Выбрать главу

– Tylko nie to, nie mogłaby być tak podła!

– Mogłaby – powiedział Martin. – Lepiej zaraz ją przeproś.

Patrik zaśmiał się.

– Dobrze, zaraz. – Znów przeciągnął dłonią po włosach. – Wiesz, mimo wszystko nie spodziewałem się aż takiego… oblężenia. Gazety, stacje telewizyjne… zupełnie oszalały. Nie mają żadnych skrupułów! Jakby nie rozumieli, że rozwalają nam śledztwo. Tak się nie da pracować!

– Uważam, że i tak bardzo dużo zrobiliśmy przez ten tydzień – spokojnie odparł Martin. – Przesłuchaliśmy wszystkich kolegów Lillemor z programu, przejrzeliśmy nagrania z imprezy, z której uciekła, sprawdzamy każdy trop, który nam ludzie podrzucą. Jestem zdania, że pracujemy bez zarzutu. Ale rzeczywiście niewiele da się poradzić na zamieszanie wokół „Fucking Tanum”.

– Czy ty rozumiesz, jak oni mogą dalej kręcić to gówno? – Patrik machnął rękami. – Zamordowano dziewczynę, a oni dają to jako rozrywkę w najlepszym czasie antenowym. I gapi się na to cała Szwecja! To straszne i… – szukał słowa – kompletny brak szacunku!

– Oczywiście masz rację – zauważył Martin, teraz już ostrzejszym tonem. – Ale co możemy na to poradzić? Mellberg i ten cholerny Erling W. Larson mają takie parcie na szkło, że przez myśl im nie przeszło, żeby przerwać program. Możemy tylko dostosować się do warunków. A one są, jakie są. I nadal twierdzę, że jeśli trochę odpoczniesz, będzie to z korzyścią i dla ciebie, i dla śledztwa.

– Nie myśl sobie, że pojadę do domu. Nie mam na to czasu. Ale możemy iść na lunch do Gestgifveriet. Zaliczysz mi to jako chwilę relaksu? – Patrik patrzył na Martina ze złością, chociaż zdawał sobie sprawę, że ma sporo racji.

– Niech będzie – odparł Martin, wstając. – A wychodząc, przy okazji przeproś Annikę.

– Dobrze, mój opiekunie. – Patrik wziął kurtkę i wyszedł za Martinem na korytarz. Dopiero wtedy poczuł, jaki jest głodny.

Wokoło bez przerwy dzwoniły telefony.

Nie mogła się zmusić, żeby chodzić do pracy. Zresztą nie musiała, miała jeszcze zwolnienie, a lekarz przekonywał, że nic na siłę. Nauczono ją jednak, że należy pracować, choćby się waliło i paliło. Według jej ojca niepójście do pracy mogła usprawiedliwić tylko śmiertelna choroba. I właśnie tak się czuła, śmiertelnie chora. Ciało miała sprawne, poruszało się, jadło i myło się. Mechanicznie robiło, co należy. Ale w środku czuła się zupełnie martwa. Nic jej nie cieszyło, wszystko było nieważne i nieciekawe. Czuła jedynie ból, chwilami tak silny, że aż ją skręcało.

Minęły dwa tygodnie od chwili, gdy policja zapukała do jej drzwi. Gdy usłyszała pukanie, od pierwszej chwili miała dziwne przeczucie, że w jej życiu nastąpi zmiana. Co wieczór, kładąc się spać, przypominała sobie ich ostatnią kłótnię. Nigdy nie uda jej się wymazać z pamięci, że rozstały się w gniewie. Chciałaby cofnąć choć część nieprzyjemnych słów, jakimi wtedy obrzuciła Marit. Jakie to ma teraz znaczenie? Nie mogła jej zostawić w spokoju? Dlaczego tak jej zależało, żeby publicznie ogłosiła, co je łączy? Dlaczego było to takie ważne? Przecież najważniejsze było to, że miały siebie. Co o tym wiedzą, myślą i mówią inni, w jednej chwili stało się nieistotne. Kerstin nie mogła zrozumieć, dlaczego kiedyś, przed zaledwie dwoma tygodniami, wydawało jej się to wręcz decydujące.

Zupełnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Położyła się na kanapie i pilotem włączyła telewizor. Naciągnęła koc, który kupiła Marit podczas jednego z nielicznych wyjazdów do domu, do Norwegii. Pachniał wełną i jej perfumami. Kerstin przylgnęła do niego twarzą. Wciągała ten zapach, jakby w nadziei, że wypełni pustkę. Poczuła w nosie drobne kłaczki wełny i kichnęła.

Nagle zatęskniła za Sofie, która miała tyle cech matki i tak niewiele z ojca. Już dwa razy ją odwiedziła i pocieszała jak mogła, chociaż sama wyglądała, jakby zaraz miała się rozpaść. Twarz Sofie nabrała nowego, dorosłego wyrazu. Był w nim pewien bolesny rys, którego przedtem nie zauważyła. Chciałaby odebrać jej tę dorosłość, wymazać ją, cofnąć czas i pomóc odzyskać niedojrzałą szczenięcość, która powinna cechować dziewczynę w jej wieku, a teraz zniknęła na dobre. Wiedziała również, że na pewno utraci Sofie. Sofie jeszcze o tym nie wiedziała, chciała trwać przy partnerce matki. Kerstin rozumiała, że życie na to nie pozwoli. Z jednej strony z czasem dadzą o sobie znać inne, pociągające rzeczy, koleżanki, chłopcy, zabawy, szkoła, czyli wszystko, co powinno wypełniać życie nastolatki. Z drugiej strony jej ojciec na pewno zrobi wszystko, żeby jej utrudnić kontakt z Kerstin. Z czasem Sofie przestanie się opierać. Będzie ją odwiedzać coraz rzadziej, a w końcu zupełnie przestanie. Za rok, dwa, jeśli wpadną na siebie na ulicy, przywitają się, może zamienią kilka słów, unikając patrzenia sobie w oczy, a potem pójdą każda w swoją stronę. Zostanie jedynie pamięć innego życia, gdy mieszkały pod jednym dachem. Może próbować zatrzymać to wspomnienie, a ono i tak rozproszy się jak mgła. Utraci Sofie. Tak już musi być.

Machinalnie skakała po kanałach. Najczęściej trafiała na programy, w których trzeba było odgadywać słowa, ale najpierw należało słono zapłacić, żeby się dodzwonić. Beznadziejne. Zaczęła błądzić myślami. Robiła tak od dwóch tygodni. Kto mógł chcieć zrobić krzywdę Marit? Kto ją napadł, gdy była w rozpaczy, wściekła po kłótni? Czy się bała? Czy trwało to długo, czy krótko? Bolało? Wiedziała, że umrze? Po głowie krążyły jej pytania bez odpowiedzi. Śledziła doniesienia o zamordowanej dziewczynie, zarówno w telewizyjnym reality show, jak i w gazetach, ale przepełniona własnym bólem nie potrafiła się przejąć jej śmiercią. Martwiła się, że policja skieruje wszystkie środki do nowego śledztwa, że medialne zamieszanie skłoni ją do skupienia się na śmierci dziewczyny i odłożenia na bok sprawy Marit.

Usiadła i sięgnęła po leżący na stoliku telefon. Powinna pilnować interesów Marit, skoro nikt inny tego nie robi. Chociaż tyle jest jej winna.

Od śmierci Barbie codziennie spotykali się w kręgu. Początkowo przychodzili z niechęcią. Okazywali to ponurym milczeniem albo wygłaszaniem złośliwych uwag. Ale gdy Fredrik wyjaśnił, że tak musi być, jeśli nadal chcą brać udział w programie, z oporami zgodzili się współpracować. Po tygodniu zaczęli czekać na spotkania z Larsem. Mówił do nich bez protekcjonalnego tonu, umiał słuchać. Jego uwagi nie sprawiały im przykrości, bo mówił do nich ich językiem. Nawet Uffe go polubił, wbrew sobie, chociaż prędzej by umarł, niż się do tego przyznał. Poza sesjami grupowymi odbywały się spotkania indywidualne. Nie protestowali, ale przystali na to bez entuzjazmu. Pogodzili się z sytuacją.

– Jak sobie radzicie z ostatnimi wydarzeniami? – Lars patrzył na nich kolejno, czekał, aż ktoś się odezwie. Zatrzymał wzrok na Mehmecie.

– Uważam, że dobrze – powiedział po chwili zastanowienia. – Zrobiło się takie zamieszanie, że nie ma czasu na myślenie.

– Myślenie o czym? – spytał Lars, zachęcając Mehmeta, by rozwinął myśl.

– O tym, co się wydarzyło. O Barbie. – Umilkł i zaczął się wpatrywać w swoje dłonie. Lars przesunął wzrokiem po pozostałych.

– Wy też uważacie, że to dobrze? Że nie trzeba myśleć? Tak odbieracie to zamieszanie? Jako korzystne?

Znów milczenie.

– Ja nie – ponuro powiedziała Jonna. – Dla mnie to trudne. Cholernie trudne.

– W jakim sensie? Co konkretnie jest trudne? – Lars przekrzywił głowę.

– Myślenie o tym, co jej się stało. Wyobrażanie sobie, jak wyglądała, jak zginęła. I jak leżała w tym… śmietniku. Obrzydliwość.