Выбрать главу

— Ale… jakże to tak? — wyszeptał Onisimow. — Może jednak wyjaśnicie?

Kriwoszein skrzywił się z niezadowoleniem.

— Ach, panie kapitanie, i cóż ja panu mogę wyjaśnić? Pan stosował całą technikę śledczą: wideotelefony, daktyloskopię, analizy chemiczne, rekonstrukcję twarzy według Gierasimowa — i nic: nawet takiego typa jak Chiłobok nie potrafił pan rozgryźć. A tam przecież, jak to się mówi, wszystko jest jasne. Przestępstwa nie było, o to może pan być spokojny.

— Ale przecież… mnie rozliczać będą! Raport muszę złożyć, sprawozdanie… I co teraz będzie?

— O, to jest konkretna rozmowa. — Kriwoszein znowu usiadł na krześle. — Zaraz wyjaśnię, jak było. Proszę zapamiętać odnośnie podobieństwa szkieletu do mnie. Szkielet ten to relikwia rodzinna.

Mój dziad ze strony matki, Andriej Kotlar, znany w swym czasie biolog, w swej ostatniej woli życzył sobie, aby go nie grzebano, lecz spreparowano i szkielet przekazano tym potomkom, którzy pójdą drogą naukową. Dziwactwo starego uczonego, rozumie pan? Poza tym na szkielecie, jak mi wiadomo, stwierdziliście złamania żeber po stronie prawej, co, rzecz jasna, budzi wątpliwości… A więc: dziad zginął w wypadku drogowym. Staruszek uwielbiał jeździć na motocyklu z niedozwoloną szybkością. Teraz jasne?

— Jasne — skinął szybko głową Onisimow.

— No i dobrze. Mam nadzieję, że ta… relikwia rodzinna po zamknięciu sprawy zostanie zwrócona właścicielowi. Podobnie jak i inne „dowody rzeczowe”, wzięte z pracowni. Przyjdzie czas, panie kapitanie — Kriwoszein zawiesił głos — przyjdzie czas, kiedy głowa ta znajdzie się nie u pana na stole, a na pomniku… No, na mnie czas, Mam nadzieję, że wszystko wyjaśniłem. Niech pan zwróci mi, z łaski swojej, dokumenty Krawca. Dziękuję bardzo. Aha, jeszcze jedno: sierżant, którego był pan uprzejmy postawić na warcie przed pracownią, prosi, aby go zmienić. Niech pan będzie łaskaw zwolnić go sam… Powodzenia!

Kriwoszein wsunął dokumenty do kieszeni i skierował się ku drzwiom. Ale po drodze olśniła go myśl.

— Niech pan posłucha — powiedział wracając do biurka — proszę nie obrazić się za to, co zaproponuję, ale czy nie zechciałby pan zmądrzeć? Będzie pan szybko kojarzył, myślał szeroko i głęboko.

Będzie pan widział nie tylko dowody, ale nauczy się pan wnikać w istotę rzeczy i zjawisk, zrozumie pan samą duszę ludzką! I zaczną panu przychodzić do głowy wielkie idee, takie, od których aż dech zapiera… Widzi pan, życie już jest skomplikowane, a będzie się komplikować coraz bardziej. Jedynym sposobem na to, aby stanąć na wysokości zadania, to rozumieć wszystko. I to jest możliwe! Chce pan? Mogę to zrobić.

Twarz Onisimowa drgnęła z oburzenia i spurpurowiała.

— Kpicie sobie… — powiedział ciężko. — Mało wam tego, że… to jeszcze kpicie sobie. Idźcie już, obywatelu!

Kriwoszein wzruszył ramionami, odwrócił się ku drzwiom.

— Poczekajcie!

— Co takiego?

— Poczekajcie chwilę, obywatelu… Kriwoszein. No, dobrze: nie rozumiem. Może rzeczywiście taką nauką się zajmujecie… Waszą wersję przyjmuję, nic innego mi nie pozostało. Możecie myśleć o mnie, co wam się podoba, wasza sprawa… — Onisimow w żaden sposób nie mógł przezwyciężyć urazy. Kriwoszein zmarszczył się: po co on to wszystko mówi? — A tak po prostu: przecież człowiek zginął! Kto tu zawinił?

Doktorant spojrzał na niego uważnie.

— Wszyscy po trochu, panie kapitanie. I on sam, i ja, i Azarow, i inni… i nawet odrobinę pan, choć go pan nie znał: choćby przez to, że nie znając sprawy, zawodowo podejrzewał pan ludzi. A formalnie, według kodeksu karnego — nikt. Bywa i tak.

— No, zdaje się, że i ta sprawa załatwiona — z ulgą powiedział do siebie doktorant wsiadając do trolejbusu.

„Jutro eksperyment. A właściwie nie jutro, lecz dzisiaj w nocy, za siedem czy osiem godzin. Przed poważnym zadaniem nigdy nie chce mi się spać, a wyspać się jednak trzeba. Dlatego chodziłem i jeździłem dzisiaj po mieście ze cztery godziny, żeby się zmęczyć i oderwać. I gdzie też mnie nie nosiło: byłem i w centrum, i na przedmieściach, w parkach, na dworcu autobusowym, oglądałem ludzi, domy, zwierzęta, drzewa. Przyjmowałem defiladę Życia.

…W słonecznej spiekocie nadszedł kuśtykając wychudły staruszek z pożółkłymi ze starości wąsami i czerwoną pomarszczoną twarzą. Na szarej satynowej koszuli podzwaniały trzy Krzyże Świętego Jerzego i medal na pasiastej wstędze.

Staruszek przystanął w cieniu lipy, aby zaczerpnąć tchu.

Tak, dziadku, było się kimś. Długo żyłeś, wiele przeżyłeś, a wciąż ci mało — widzicie go, jak się wystroił — z orderami! Gdyby tak wlać siłę w twoje mięśnie, przejaśnić zmętniałe soczewki oczu, usunąć sklerozę, odnowić nerwy — pokazałbyś, gdzie raki zimują, nam, młodym ludziom epoki sputników!

…Pętają się chłopcy rozmawiając o filmie.

— A on w niego — trach! — z atomowego pistoletu!

— A oni ta-ta-ta… tach!

— Iii… Z atomowego?!

— A niby z jakiego? Na Wenus — i ze zwykłego?!

…Kot patrzy na mnie niespokojnymi oczami. Dlaczego koty mają takie niespokojne spojrzenie? Wiedzą o czymś? Wiedzą, ale nie powiedzą… „Psik, draniu!” Kot zniknął w cieniu bramy.

…Przemaszerował okazały młody człowiek o niskim czole pod jasną szczoteczką włosów. Spodnie oblepiają silne łydki i uda, koszulka aż trzeszczy na potężnej klatce piersiowej, na jego twarzy widać, że ha wszystkie problemy życiowe może odpowiedzieć prawym prostym albo rzutem przez głowę. A my wszystkim zrobimy takie mięśnie, wszystkim wprowadzimy informację o boksie i o dżudo — i jak wtedy będzie z tym prawym prostym?

…W parku Szewczenki minął mnie chłopiec z dziewczyną.

Trzymali się za ręce nie dostrzegając niczego dokoła.

Wam, zakochani, nasze odkrycie nie jest potrzebne! I bez niego jesteście dla siebie dobrzy. Powodzenia! Ale w życiu różnie bywa.

Na waszą miłość czyhają niebezpieczeństwa: szara codzienność życia, niezrozumienie, rozsądek, krewni, przesyt, czyż to mało?

Jeżeli pokonacie to wszystko sami, cześć wam i chwała. Ale jeśli przegracie, nie traćcie nadziei: wyremontujemy waszą miłość, naprawimy tak, jak naprawia się telewizor. Będzie jak nowa, taka, jak w tym dniu, kiedy po raz pierwszy zobaczyliście się w kolejce do kina.

…A jaką damę spotkałem w pobliżu domu towarowego na prospekcie! Potężne ciało wbite w suknię z brokatu, złota brosza, naszyjnik ze sztucznego bursztynu, pod pachami i na plecach plamy potu wielkości talerza. Błękitny brokat mieni się wszystkimi odcieniami sztormowego morza.

Droga pani! Jak można w taki upał wciskać się w brokat? Mąż pani pewnie nie kocha, prawda? Pewnie ze zgrozą patrzy na pani ramiona, grube jak jego uda, na ten garb tłuszczu na grzbiecie… Jest pani nieszczęśliwa… Nie żal mi pani, ale rozumiem. Mąż nie kocha, dzieci nie szanują, lekarze nie współczują, a sąsiedzi… Ach, ci sąsiedzi! No dobrze, wymyślimy coś i dla pani. Ostatecznie i pani ma prawo do dodatkowej dawki szczęścia. Oczywiście w kolejności. Ale à propos szczęścia, ma pani niepokojące upodobania. Nie, oczywiście rozumiem, wbiła się pani w ten niewygodny brokat, obwiesiła się kolczykami, złotą broszą i naszyjnikiem, nanizała na palce grube pierścienie, aby udowodnić, że nie jest pani gorsza od innych, że stać panią na wszystko… Ale niech pani wybaczy, na nic panią nie stać. I niech pani się decyduje — trzeba będzie naprawić nie tylko ciało, ale także i upodobania, i umysł, i uczucia. Za te same pieniądze, proszę się nie niepokoić. Inaczej nie warto — roztrwoni pani swoją odzyskaną urodę i świeżość po restauracjach i balach, rozmieni je pani na kochanków… czy warto się wysilać? Prawdziwe piękno, droga pani, to harmonia ciała, umysłu i ducha.