niej jak… jak Afrodyta z piany morskiej. Skład i tak dalej?
— W dwu słowach?
— Możesz nawet w trzech.
— Proszę bardzo. Ta ciecz — to człowiek. Jej skład — to skład ciała ludzkiego. Ponadto ta ciecz — to samoucząca się kwantowo-molekularna biochemiczna maszyna matematyczna o ogromnej pojemności pamięci i w każdej cząsteczce tej cieczy zawarta jest jakaś swoista informacja… To znaczy, jakkolwiek by na to spojrzeć, ciecz maszyny-matki — to po prostu człowiek w fazie ciekłej. I z tego możesz sobie wyciągnąć wnioski naukowe, praktyczne i organizacyjne.
Można było wyczuć, że nowy problem nie frapuje go tak mocno, jak mnie. Próbowałem rozgrzać jego wyobraźnię.
— Witek, a co będzie, jeżeli ten sposób to właśnie „to”? Przecież on jest przeznaczony dla zwykłych ludzi, a nie…
— A idźże ty do… (Oj, oj! Sztuczny człowiek, a tak się wyraża…) Zdecydowanie nie zgadzam się rozpatrywać naszej pracy z pozycji „to — nie to”, a także nie mam nic wspólnego z przysięgą, której nie składałem! W naszych czasach należy mieć spokojniejszy stosunek do przysiąg! (Hm, jeżeli to ma się nazywać spokojny stosunek…) Chcesz zastosować odkrycie do przekształcania ludzi?