— …na nagrobek. To jest myśl — dodał głos za jego plecami. — Och, ależ z pana gnida, panie Chiłobok!
Docent wyprostował się tak nagle, jakby mu strzelono solą poniżej krzyża. Azarow uniósł głowę. W drzwiach stał Kriwoszein.
— Dzień dobry, panie profesorze. Przepraszam, że nie przez sekretarkę. Mogę wejść?
— Dzie… dzień dobry panu! — Azarow wstał zza biurka. Zaczęło mu wściekle łomotać serce. — Dzień dobry… ufff, znaczy, że pan nie… cieszę się, że widzę pana całego i zdrowego! Proszę, niech pan wchodzi!
Kriwoszein uścisnął wyciągniętą odważnie rękę profesora (Azarow z ulgą stwierdził, że ręka była ciepła) i zwrócił, się do Chiłoboka, który bezdźwięcznie otworzył i zamknął usta.
— Panie docencie, czy nie zechciałby pan zostawić nas samych?
Będę niezmiernie zobowiązany.
— Tak, niech pan idzie — potwierdził Azarow.
Chiłobok zaczął posuwać się tyłem ku drzwiom, stuknął głową o ścianę, namacał drzwi ręką i wyskoczył z pokoju.
Otrząsnąwszy się z zaskoczenia, Azarow wykonał głęboki wdech i wydech, aby uspokoić serce, usiadł w swoim dyrektorskim fotelu i poczuł, że ogarnia go rozdrażnienie. „Okazuje się, że padłem ofiarą jakiejś mistyfikacji?!”
— Czy nie byłby pan tak uprzejmy, panie inżynierze, wyjaśnić, co to wszystko znaczy? Co to za historia z pańskimi, przepraszam, zwłokami, szkieletem i tą całą resztą?
— Nic sprzecznego z prawem, panie profesorze. Pozwoli pan? — Kriwoszein usiadł w skórzanym fotelu przed biurkiem. — Samoorganizująca się maszyna, której koncepcję referowałem na Radzie Naukowej przeszłego lata, rzeczywiście zaczęła się rozwijać… i rozwinęła się do stadium, w którym próbowała stworzyć człowieka. Mnie.
No i jak to zwykle bywa, pierwsze koty za płoty…
— Dobrze, ale czemu ja o niczym nie byłem powiadomiony?! — z oburzeniem rzucił Azarow przypomniawszy sobie wczorajszą poniżającą rozmowę z funkcjonariuszem milicji i inne przeżycia ostatnich dni. — Dlaczego?
Kriwoszeina ogarnęła wściekłość.
— Do diabła! — Ze złością pochylił się; do przodu, uderzył pięścią w miękką poręcz fotela. — A czemu pan nie pyta, jak myśmy to zrobili? Jak nam się to udało? Dlaczego przede wszystkim obchodzi pana tylko osobisty autorytet, subordynacja i stosunek innych do pańskiego dyrektorskiego „ja”?
Oświadczenie Kriwoszeina dotarło do Azarowa początkowo w sposób zwykły: uzyskano jakiś wynik. Iluż oświadczeń o najróżniejszych wynikach wysłuchiwał od kierowników zakładów i pracowni, siedzących właśnie tak, w skórzanym fotelu przed biurkiem! I dopiero ze znacznym opóźnieniem Azarow zaczął rozumieć, co to za wynik. Świat zatoczył się i na moment utracił realność. „Niemożliwe! Ale nie, o to właśnie chodzi, że możliwe… Wtedy wszystko układa się w logiczną całość.”
Profesor zmienił ton.
— Bezwzględnie… to… rewelacja. Proszę przyjąć moje gratulacje. I… przepraszam. Zagalopowałem się, przykro mi. Stokrotnie przepraszam! To istotnie wielkie, bardzo wielkie… odkrycie, chociaż koncepcja przekazywania i syntezy informacji zawartej w człowieku była wysuwana jeszcze przez Norberta Wienera (Kriwoszein uśmiechnął się). Oczywiście, to nie umniejsza… Pamiętam pana koncepcję, widziałem wczoraj w pracowni niektóre… wyniki pracy.
Ponieważ sam do pewnego stopnia jestem związany z systemologią (Kriwoszein znowu uśmiechnął się), to oczywiście jestem dostatecznie przygotowany, aby przyjąć pańską wypowiedź. Oczywiście, gratuluję panu z całego serca! Ale niech pan się zgodzi, że to szczęśliwe dla nauki wydarzenie mogło się obejść bez tak niepokojącej, a nawet w pewnej mierze noszącej charakter skandalu scenerii, jeśliby pan w ciągu ostatniego roku wtajemniczył mnie w postępy pracy:
— Do pana bardzo trudno się dostać, panie profesorze.
— Hm… pozwoli pan, że nie uznam tego argumentu za przekonujący! — Azarow zmarszczył brwi. — Rozumiem nawet, że czuje się pan poniżony procedurą przyjęć (chociaż wszyscy pracownicy Instytutu jej podlegają, a i sam muszę się do niej stosować w różnych instancjach). Mógł pan jednak zatelefonować, zostawić notatkę — nawet niekoniecznie formalne sprawozdanie — albo w ostateczności odwiedzić mnie w domu Profesor nie mógł pozbyć się uczucia urazy. „No i tak właśnie…
pracujesz, pracujesz!” — kręciło mu się po głowie. Z dawnych czasów, jeszcze od nieudanego doświadczenia z helem, które w innych rękach zakończyło się odkryciem zjawiska nadciekłości, Azarow w głębi duszy pieścił nadzieję, że zobaczy, znajdzie i zrozumie coś nowego w przyrodzie. Marzył o odkryciu słodko i bojaźliwie jak młodzieniec o utracie niewinności. Ale nie wiodło mu się. Innym się wiodło, a jemu nie. Była wartościowa, potrzebna, odznaczona wieloma nagrodami tytułami praca, ale nie było odkrycia — korony poznania.
I oto w powierzonym mu Instytucie dokonało się bez niego i przeszło mu koło nosa ogromne odkrycie, w porównaniu z którym cała jego działalność i działalność całego Instytutu wydawała się czymś drobnym i niezauważalnym! Obeszło się bez niego. Więcej: wyglądało na to, że go celowo unikano, „Jakże to? Cóż on — uważał mnie za nieuczciwego? Czy dałem powód, aby tak o mnie myślano?” Dawno już członek Akademii Nauk, profesor Azarow, nie doznawał tak silnych emocji jak w tej chwili.
— No, tak… Podzielam pana radość z odkrycia, panie inżynierze — ciągnął profesor — niemniej jednak jestem głęboko urażony i rozgoryczony z takim stosunkiem do mnie. Może zabrzmi to szokująco, ale ta sprawa ma dla mnie znaczenie już nie jako dla pracownika nauki i dyrektora Instytutu, pańskiego przełożonego, ale jako człowieka: dlaczego tak? Przecież nie mógł pan nie rozumieć, że poinformowanie mnie o tej pracy nie tylko nie zaszkodziłoby panu, ale nawet pomogło… zapewniłbym panu właściwe kierownictwo, konsultacje. Jeśli uważałbym, że należy zasilić pański temat pracownikami lub wyposażeniem, to nie nastręczyłoby to żadnych trudności. Więc dlaczego? Oczywiście, nawet nie dopuszczam myśli, że obawiał się pan o swoje autorstwo…”
— Ale jednak nie mógł się pan powstrzymać przed wypowiedzeniem jej — uśmiechnął się ze smutkiem Kriwoszein. — No, tak. W ogóle to dobrze, że ten fakt jest dla pana ważny przede wszystkim jako dla człowieka, to pocieszające… Przez jakiś czas wahaliśmy się, czy opowiedzieć panu o pracy, czy nie, próbowaliśmy się z panem skontaktować, ale kontakt nie udał się. Potem doszliśmy do wniosku, że na razie, na etapie poszukiwań, tak będzie lepiej. — Kriwoszein podniósł głowę, popatrzył ha Azarowa. — Nie bardzo wierzyliśmy w pana, panie profesorze. Dlaczego? Choćby dlatego, że i teraz, nie znając okoliczności, próbował pan przede wszystkim ustawić autorów na właściwym miejscu: Wiener wysuwał… A cóż ma z tym wspólnego Wienerowska „telewizyjna” koncepcja, u nas wszystko jest całkiem inaczej! I co za konsultacje byłyby możliwe: czy pan, członek Akademii Nauk, dopuściłby do okazania swojej niewiedzy przed podwładnymi inżynierami?… I jeszcze dlatego, że wiedząc doskonale, że wartość pracownika naukowego nie zależy „od stopnia ani tytułu, nie odważył się pan nigdy choć odrobinę uszczuplić „utytułowanych” w ich „prawach” do kierowania, do stanowiska, do nieomylności sądów… Czy pan przypuszcza, że nie wiedziałem od początku, jaką rolę miałem odegrać w organizowaniu tej pracowni?
Czy sądzi pan, że na to ostatnie doświadczenie nie miało wpływu pańskie uprzedzenie do mnie po skandalu z Chiłobokiem? Dlatego właśnie śpieszyłem się i ryzykowałem… Gzy sądzi pan, że nie miała wpływu i ta okoliczność, że w naszym Instytucie zamówienia na wystawy i różne inne pokazówki mają zawsze pierwszeństwo przed tym, co jest konieczne do badań?