Powędrował do niej myślami. Jego niechęć do pracy nie wynikała z braku współczucia. Owszem, współczuł ofiarom i ich najbliższym, był również szczęśliwy, że udało mu się uniknąć oglądania zwłok dziewczyny. Martin, gdy spotkał go w korytarzu, był nadal blady.
Gösta czuł, że przypadająca na niego pula nieboszczyków już się wyczerpała. Czterdzieści lat służby, a pamiętał wszystkich, co do jednego. Większość zginęła w wypadku lub wskutek samobójstwa. Ofiary morderstw należały do wyjątków. Ale każdy śmiertelny wypadek wyżłobił koleinę w jego pamięci. Przywoływał obrazy wyraźne jak fotografie. Wiele razy musiał powiadamiać bliskich i być świadkiem płaczu, rozpaczy, szoku i przerażenia. Jego zniechęcenie mogło wynikać po prostu z tego, że jego czara goryczy się przepełniła. Każda śmierć, każde cierpienie i nieszczęście były kolejnymi kroplami, aż w końcu zabrakło miejsca na następną. Nie wystarczy to za usprawiedliwienie, ale wystarczy za możliwe do przyjęcia wytłumaczenie.
Gösta podniósł słuchawkę, żeby zawiadomić właścicieli domu, że w ich śmietniku znaleziono zwłoki. Wybrał numer. Lepiej mieć to już za sobą.
– O co chodzi? – Uffe siedział w pokoju przesłuchań. Był zmęczony i zły.
Patrik nie spieszył się z odpowiedzią. Obaj z Martinem starannie porządkowali papiery. Siedzieli po drugiej stronie chybotliwego stołu, który wraz z krzesłami stanowił jedyne umeblowanie pokoju. Uffe nie sprawiał wrażenia szczególnie zaniepokojonego. Z drugiej strony Patrik nauczył się w ciągu wielu lat pracy, że wrażenie, jakie sprawia przesłuchiwany, może mieć niewiele wspólnego z prawdziwym stanem jego uczuć. Patrik chrząknął, splótł ręce na leżących przed nim papierach i pochylił się do przodu.
– Wczoraj wieczorem doszło, zdaje się, do jakichś awantur? – Czekał na reakcję Uffego, ale doczekał się jedynie krzywego uśmieszku. Uffe nonszalancko rozparł się na krześle i się roześmiał.
– A, o to chodzi. O ile sobie przypominam, tamten pan nie patyczkował się z nami. – Wskazał głową Martina. – Może powinienem złożyć doniesienie o nadużyciu siły. – Znów się zaśmiał. Patrik poczuł, że wzbiera w nim złość.
– Mamy raport obecnego tu funkcjonariusza i funkcjonariuszki, która również była na miejscu. Teraz chcę usłyszeć twoją wersję.
– Moją wersję. – Uffe wyciągnął przed siebie nogi, przybierając pozycję półleżącą, chyba nieszczególnie wygodną. – Moja wersja jest taka, że doszło do kłótni, zwykłej pijackiej burdy. I tyle. Bo co? – Zmrużył oczy. Widać było, że nasączony alkoholem mózg próbuje pracować na pełnych obrotach.
– To my zadajemy pytania, nie ty – ostro powiedział Patrik. – Wczoraj za dziesięć dziesiąta wieczorem nasi funkcjonariusze widzieli, jak napadłeś na jedną z uczestniczek waszego programu, Lillemor Persson.
– To znaczy Barbie – przerwał Uffe i zaśmiał się. – Lillemor. kurde, ale jaja!
Patrik musiał zapanować nad sobą, by nie dać mu w pysk. Martin wyczuł, co się święci, i przejął przesłuchanie, dając Patrikowi czas na opanowanie się.
– Byliśmy świadkami, jak biłeś i popychałeś Lillemor. Dlaczego?
– Coście się tak przyczepili? Nie kapuję. Przecież nic nie było! Mieliśmy… małe nieporozumienie! Ledwo ją dotknąłem! – Już nie był taki pewny siebie. Widać było, że się zaniepokoił.
– O co się pokłóciliście? – dociekał Martin.
– O nic! Dobrze, powiem. Dowiedziałem się, że mnie obsmarowała za plecami. Chciałem, żeby się przyznała i odszczekała. Przecież nie można chodzić i bezkarnie rozpowiadać świństw o człowieku. Chciałem, żeby to do niej dotarło!
– Później, w nocy, też jej to wyjaśniałeś razem z innymi? – spytał Patrik, zaglądając do leżącego przed nim raportu.
– Taak – z pewnym wahaniem odparł Uffe. Wyprostował się na krześle. Uśmieszek powoli znikał z jego twarzy. – Sami pogadajcie z Barbie. Założę się, że potwierdzi, że poszło o bzdety. Policji nic do tego.
Patrik spojrzał na Martina. Potem spokojnie skierował wzrok na Uffego i powiedział:
– Lillemor już nic nie powie. Rano znaleźliśmy jej ciało. Została zamordowana.
W pokoju zapadła głucha cisza. Uffe zbladł. Martin i Patrik czekali w milczeniu.
– Pan… wy… żartujecie? – odezwał się w końcu. Policjanci ani drgnęli. Do Uffego zaczęły docierać słowa Patrika. Po uśmieszku nie było już ani śladu.
– Co jest? Myślicie, że ja… Przecież ja… To były po prostu głupoty! Ja bym nigdy… Ja nie… – jąkał się, miał rozbiegany wzrok.
– Potrzebujemy próbki twojego DNA – powiedział Patrik, wyjmując przybory. – Nie masz nic przeciwko temu?
Uffe zawahał się.
– Kurde, pewnie, że nie – powiedział. – Pobierajcie sobie. Ja nic nie zrobiłem.
Patrik pochylił się i patyczkiem pobrał wymaz z wewnętrznej strony policzka Uffego. W pewnej chwili chłopak jakby zmienił zdanie, ale patyczek już trafił do koperty. Patrik ją zakleił i było za późno. Pogapił się na kopertę, potem przełknął ślinę i, patrząc na Patrika, spytał:
– Chyba nie przerwiecie programu? Nie moglibyście, co? Przecież nie możecie tego zrobić! – W jego głosie słychać było desperację.
Patrik czuł, że coraz bardziej gardzi całą tą imprezą. Jak to jest, że jakiś cholerny program telewizyjny jest ważniejszy od śmierci dziewczyny?
– Nie my o tym decydujemy – odparł sucho. – To sprawa firmy producenckiej. Gdyby to ode mnie zależało, w pięć minut zamknęlibyśmy to gówno, ale… – Rozłożył bezradnie ręce, a na twarzy Uffego pojawił się wyraz ulgi.
– Możesz iść – powiedział Patrik. Ciągle widział przed sobą nagie martwe ciało Barbie i czuł niesmak na myśl, że jej śmierć zostanie wykorzystana dla rozrywki. Co to się dzieje z ludźmi?
Dzień zaczął się bardzo dobrze. Powiedziałby nawet, że wspaniale. Od długiego joggingu w chłodnym wiosennym powietrzu. Nie należał do ludzi łatwo wpadających w zachwyt nad cudami przyrody i sam się zdziwił, ale na widok słonecznych promieni przesączających się przez korony drzew poczuł radość. Rozpierała go przez całą drogę do domu, doprowadziła nawet do chwili miłosnych uniesień z Viveką, do których niezwykle łatwo jak na nią dała się przekonać. Zazwyczaj był z tym pewien problem, jeden z niewielu w życiu Erlinga. Po ślubie Viveka straciła zainteresowanie tą sferą życia małżeńskiego, a przecież nie po to wziął sobie młodą, apetyczną żonę, żeby go do siebie nie dopuszczała. To się musi zmienić. To, co się stało rano, utwierdziło go w przekonaniu, że powinien z Viveką poważnie porozmawiać. Wytłumaczyć jej, że małżeństwo polega na wzajemnym świadczeniu sobie usług, na dawaniu i braniu. Jeśli chce, żeby nadal zapewniał jej ubrania, biżuterię, rozrywki i piękne przedmioty do domu, powinna wykazać trochę entuzjazmu i życzliwie podejść do jego oczekiwań. Przecież przed ślubem nie miała z tym żadnego problemu. Zwłaszcza gdy ją ulokował w przyjemnym, przez niego opłacanym mieszkanku i musiała rywalizować z kobietą będącą jego żoną od lat przeszło trzydziestu. Wtedy kochała się z nim w porę i nie w porę, w najdziwniejszych nawet miejscach. Na to wspomnienie Erling poczuł, jak budzą się w nim siły żywotne. Chyba już pora na tę rozmowę, w końcu jest sporo do nadrobienia.
Właśnie wchodził na schody na piętro, żeby się spotkać z Viveką, gdy zadzwonił telefon. Przez chwilę miał ochotę zostawić dzwoniącego jego losowi, ale w końcu zawrócił i podszedł do przenośnego aparatu stojącego na stole w salonie. A nuż to coś ważnego.
Pięć minut później siedział w milczeniu ze słuchawką w ręku. Kręciło mu się w głowie od tego, co usłyszał, a jednocześnie jego umysł pracował nad możliwym do przyjęcia rozwiązaniem. Wstał i zawołał: