Выбрать главу

— Dlaczego mam akurat ryczeć?

— Dlatego, mój drogi, że ni cholery się na tych sprawach nie znasz tak samo jak inni na naszych sprawach… Tak, będzie taka nauka i taka technika. Ale tutaj pierwszymi specjalistami jesteśmy my. A specjalista oprócz obowiązków ogólnoludzkich ma jeszcze dodatkowe: odpowiada za swoją naukę i wszelkie jej zastosowania!

Dlatego że w ostatecznym rozrachunku on wszystko to robi za pomocą swoich koncepcji, swojej wiedzy, swoich decyzji. On i nikt inny! A więc czy chcesz, czy nie chcesz, ale kierować rozwojem nauki o syntezie informacji musimy m y.

— No, powiedzmy… — Krawiec nie poddawał się. — Ale jak nią kierować? Przecież absolutnie niezawodny sposób zastosowania odkrycia z korzyścią dla człowieka, na który przysięgaliśmy rok temu — nie istnieje!

— Patrzcie, chłopcy — powiedział cicho Adam.

Wszyscy trzej spojrzeli w lewo. Na ławce pod drzewem siedziała dziewczynka. Koło niej leżał tornister, a obok stały kule. Cienkie nogi w czarnych pończochach były nienaturalnie powykręcane.

Promyki słońca, przenikające między liśćmi, iskrzyły się na jej ciemnych włosach.

— Idźcie, dopędzę was — Kriwoszein podszedł do niej i usiadł obok na brzegu ławki. — Dzień dobry, mała!

Ze zdziwieniem spojrzała na niego dużymi, jasnymi, ale wcale nie dziecinnymi oczami.

— Dzień dobry…

— Powiedz mi… — Kriwoszein uśmiechnął się tak dobrodusznie i mądrze, jak tylko potrafił, żeby nie wzięła go za pijanego i nie przelękła się — tylko nie zdziw się, dobrze? — czy w twojej szkole plują do ucha człowiekowi, który nie dotrzymał słowa?

— Nie-e-e — bojaźliwie odpowiedziała dziewczynka.

— A za moich czasów pluli, był taki barbarzyński zwyczaj… I wiesz co? Słowo ci daję: nie minie rok, a będziesz zdrowa i piękna.

Będziesz biegać i skakać, jeździć na rowerze, kąpać się w Dnieprze… Wszystko będzie! Obiecuję. Jeśli skłamię, możesz mi napluć do ucha!

Dziewczynka patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Na jej ustach pojawił się niepewny uśmiech.

— Ale… u nas przecież nie plują. Nasza szkoła to taka…

— Rozumiem! Takich szkół też nie będzie, będziesz biegała do zwykłej. Zobaczysz! Naprawdę Nie miał nic więcej do powiedzenia, ale dziewczynka patrzyła na niego tak sympatycznie, że trudno mu było odejść.

— Ja się nazywam Sasza. A pan?

— Wala… Walentin Wasiliewicz.

— A ja wiem, pan mieszka pod trzydziestym trzecim. A ja pod trzydziestym dziewiątym, o dwa domy dalej.

— Tak, tak… No, muszę już iść. Do pracy.

— Na drugą zmianę?

— Tak, na drugą. No, wszystkiego dobrego, Sasza. Do widzenia.

— Do widzenia…

Kriwoszein wstał, uśmiechnął się, uniósł głowę, zmrużył oczy: nie łam się, patrz weselej! Wszystko będzie dobrze! Dziewczynka w odpowiedzi też uniosła głowę, zmrużyła oczy i uśmiechnęła się: wcale się nie łamię… Mimo wszystko odszedł z uczuciem, że opuścił człowieka w nieszczęściu.

Aleja wychodziła na ulicę. Za ostatnimi kasztanami migały samochody. Skręcając w ulicę wszyscy trzej obejrzeli się: dziewczynka odprowadzała ich wzrokiem. Pomachali jej rękami, a ona uśmiechnęła się i też pomachała cienką rączką.

— Widzisz, Witku — Kriwoszein objął Krawca za ramiona — widzisz, Witeczku, ja cię jednak lubię, draniu, chociaż nie ma za co.

Dobrze byłoby złoić ci skórę pasem wojskowym, tak jak tata nas swego czasu łoił, tylkoś strasznie duży i poważny… wyrosłeś…

— Odchrzań się! — uwolnił się Krawiec.

— Widzisz, Witia, co do tego „guzika szczęścia” to miałeś rację, to faktycznie było skrzywienie zawodowe. Ludzie w ogóle spodziewają się po technice tylko tego, że pozwoli im mniej wymagać od siebie samych… Śmieszne! Łatwo zbudować „guzik szczęścia” dla szczura: wprowadzić mu elektrodę do ośrodków nagrody w mózgu, i niech sobie naciska łapą kontakt. Człowiekowi takie szczęście chyba nie wystarczy… Istnieje jednak sposób uzyskania szczęścia. Nie „guzikowy” i nie matematyczny. Ale istnieje. I empirycznie powoli go opanujemy. To, że suszymy sobie głowy nad tym, jak zastosować odkrycie z korzyścią dla ludzi, a nie tylko dla siebie, jest częścią tego sposobu. I to, że Adam potrafił przezwyciężyć samego siebie i wrócić z dobrą koncepcją — też z niego się wywodzi. I to, że Walka zdecydował się na eksperyment, wiedząc, na co idzie — też. Oczywiście, gdyby go lepiej przygotował, być może nic by mu się nie stało, ale z drugiej strony nikt z nas nie ma gwarancji ani na nieomylność, ani na uniknięcie smutnego końca. Taką już mamy pracę! I to że Walka wybrał właśnie kierunek syntezy człowieka — chociaż syntetyzowanie układów mikroelektronicznych byłoby nieporównanie prostsze i bardziej opłacalne — też jest częścią tego sposobu. I to, że nagromadziliśmy wiedzę na temat odkrycia — także. Teraz już nie jesteśmy nowicjuszami i dyletantami. Ani w pracy, ani w dyskusji nikt nas nie zagnie. My sami zagniemy każdego. A w uczciwej dyskusji wiedza jest podstawową bronią.

— A w nieuczciwej?

— W nieuczciwej też się przyda. Chiłoboka przycisnęliśmy właśnie tym sposobem. Wyszliśmy z trudnej sytuacji i uratowaliśmy pracę także tym sposobem. Możemy wiele, nie oszukujmy się: potrafimy pracować i walczyć, a nawet prowadzić własną politykę. Pewnie, lepiej byłoby zawsze i ze wszystkimi postępować po dobremu, ale jeśli nie można, to będziemy i „po złemu”… Adam, daj papierosa, skończyły mi się.

Kriwoszein zapalił i ciągnął:

— W przyszłości też musimy się kierować tą empiryczną metodą i w nauce, i w życiu. Przede wszystkim musimy pracować razem.

Najstraszniejsza rzecz dla nas to samotność. Sami widzicie, do czego doprowadziła… Będziemy skupiać wokół naszej pracy mądrych, uczciwych, silnych i wiele wiedzących ludzi. Do wszystkiego: do badania i do organizowania pracy. Żeby na żadnym etapie ręka drania, głupca czy chciwca nie tknęła naszego odkrycia. Żebyśmy mieli kogo wezwać, jeśli trzeba będzie ogłosić alarm! Przyjdzie i Azarow, i Androsjaszwili — upatrzyłem sobie takiego jednego. I Walerkę Iwanowa też spróbujemy zachęcić… Jeśli w ten sposób zorganizujemy pracę, wtedy wszystko będzie „to”: i metoda dublowania ludzi, i dublowanie z korekcją, i przekształcanie informacyjne zwykłego człowieka…

— Ale mimo wszystko to nie jest rozwiązanie techniczne, stuprocentowej pewności nie mamy — powiedział z uporem Krawiec. — Oczywiście, spróbować można.

Myślisz, że Azarow przyjdzie do nas?

— Przyjdzie, a cóż może innego zrobić? Tak, to nie jest rozwiązanie techniczne, ale organizacyjne. I wcale nie jest proste, nie ma w nim tak pożądanej przez nas logicznej jednoznaczności. Ale innego rozwiązania nie ma… Zbierzemy najzdolniejszych badaczy, konstruktorów, lekarzy, artystów, rzeźbiarzy, psychologów, muzyków, pisarzy, mądrych ludzi — przecież wszyscy oni wiedzą coś o człowieku i o życiu. Zaczniemy wdrażać odkrycie od małych, najpotrzebniejszych rzeczy: leczenia chorób i kalectw, udoskonalania powierzchowności i psychiki… A potem stopniowo, zbierzemy informację do uniwersalnego programu maszyny matki, aby wprowadzić do mózgu ludzkiego wszystko, co najlepsze w dorobku ludzkości.

— UPDC — rzekł Wiktor. — Uniwersalny Program Doskonalenia Człowieka. Ładne! No, no!

— Trzeba próbować — powiedział stanowczo Adam. — Tak, stuprocentowej pewności nie ma, nie wszystko możemy. Może nawet nie wszystko się uda. Ale jeśli nie będziemy próbować, dążyć do tego, to wtedy na pewno nic z tego nie wyjdzie! I wiecie, wydaje mi się, że to nawet nie jest taka ogromna robota. Najważniejsze, żeby w ciągu jednego czy dwu pokoleń popchnąć proces rozwoju człowieka we właściwym kierunku, a potem wszystko pójdzie nawet bez maszyny.