– Ale tata by się cieszył, widząc nas razem – powiedziała. – Tak się starał, żebyśmy zrozumiały, że powinnyśmy dbać o siostrzane relacje. Uważał, że za bardzo ci matkuję.
– Wiem – Anna uśmiechnęła się i odwróciła twarzą do Eriki. – Ze mną też rozmawiał, tłumaczył, że powinnam być bardziej odpowiedzialna, dorosła, nie zwalać wszystkiego na ciebie. Bo przecież tak było. Złościłam się, że mi matkujesz, ale w gruncie rzeczy było mi z tym dobrze. Oczekiwałam, że z nas dwóch to ty będziesz opiekuńcza i dojrzała.
– Ciekawe, co by było, gdyby mama wzięła na siebie ten obowiązek. Przecież to był jej obowiązek, nie mój. – Na myśl o matce Erika poczuła ucisk w piersi. W latach ich dzieciństwa matka była obecna ciałem, ale całkowicie nieobecna duchem.
– Nie ma co się nad tym zastanawiać – powiedziała w zamyśleniu Anna. Podciągnęła koc pod brodę, bo choć świeciło słońce, zimny wiatr wdzierał się w każdą najmniejszą szczelinę. – Kto wie, jakie miała doświadczenia. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek opowiadała o swoim dzieciństwie i młodości, o czasach, zanim poznała tatę. Dziwne, prawda? – mówiła zaskoczona. Nigdy dotąd się nad tym nie zastanawiała. Tak było, i koniec.
– Według mnie matka była dziwna – mówiąc to, Erika zaśmiała się gorzko.
– Mówię poważnie – powiedziała Anna. – Czy przypominasz sobie, żeby kiedykolwiek nam opowiadała o swoim dzieciństwie, rodzicach, o tym, jak poznała tatę? O czymkolwiek? Nie pamiętam, żeby padło choćby jedno słowo na ten temat. I nie miała żadnych zdjęć. A jak się rozłościła, kiedy zapytałam o zdjęcia babci i dziadka! Powiedziała, że od dawna nie żyją i nie ma pojęcia, gdzie upchnęła stare szpargały. Dziwne, prawda? Przecież każdy ma jakieś zdjęcia albo chociaż wie, gdzie są.
Erika uświadomiła sobie, że Anna ma rację. Ona również nie wiedziała nic o przeszłości matki. Zupełnie jakby wyłoniła się z nicości w chwili, gdy stanęła z ojcem do ślubnej fotografii.
– Kiedyś będziesz musiała poszperać w papierach – powiedziała Anna, najwyraźniej chcąc skończyć ten temat. – Znasz się na tym. Może byśmy się skupiły na weselnym menu? Zdecydowałaś się na ostatni zestaw? Wydaje mi się, że będzie pyszne!
– Spytam jeszcze Patrika, niech też się wypowie – odparła Erika. – Muszę przyznać, że niezręcznie mi zawracać mu głowę takimi rzeczami, kiedy prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa. Wydaje mi się to jakieś takie… miałkie.
Położyła menu na kolanach i zapatrzyła się w majaczący horyzont. Od kilku dni prawie nie widywała Patrika, zdążyła nawet za nim zatęsknić. Rozumiała oczywiście, że musi pracować nad tą straszną sprawą, i wiedziała, jak bardzo mu zależy na schwytaniu mordercy. Z drugiej strony właśnie świadomość, że jego praca jest tak ważna, uzmysłowiła jej jeszcze wyraźniej, jak bardzo jej samej brakuje pracy zawodowej. Zdawała sobie sprawę, że bycie mamą jest w tej chwili najważniejsze, a mimo to tęskniła do… dorosłej pracy, w której byłaby sobą, a nie tylko mamą Mai. Gdy Anna wychynęła ze swojego cienia, Erika pomyślała z nadzieją, że może jej się uda parę godzin dziennie popisać. Zagadnęła ostrożnie, a siostra z radością zadeklarowała, że zajmie się Mają.
Erika zaczęła szukać tematu, autentycznego morderstwa z ciekawym problemem czysto ludzkim, materiału na interesującą książkę. Dwie pierwsze książki oprócz pozytywnych recenzji przyniosły również zarzuty, że żeruje na cudzym nieszczęściu. Erika patrzyła na to inaczej. Starała się przedstawić sprawę z różnych punktów widzenia, obiektywnie naświetlić to, co się stało.
Uważała zresztą, że książki nie sprzedałyby się tak dobrze, gdyby nie pisała ich z takim zaangażowaniem i jednocześnie empatią. Musiała jednak przyznać, że łatwiej pisało jej się drugą książkę, bez osobistych wątków, jakie znalazły się w pierwszej, o śmierci Alex Wijkner. Trudniej zachować dystans do wydarzeń, w których samemu bierze się udział.
Erika poczuła, że ma ochotę popracować.
– Posurfuję trochę po sieci – powiedziała, wstając. – Może znajdę jakiś temat. Mogłabyś przez chwilę zająć się Mają, gdyby się obudziła?
Anna uśmiechnęła się.
– Zajmę się nią, popracuj. Pomyślnych łowów!
Erika zaśmiała się i poszła do swojego pokoju. Życie stało się ostatnio łatwiejsze. Żeby jeszcze coś się wyjaśniło w sprawie, nad którą pracuje Patrik.
5
Zapach soli i wody. Krzyk ptaków unoszących się w powietrzu i błękit, jak okiem sięgnąć. Kołysanie łodzi. Wrażenie, że coś się zmieniło, ktoś zniknął. Coś, co dotąd było ciepłe i miękkie, stało się twarde i ostre. Obejmujące go kobiece ramiona niosły ostrą, wstrętną woń. Wydzielała się ze skóry i ubrania, a przede wszystkim z ust. Nie pamiętał, kim była, i nie wiedział, po co próbuje sobie przypomnieć. Jakby w nocy przyśniło mu się coś obrzydliwego i znajomego zarazem. Chciałby się dowiedzieć czegoś więcej.
Nie mógł się powstrzymać od zadawania pytań, choć nie wiedział, po co to robi. Dlaczego jak siostra po prostu nie przyjął do wiadomości, że jest, jak jest. Zawsze miała taką przestraszoną minę, gdy pytał. Sam wolałby już dać sobie spokój z pytaniami, ale nie potrafił. Wystarczył zapach słonej wody i wspomnienie wiatru igrającego we włosach. I mężczyzny, który miał zwyczaj podrzucać i jego, i siostrę wysoko do góry, podczas gdy tamta, o głosie najpierw miękkim, później stwardniałym, przyglądała się z boku. Czasem w jego wspomnieniach się uśmiechała.
A może naprawdę było tak, jak mówiła, taka prawdziwa, piękna i kochająca. Że to był zły sen, a ona zapewni im piękne i dobre sny. Nie oponował, chociaż chwilami łapał się na tym, że tęskni za słonym smakiem w ustach. Za krzykiem ptaków. Nawet za twardym głosem. Ale nie miał odwagi tego powiedzieć…
– Cholera jasna, czym my się właściwie zajmujemy? – Patrik rzucił długopisem. Ten stoczył się z biurka i spadł na podłogę. Martin spokojnie go podniósł i wstawił do pojemnika.
– Minął dopiero tydzień. Przecież wiesz, że potrzebujemy więcej czasu.
– Wiem, co mówią statystyki. Z upływem czasu maleje prawdopodobieństwo rozwikłania sprawy.
– Robimy, co się da. Niestety doba ma tyle godzin, ile ma. – Martin spojrzał na Patrika badawczo. – Może wziąłbyś wolne przedpołudnie, wyluzował… dobrze robi długa kąpiel. Wyglądasz na wykończonego.
– Odpoczywać w tym cyrku? Nie ma szans. – Patrik potargał ręką włosy. Teraz sterczały już na wszystkie strony. Nagle zadzwonił telefon. Na jego głośny sygnał drgnęli. Patrik z rozdrażnieniem podniósł słuchawkę i szybko odłożył. Na chwilę zapadła cisza, potem telefon znów się rozdzwonił. Patrik zdenerwował się, wyszedł na korytarz i krzyknął:
– Annika, do cholery, odłącz wreszcie mój telefon! – Wrócił do pokoju i trzasnął drzwiami. Inne telefony w komisariacie też dzwoniły bez przerwy, ale przez zamknięte drzwi nie było ich słychać.
– Słuchaj, Patriku, dalej tak nie może być. Padasz na pysk. Musisz odpocząć, coś zjeść. A poza tym będzie lepiej, jeśli przeprosisz Annikę. Uchronisz się od uroku albo siedmiu lat nieszczęść. W przeciwnym razie już nigdy nie skosztujesz w piątek jej domowych muffinek.
Patrik usiadł ciężko na krześle, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu.
– Mówisz, że nie poczęstuje muffinkami… Myślisz, że mogłaby być aż tak złośliwa?
– Może nawet ominie cię świąteczny koszyk z domowymi cukierkami i blokiem czekoladowym… – Martin kiwał głową z udawaną powagą, a Patrik robił wielkie oczy.