Выбрать главу

Ale doktorant zrozumiał go dobrze.

— „…Powinniśmy w naszej pracy wychodzić z założenia, że człowiek dąży ku lepszemu — zacytował z uśmiechem zapis z dziennika Kriwoszeina — że nikt albo prawie nikt nie chce świadomie dokonywać czynów podłych i głupich, a jeśli ich dokonuje, to przez nieświadomość. W życiu wszystko jest skomplikowane, nieraz trudno określić, czy postępuje się źle, czy dobrze: wiem to z własnego doświadczenia. I jeśliby dać człowiekowi jasną i odpowiednią do jego psychiki i czynów informację — co jest dobre, a co złe — a także pełne zrozumienie tego, że każdy podły czy głupi postępek zgodnie z prawami rachunku prawdopodobieństwa obróci się przeciw niemu, to wtedy można się nie bać ani jego, ani o niego. Taką informację można wprowadzić do maszyny-matki…”

— Jak to, i to też było? — zdziwił się Adam.

— Nie. Było tylko niejasne przeczucie, że to jest konieczne. Że bez takiej informacji cała reszta nie ma sensu… Tak więc twoja koncepcja jest bardzo na czasie. Jak to się mówi w środowisku naukowym — wypełnia lukę… Słuchaj! — rozzłościł się nagle Kriwoszein. — I ty z tą koncepcją chodziłeś za mną jak detektyw, łaziłeś pod oknami! Nie mogłeś mnie zawołać albo wejść do mieszkania?

— Widzisz… — zająknął się Adam. — Przecież ja myślałem, że ty jesteś nim. Przechodzisz obok, nie zauważasz, nie poznajesz. Pomyślałem, że nie chcesz mnie widzieć. Wtedy między nami wytworzyła się taka sytuacja… — Opuścił głowę.

— Tak… W pracowni nie byłeś?

— W pracowni? Przecież nie mam przepustki. A dokumenty mam Kriwoszeina, poznaliby.

— A przez płot?

— Przez płot… — Adam niepewnie wzruszył ramionami: nie przyszło mu to do głowy.

— Człowiek wypracowuje pomysły i koncepcje niebywałej śmiałości, a w życiu… o, Boże! — Kriwoszein z dezaprobatą pokręcił głową. — Trzeba wyplenić w sobie ten obrzydliwy lęk przed życiem i ludźmi, inaczej zginiemy. I praca przepadnie… No, dobrze — podał mu klucze. — Idź, rozgość się, odpoczywaj. Całą noc łazi tam i z powrotem, do czego to podobne!

— A gdzie… on?

— Sam chciałbym wiedzieć, gdzie on jest i co się z nim dzieje. — Doktorant spoważniał. — Spróbuję wszystko wyjaśnić. Zobaczymy się później. No, na razie — uśmiechnął się. — Dobrze, że przyjechałeś.

„Nie, jednak człowieka nie tak łatwo zepchnąć z wytkniętej drogi! — myślał Kriwoszein kierując się w stronę Instytutu. — Wielka sprawa, wielka idea może podporządkować sobie wszystko, usunąć w cień pamięć o krzywdach, własne aspiracje, niedoskonałość…

Człowiek dąży ku lepszemu, to prawda!”

Obok pędziły przepełnione poranne trolejbusy i autobusy. W jednym z nich doktorant zauważył Lenę: siedziała przy oknie i w zamyśleniu patrzyła przed siebie. Zatrzymał się na chwilę i odprowadził ją wzrokiem. „Ach, Lenka, Lenka! Jak mogłaś?” Lektura dziennika wywarła na nim tak silne wrażenie, jakiego nie doświadczyłby nikt inny; czuł się tak, jak gdyby sam przeżył ten rok w Dnieprowsku.

Teraz był po prostu Kriwoszeinem i serce go zabolało na myśl o krzywdzie, którą wyrządziła mu (właśnie jemu!) ta kobieta.

Wiem, do czego prowadzą nasze badania. Nie ma się co oszukiwać — będę musiał wejść do zbiornika. Przeprowadzamy teraz z Krawcem drobne, pouczające doświadczenia ze swoimi kończynami.

Niedawno zregenerowałem sobie za pomocą układu zerwane przed laty więzadło w kolanie i już nie utykam. Wszystko to są oczywiście cuda medycyny, ale my chcemy znacznie więcej: przekształcać całego człowieka! Tutaj nie ma co się rozdrabniać, bo w ten sposób jeszcze ze dwadzieścia lat przedrepczemy w kółko. A wejść do zbiornika muszę ja, zwykły, naturalny człowiek. Krawiec nie ma tam już co robić.

Właściwie wypróbować trzeba nie maszynę-matkę, ale samego siebie. Cała nasza wiedza i wszystkie sposoby złamanego grosza nie są warte, jeżeli człowiekowi zabraknie siły woli i zdecydowania na poddanie się informacyjnym przekształceniom w płynie zbiornika.

Oczywiście nie wyjdę z tej kąpieli przekształcony. Przede wszystkim brak nam niezbędnej informacji, aby w zasadniczy sposób przekształcać organizm i intelekt człowieka. Poza tym na początek nie jest to nawet potrzebne. Wystarczy zbadać skutki całkowitego włączenia się do maszyny, udowodnić, że jest to możliwe i bezpieczne, no i coś tam przy okazji w sobie zmienić. Wykonać, że tak powiem, pierwsze okrążenie na orbicie.

Ale czy to jest możliwe? Czy bezpieczne? Czy wrócę z tej kąpieli, z orbity, z próby? Skomplikowana jest ta nasza maszyna-matka, tak wiele o niej dowiedzieliśmy się, a wciąż nie znamy jej do końca… I jakoś przytłacza mnie świetlana przyszłość naszego odkrycia.

Chyba już najwyższy czas, żebym się ożenił. Do diabła z tym tchórzliwym związkiem z Leną! Potrzebna mi jest. Chcę, żeby była ze mną, żeby się troszczyła o mnie, żeby się niepokoiła, a nawet wymyślała, gdy późno wrócę, tylko żeby przedtem dała kolację. I — jako że z syntezą dubli wszystko jest już jasne — żeby nowi Kriwoszeinowie przychodzili na świat nie z maszyny, ale dzięki dobrym, wysoce moralnym stosunkom między rodzicami. I niech komplikują nam życie — ja jestem za! Żenię się! Że też nie przyszło mi to wcześniej do głowy.

Co prawda, żenić się teraz, kiedy przygotowujemy ten eksperyment… Cóż, w najgorszym razie pozostanie po mnie najtrwalsza pamiątka — syn albo córka. Niegdyś ludzie szli na front, pozostawiając w domu żony i dzieci. Dlaczego nie miałbym i ja tak postąpić?

Bardzo możliwe, że to niezbyt uczciwe — żenić się, gdy istnieje takie ryzyko. Ale niech mnie sądzą ci, którzy zdecydowali się lub muszą zdecydować na taką rzecz. Ich wyrok przyjmę.” „12 maja.

— Wyjdź za mnie, Lenka. Będziemy razem. I będziemy mieli dzieci — piękne jak ty i mądre jak ja. Dobrze?

— Ty rzeczywiście uważasz się za mądrego?

— A co?

— To, że gdybyś był mądry, nie proponowałbyś mi tego.

— Nie rozumiem…

— No widzisz. A liczysz na mądre dzieci.

— Nie, powiedz, o co chodzi? Dlaczego nie chcesz za mnie wyjść?

Wsunęła we włosy ostatnią szpilkę i odwróciła się od lustra w moją stronę.

— Uwielbiam, kiedy tak wydymasz wargi. Ach, ty mój Walka!

Mój rudzielcze! Więc wykluły się w tobie poważne zamiary? O, mój słodki!

— Poczekaj! — uwolniłem się z jej ramion. — Czy zgadzasz się wyjść za mnie?

— Nie, najmilszy.

— Dlaczego?

— Dlatego, że na życiu rodzinnym znam się trochę lepiej niż ty.

Dlatego, że wiem, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Powiedz sam, czy chociaż raz rozmawialiśmy o czymś poważnym? Ot tak, spotykaliśmy się, spędzali czas… Powiedz sam, czy nie zdarzało się, że przychodziłam do ciebie, a ty byłeś zajęty swoimi myślami, pracą i nie tylko nie cieszyłeś się, ale nawet byłeś niezadowolony, że przyszłam? Oczywiście, udajesz, bardzo się starasz, ale ja przecież to czuję… A co będzie, jeśli będziemy cały czas razem?

— To znaczy… to znaczy, że mnie nie kochasz?

— Nie, Waleczka — patrzyła na mnie jasnymi smutnymi oczyma — i nie pokocham. Nie chcę cię pokochać. Przedtem chciałam…

Przecież, szczerze mówiąc, zbliżyłam się do ciebie z premedytacją.

Myślałam: spokojny, brzydki — będzie kochał i szanował… Nie wyobrażasz sobie, Wala, jak trzeba mi było ciepła! Ale nie ogrzałam się przy tobie. Przecież ty mnie też nie bardzo kochasz… Nie jesteś mój, dobrze to widzę. Twoja prawdziwa miłość to Nauka! — Roześmiała się z goryczą. — Powymyślaliście sobie zabawki: nauka, technika, polityka, wojna, a kobieta — ot tak, między innymi. A ja nie chcę być między innymi. Wiadomo, my, głupie baby, wszystko bierzemy poważnie, w miłości miary nie znamy i nic na to nie poradzimy… — Głos jej zadrżał, odwróciła się. — I tak wcześniej czy później powiedziałabym ci to… I znowu się nacięłaś, Lena!