O, wszyscy dobrzy bogowie i duchy, sprawcie, aby robiła to, co trzeba, tak aby jemu było dobrze!
Szepnął coś do niej, coś, że jeszcze nie jest gotów. Czy mogłaby pomóc?
– Jak?
Dał jej znak, że ma się wsunąć pod kołdrę, ujął za rękę i naprowadził.
Tova zaczerpnęła głęboki oddech, nie chcąc jednak wprawiać go w zakłopotanie, nie opierała się.
Do licha, czytała przecież opowiadania erotyczne! Czy jednak starczy jej śmiałości?
Popieściwszy go przez chwilę, przemieściła się w dół i pocałowała w intymnym miejscu, a kiedy nie wydawało się, by miał coś przeciwko temu, odważyła się na bardziej zaawansowaną pomoc.
Żadna jednak zmiana na razie nie nastąpiła.
– Chyba się nam nie uda, Tovo.
– Ależ tak! Nie poddawaj się!
– Połóż się! Pozwól teraz mnie!
Wsunął się pomiędzy jej nogi. Poczuła jego język i gwałtownie drgnęła.
– Z moimi reakcjami wszystko w porządku – zaśmiała się nerwowo, kiedy nader wyraźnie okazała, że ogromnie sobie ceni jego pieszczoty.
Ian położył się obok niej.
– Taka jesteś ładna, Tovo.
– Jestem bezkształtna. Nie mam szyi. Nie mam talii. Krótkie nogi…
– Ja czuję jedwabiście gładką skórę, sprężysty brzuch i bardzo powabne ciało. Nie zagłębiaj się w detale, nic na tym nie zyskasz!
– Zmęczony jesteś?
– Nie. Nie chciałbym przerywać. Bardzo bym nie chciał.
Zsunęła dłoń niżej.
– O, Ianie, to zaczyna pomagać!
– Mówiłem, że jesteś bardzo pociągająca. A więc… masz odwagę?
Znów przełknęła ślinę.
– Dobrze wiesz, że chcę. Tego nie da się ukryć. Ta przeklęta kołdra! – mruknęła i zrzuciła przykrycie na podłogę. Tova zawsze, gdy czuła się głupio i niepewnie, odwoływała się do mocniejszych wyrażeń.
Właściwie odczuwała jednak psychiczną bliskość z Ianem, istniał między nimi ton zrozumienia i czułości. Było to doznanie tak piękne, że mało wrażliwa z pozoru Tova ze wzruszenia ledwie mogła oddychać.
Spontanicznie, bo całkiem już przestała się bać, ujęła jego twarz w dłonie.
– Och, tak bardzo cię lubię, Ianie, tak bardzo, bezgranicznie!
Nie pouczył jej, że jest to dość typowa reakcja w trakcie aktu miłosnego, uśmiechnął się tylko z czułością. Tova otoczyła go ramionami i mocno uścisnęła. Tak ogromnie się cieszyła, że obchodzi go przynajmniej na tyle, że chciał iść z nią do łóżka. Zdawała sobie sprawę, że z jej strony nie jest to właściwe nastawienie, że powinna mieć do siebie więcej szacunku, ale tak bardzo go lubiła za to, że okazywał jej przyjaźń.
W głęboki żal wprawiała ją tylko bliskość jego schorowanego ciała i świadomość, że jego czas wkrótce dobiegnie już końca.
– Nie możesz, Ianie, nie wolno ci! – załkała.
Morahan doskonale zrozumiał, o co jej chodzi.
– Zapomnij o tym, Tovo, zapomnij! Ze względu na mnie!
– Dobrze, nie będę o tym myśleć. Obiecuję.
Przesunęła dłońmi po jego biodrach i przeraziła się, jak bardzo są chude.
– Ianie, sądzisz, że to wytrzymasz? Czy nie lepiej, jak będziesz leżał? A ja…
Położył jej palec na usta.
– Pozwól mi przynajmniej spróbować!
Tova była już tak rozpalona z pożądania, że mogła jedynie skinąć głową.
Znów mocno go objęła i otworzyła się przed nim. Nie chciała już niczego udawać, czuła więź, jaka zrodziła się między nimi, wiedziała, że on doceni jej oddanie.
Ogarnęło ją niemal religijne uniesienie. W szczególnej sytuacji obojga to, na co się zdecydowali, jawiło się niemal sakramentem.
Zorientowała się, że on jest już gotowy. Dotyk jego ciała na skórze sprawiał, że zalały ją wibrujące fale rozkoszy, musiała z całych sił panować nad sobą, by leżeć spokojnie.
– Będę bardzo ostrożny – szepnął. – Ze względu na nas oboje.
– Tak. Chyba lubię cię… za bardzo, Ianie.
Znów ją pocałował.
– I ja bardzo cię lubię, Tovo.
Tova, która zacisnęła zęby, by wytrzymać ból, odkryła, że nie bolało wcale tak, jak się tego obawiała. Ale też była dobrze przygotowana, by go przyjąć.
Ogromnie się niepokoiła, że on może nie wytrzymać takiego wysiłku. Byłoby katastrofą, gdyby właśnie teraz zaczął kaszleć. Kruchy nastrój prysnąłby jak bańka mydlana. Pomyślała też, że choć zapewniali się o wzajemnej sympatii, byli dla siebie obcy. Wreszcie jednak Tova odrzuciła wszelkie wątpliwości i dała się porwać chwili. Poczuła, że Ian jest z nią, a potem liczył się już tylko instynkt i gorączkowe pragnienie zaspokojenia pożądania.
Później przez kilka sekund panował absolutny spokój, aż wreszcie nadszedł kaszel.
Atak był naprawdę straszny i przez chwilę Tova przestraszyła się nie na żarty. Podparła Iana, tuląc go i pocieszając.
Wreszcie atak minął. Leżeli spokojnie w swoich objęciach.
– Nie tak chciałem zakończyć – szepnął oddychając z trudem. – Chciałem otoczyć cię czułością, wdzięczny za to, że pozwoliłaś mi przeżyć tak piękne chwile. Ale…
– Wiem o tym, Ianie. Ale jednak nam się udało! Udało!
– Tak. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego. Dzięki tobie wszystko było jak trzeba.
– Dzięki mnie?
– Jesteś bardzo kusząca, mówiłem ci już.
Zapamiętała te słowa i przez dłuższą chwilę napawała się nimi. Potem powiedziała cicho:
– Jeśli będą jakieś następstwa…
– Nie licz na to!
– Wiem. Ale jeśli będą… jeśli urodzi się chłopiec, nazwę go Ian.
– Dziękuję!
– A jeśli dziewczynka… Jak nazywała się twoja matka?
– Minna. Ale daj raczej imię po twojej matce. Jak się nazywa?
– Vinnie. Właściwie Lavinia, ale trudno tak się do niej zwracać na co dzień. Ale Minna i Vinnie nie są tak bardzo od siebie różne. Znajdziemy coś pośrodku.
– My? – powtórzył głucho.
Przyciągnęła go do siebie i mocno przytuliła. Przez długą chwilę nie mogli nic powiedzieć. Tova walczyła ze łzami.
– W każdym razie zrobiliśmy, co w naszej mocy – rzekł Ian zasmucony.
– Tak, wszystko, co mogliśmy – przytaknęła.
Noc niemal już minęła. Światło poranka sączyło się do pokoju barwiąc wszystko na szaro. Wyraźniej było widać bezduszną grafikę na ścianie.
– Nie jest jeszcze bardzo późno – stwierdził Ian. – Powinniśmy się chwilę przespać.
– Masz rację. Ten dzień może być ciężki. A ja znam Marca. Jest nieznośnie rannym ptaszkiem, ale teraz ma też powody, by wcześnie wstawać.
Ian uniósł się na łokciu i spojrzał na Tovę. Delikatnie odsunął kosmyk włosów z jej czoła.
– Jeszcze raz dziękuję, kochana niezwykła dziewczyno – szepnął. – Dziękuję, że właśnie ciebie dane mi było spotkać w tych trudnych dniach!
Nic piękniejszego nie mógł powiedzieć Tovie, która w życiu przyjęła tak wiele ciosów i właściwie tylko je oddawała.
Teraz czuła, jak ogarnia ją niezmącony spokój i szczęście.
ROZDZIAŁ IX
Nazywam się Margit Sandemo. Mieszkam w dolinie Valdres. Stąd wielu chorych, potrzebujących porady specjalisty, zamiast do szpitala w Gjovik wysyła się do Lillehammer.
W maju 1960 roku znalazłam się w szpitalu w Lillehammer. Nie dolegało mi nic poważnego, nie byłam nawet chora. Lekarze mieli naprawić mi tylko drobną usterkę, która dokuczała mi od dzieciństwa.
Na dzień przed powrotem do domu pozwolono mi wstać i niespokojna przechadzałam się korytarzami, zeszłam też na dół do wielkiego hallu. Znalazłam kafeterię, jak zwykle zatłoczoną, ale zwróciłam na to uwagę dopiero, kiedy stałam już z pełną tacą w rękach. Utknęłam między zajętymi stolikami i trzeba przyznać, że czułam się dość głupio.