Выбрать главу

— Nie wiedziałem, że była.

— Wszystko jedno! Nawet później mógł pan swoje zdanie przekazać mojemu zastępcy. On wziąłby je pod uwagę! (Akurat, Woltampernow!)

— Nie wziąłby go pod uwagę.

— Widzę, że się nie dogadamy. Jakie pan ma plany na przyszłość?

— Z Instytutu odchodzić nie mam zamiaru.

— Ja też panu tego nie proponuję. Wydaje mi się jednak, że nie dorósł pan jeszcze do kierowania pracownią. Pracownik naukowy pracujący w zespole winien brać pod uwagę interesy tego zespołu, a w żadnym razie nie może szkodzić mu swoim postępowaniem, przypuszczam, że w następnym konkursie będzie pan miał trudności z uzyskaniem stanowiska kierownika pracowni… To wszystko. Nie zatrzymuję pana.

No więc tak. Teraz po całym Instytucie rozlega się obrażone indycze gulgotanie, „inżynier na doktora. Na docenta!” Dzięki zabiegom Chiłoboka sprawa przedstawiona była tak, że to niby ja załatwiałem z nim swoje porachunki. Zaczęto wyciągać moje stare grzechy: naganę, awarię w pracowni Iwanowa (kierownik gospodarczy Matiuszyn nosi się z myślą ściągnięcia ze mnie pieniędzy za powstałe szkody). Zażądano ode mnie sprawozdania z pracy, mimo że temat 154 kończy się dopiero za pół roku. Chodzą słuchy, że należałoby powołać komisję w celu skontrolowania pracy laboratorium.

Nieżyczliwi pomstują, życzliwi szepczą współczująco, rozglądając się, czy ktoś nie słyszy: „Zdrowo tego Chiłoboka załatwiłeś…

Dobrze mu tak, bałwanowi… No, teraz ciebie załatwią…”, i doradzają, dokąd przejść. „A czemu sami nie zabraliście głosu?” „Hm, widzisz… — rozkłada ręce skądinąd miły chłopak, Fenia Zagrebniak.

A co ja mogę? Przecież to nie moja specjalność…”

Mimo wszystko życie wąskiego specjalisty jest paskudne. Dostatnie, bezpieczne, ale paskudne. Wszystkie jego zainteresowania życiowe skupione są na jakichś elementach pamięciowych, a i to nie na dowolnych, tylko kriotronowych. Kriotrony też nie są dowolne, ale wyłącznie cienkowarstwowe a i warstwa nie może być dowolna, ale wyłącznie cynowo-ołowiowa… Robotnik, chłop, technik, inżynier-praktyk, nauczyciel, a nawet urzędnik, mogą znaleźć zastosowanie dla swoich sił i umiejętności w licznych zawodach, przedsiębiorstwach i pracach, a tymi przeklętymi warstwami zajmują się tylko w paru instytutach w całym kraju. I gdzie w razie czego podziałby się biedny Fenia? Siedź cicho i nie podskakuj… W istocie swej wąska specjalizacja to dobrowolne zaprzedanie się w niewolę.

Dlatego też wśród nas, wąskich specjalistów, prawie nigdy nie zdarza się. żeby „wszyscy za jednego” (z wyjątkiem sytuacji, gdy tym „jednym” jest Azarow). Natomiast „wszyscy na jednego” to zupełnie inna sprawa. Znacznie łatwiej. Dlatego też rozpalają się namiętności przy każdym naruszeniu subordynacji naukowej. „W ten sposób przecież każdą pracę można rozłożyć!…” — wykrzykiwał Woltampernow.

Dobrze, wytrzymamy. Nie damy się. Najważniejsze, że się to zrobiło. Przecież wiedziałem, na co się decyduję. Ale mimo wszystko to mierzi. Aż strach, jak mierzi…”

Onisimow zgasił papierosa i wpatrzył się w maszynę. W układzie węży zaszła jakaś nieuchwytna zmiana, jak gdyby napięły się, po niektórych przebiegł dreszcz skurczów. Potem — Onisimow aż drgnął z wrażenia — z lewego ciemnoszarego węża spadła pierwsza kropla i dźwięczcie uderzyła o dno zbiornika.

Onisimow przystawił do zbiornika drabinkę i wszedł na nią. Podstawił dłoń. W ciągu minuty zebrało się na. niej jeziorko gęstej złocistej cieczy. Poniżej, jak pod szkłem powiększającym, widać było linie skóry. Skupił się: skóra znikła, obnażyły się czerwone włókna mięśni, białe kości paliczków, pasma ścięgien… „Ach, gdyby oni to wiedzieli i umieli — westchnął — całe doświadczenie poszłoby inaczej. Nie wiedzieli… I to było przyczyną.” Zlał ciecz do zbiornika, zszedł na podłogę i umył rękę pod kranem. Dźwięk kropel spadających do zbiornika był szybki i wiosennie wesoły.

— Dobra robota! Twarda jesteś, maszyno — z szacunkiem powiedział Onisimow-Kriwoszein. — Twarda jak życie.

Wyraźnie nie chciało mu się wychodzić z pracowni. Spojrzawszy na zegarek włożył jednak z pośpiechem marynarkę.

— Dzień dobry, kapitanie! — przywitał go radośnie Chiłobok. — Już w pracy? Ja tu na pana czekam, chciałem zawiadomić — zbliżył wąsy do ucha Onisimowa. — Wczoraj do mieszkania Kriwoszeina przychodziła ta jego była przyjaciółka, Helena Kołomyjec. Wzięła coś i wyszła. I jeszcze ktoś tam był, całą noc światło się świeciło.

— Jasne. Dobrze, że zawiadomiliście. Jak to się mówi, sprawiedliwość o was nie zapomni.

— No cóż, ja zawsze… obowiązek!

— Obowiązek obowiązkiem — głos Onisimowa stał się twardy — a czy nie kierują wami przypadkiem, obywatelu Chiłobok, jakieś inne motywy?

— Jakie mianowicie?

— Na przykład takie, że Kriwoszein zerwał waszą habilitację?

Twarz Chiłoboka na moment obwisła, ale natychmiast pojawił się na niej wyraz głębokiego oburzenia.

— Co za ludzie, no! Już ktoś zdążył donieść… No i cóż to za towarzystwo u. nas, naprawdę, aż wstyd pomyśleć! Jak pan może wątpić, kapitanie, przecież ja z czystego serca! I nie tak znowu bardzo wpłynął Kriwoszein na tę obronę, jak wam opowiadano, tam poważniejsi od niego specjaliści byli i wielu akceptowało, a on oczywiście zazdrościł. No i oczywiście zalecili dopracować, nic takiego, wkrótce znowu przedstawię… A jeśli mi nie dowierzacie, to wasza sprawa, mój obowiązek powiadomić, a poza tym… Moje uszanowanie!

— Do widzenia.

Chiłobok oddalił się kipiąc z wściekłości: nawet z tamtego świata Kriwoszein mu szkodzi!

— Ostro go załatwiliście, towarzyszu kapitanie! — powiedział z aprobatą sierżant.

Onisimow nie słyszał. Patrzył w ślad za Chiłobokiem.

„…Wszystko zmierza ku jednemu. Chcąc nie chcąc człowiek myśli sobie: Czy warto?

Powiedz sobie szczerze, Kriwoszein: przecież to doświadczenie może cię wyprawić na tamten świat. Bardzo łatwo, zgodnie z własną statystyką udanych i nieudanych eksperymentów. Nauka nauką, metodyka metodyką, a przecież za pierwszym razem nigdy nie udaje się tak jak trzeba, to bardzo stare prawo. A błąd w tym doświadczeniu — to trochę więcej niż popsuty model.

I do zbiornika wejdę po prostu jako wąski specjalista w tym zakresie. Taką mam specjalność — jak Fenia Zagrebniak swoje warstwowe kriotrony. Ale mogę też nie wchodzić, nikt mnie nie zmusza… Śmieszne — tylko z powodu niezbyt udanej specjalności zanurzać się w tym podejrzanym roztworze, który po prostu rozpuszcza żywe organizmy!

Dla ludzi? A niech ich! Cóż to, czy ja potrzebuję więcej niż inni?

Będę żył spokojnie, dla siebie. I będzie dobrze.

…I wszystko stanie się jasne tą cyniczną, zimną jasnością, którą widzi tylko ostatni szubrawiec. I trzeba będzie przez całe życie usprawiedliwiać się tym, że wszyscy są tacy sami, nie lepsi od ciebie, ale jeszcze gorsi, bo żyją myśląc wyłącznie o sobie. I trzeba będzie jak najszybciej wyzbyć się wszelkich nadziei i marzeń, aby nie przypominały ci, że zdradziłeś! Zdradziłeś i nie masz prawa oczekiwać od innych niczego dobrego.

I wtedy życie stanie się już zupełnie zimne…” Sierżant Gołoworiezow o coś pytał.

— Co?

— Pytam, czy szybko zmiana przyjdzie, towarzyszu kapitanie?

Od dwudziestej drugiej zero-zero dyżuruję.