– Kogo uważacie za najprzystojniejszego, co? – Objął ramieniem blondynkę i przysunął się do niej. – Mnie, prawda? – Szturchnął ją w bok palcem i zaśmiał się. W odpowiedzi usłyszał pełen zachwytu chichot. Zachęcony ciągnął: – Nie mam konkurencji, bo jestem tu jedynym prawdziwym facetem. – Wypił łyk piwa z butelki i wskazał nią na Callego.
– Weźcie choćby tego gościa. Typowy egzemplarz faceta szlajającego się w okolicach Stureplanu, ulizany, wyżelowany. Nie nadaje się dla takich świetnych lasek jak wy. Umie tylko sięgać do kieszeni po kartę tatusia. – Dziewczyny znów zachichotały, a Uffe ciągnął: – Z drugiej strony Mehmet. – Pokazał palcem na Mehmeta, który leżał na łóżku, czytając książkę. – Temu cholernie daleko do szlajania się. Prawdziwy, najprawdziwszy cudzoziemski robol, który umie tylko jedno: przykładać się do pracy. Ale nie da się zaprzeczyć, że najlepszy jest szwedzki mięśniak.
Napiął mięśnie ramion, a potem spróbował wsunąć blondynce rękę pod bluzkę. W porę się zorientowała, rzuciła spłoszone spojrzenie na kamerę i dyskretnie odepchnęła jego rękę. Uffe był rozczarowany, ale szybko się otrząsnął. Pomyślał, że dziewczyny muszą się najpierw przyzwyczaić do obecności kamer, potem pójdzie jak z płatka. Po to wziął udział w programie, żeby popodskakiwać pod kołdrą przed kamerami. Kurde, przecież po czymś takim człowiek staje się żywą legendą. Na wyspie już był blisko, udałoby się, gdyby durna lala z Jokkmokk była trochę bardziej pijana. Do tej pory nie mógł tego przeboleć i liczył, że teraz sobie odbije.
– Kurde, Uffe, uspokój się. – Calle był coraz bardziej zły.
– Bo co? – Uffe spróbował jeszcze raz. Tym razem dotarł trochę dalej. – Nie po to tu jesteśmy, żeby było spokojnie. A ja myślałem, że z ciebie będzie największy imprezowicz! Wymiękasz. A może nie potrafisz imprezować gdzie indziej, tylko na Stureplanie? – pytał złośliwie.
Calle spojrzał na Mehmeta. Szukał wsparcia, ale tamten był całkowicie pogrążony w książce, w jakimś fantasy. Calle poczuł, że ma dość tego gównianego programu. Sam nie wiedział, po co się zgłosił. Co innego „Robinson”, ale to? Siedzieć w zamknięciu z tymi idiotami? Ostentacyjnie założył słuchawki, położył się i włączył iPoda. Muzyka litościwie zagłuszyła gadaninę Uffego. Calle mógł swobodnie poszybować myślami.
Nieubłaganie prowadziły go w przeszłość. Najpierw najdawniejsze wspomnienia. Obrazy z dzieciństwa, nieco niewyraźne, poszarpane, jak na filmie kręconym amatorską ósemką. Biegnie w szeroko otwarte ramiona matki. Dawały mu poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Zapach jej włosów zmieszany z wonią trawy i lata. Widział, jak tata się śmieje. Patrzy na nich z miłością, ale ciągle gdzieś wychodzi, gdzieś się spieszy. Nigdy nie ma czasu przystanąć, przyłączyć się do ich uścisku. Powąchać włosów mamy, pachnących szamponem Timotei. Wciąż pamiętał ten zapach.
Szybko przewinął film do przodu i zatrzymał. Obraz od razu stał się wyraźny. Pełna ostrość. Otworzył drzwi do jej sypialni i najpierw zobaczył jej stopy. Miał wtedy trzynaście lat. Minęło sporo czasu, odkąd biegł w jej objęcia. Wiele zdążyło się wydarzyć. I zmienić.
Pamiętał, że ją zawołał. Był nawet zły, że nie odpowiada. Gdy otworzył drzwi i uderzyła go panująca za nimi głucha cisza, tknęło go dojmujące przeczucie, że coś jest nie tak. Wszedł powoli. Leżała na wznak, wyglądała, jakby spała. Włosy, dawniej długie, teraz miała krótko obcięte. Znużenie i gorycz wyżłobiły bruzdę na jej twarzy. Przez chwilę myślał, że śpi. Głęboko. I wtedy na podłodze obok łóżka zobaczył puste pudełko po tabletkach. Wypadło jej z ręki, gdy tabletki zaczęły działać i mogła wreszcie uciec od rzeczywistości, z którą przestała sobie radzić.
Od tamtego dnia żyli z ojcem obok siebie, w milczącej wrogości. Żaden nigdy nie powiedział o tym ani słowa. Ani o tym, że tydzień po pogrzebie matki wprowadziła się nowa kobieta ojca. Nie zmierzyli się z prawdą o bezwzględnych, brutalnych słowach, które pchnęły matkę do ostatecznego kroku, nie powiedział, że matka została odrzucona, odprawiona z przerażającą łatwością. Jak znoszona kapota, którą się zastępuje nowym paltem.
Zamiast słów przemówiły pieniądze. Z biegiem lat urosły do wielkich sum i w związku z niekończącymi się wyrzutami sumienia ojca nadal rosły. Calle przyjmował je w milczeniu. Często sam żądał, chociaż nie odwoływał się do przeszłości, nawet do dnia, gdy cisza odbiła się echem, gdy jego wołanie pozostało bez odpowiedzi.
Przewinął film z powrotem. Przewijał coraz szybciej, dopóki nie zobaczył poprzedniego, niewyraźnego i poszarpanego obrazu. Wspomnienia, w którym biegł w szeroko otwarte ramiona matki.
– Na dziewiątą zwołuję zebranie. Mogłabyś się upewnić, że wszyscy przyjdą? Spotykamy się w gabinecie Mellberga.
– Wyglądasz na zmęczonego. Balowałeś w nocy? – Annika spojrzała znad okularów do komputera. Patrik uśmiechnął się, ale uśmiech nie sięgnął jego zmęczonych oczu.
– Chciałbym. Niestety przesiedziałem pół nocy nad raportami i dokumentami. Dlatego zwołuję to zebranie.
Wszedł do swego pokoju i spojrzał na zegar. Dziesięć po ósmej. Był śmiertelnie zmęczony. Od czytania i z niewyspania w oczach miał piasek. Zostało mu pięćdziesiąt minut na zebranie myśli. Potem będzie musiał przedstawić swoje ustalenia kolegom.
Pięćdziesiąt minut minęło aż nazbyt szybko. Wszyscy już się zebrali, gdy wszedł. Mellberg już wiedział.
Patrik zadzwonił do niego, jadąc rano do komisariatu, więc był mniej więcej zorientowany, o czym będzie mowa. Twarze pozostałych kolegów wyrażały zdziwienie, a jednocześnie oczekiwanie.
– W ostatnich dniach skupiliśmy się aż za bardzo na morderstwie Lillemor Persson kosztem śledztwa w sprawie śmierci Marit Kaspersen. – Stanął obok planszy, tyłem do biurka Mellberga, i spojrzał na zebranych. Nikogo nie brakowało. Annika siedziała z długopisem i kartką w pogotowiu, żeby jak zwykle notować. Obok niej Martin. Rude włosy sterczały mu na wszystkie strony. Na jego twarzy, bladej jeszcze po zimie, lśniły piegi. Widać było, że z ciekawością czeka na to, co powie Patrik. Obok Martina siedziała Hanna, spokojna, zdystansowana i opanowana, czyli taka, do jakiej przyzwyczaili się w ciągu dwóch tygodni jej pracy w komisariacie. Patrikowi przemknęło przez głowę, że znakomicie się wpasowała w zespół. Odnosiło się wrażenie, że już od dawna jest z nimi. Gösta jak zwykle siedział lekko zgarbiony. Jego wzrok nie wyrażał żywszego zainteresowania. Wyglądał, jakby wolał być gdziekolwiek, byle nie tu. Zawsze tak wyglądał poza polem golfowym, pomyślał Patrik z rozdrażnieniem. Natomiast Mellberg na znak zainteresowania pochylił się w przód. Wiedział, do czego Patrik zmierza, i nawet on nie mógł zignorować powiązań, które odkrył. Pozostało je zwięźle przedstawić i kontynuować śledztwo.
– Jak pamiętacie, początkowo potraktowaliśmy śmierć Marit Kaspersen jako zwykły wypadek drogowy. Badania techniczne i sekcja zwłok wykazały jednak, że było inaczej. Została związana, do ust i do gardła włożono jej siłą jakiś przedmiot, a następnie wlano dużą ilość alkoholu, który, nawiasem mówiąc, spowodował śmierć. Następnie sprawca bądź sprawcy wsadzili ją do jej własnego samochodu i upozorowali wypadek. To tyle. Wiemy niewiele więcej i nawet nie próbowaliśmy się dowiedzieć ze względu na to… – szukał właściwego słowa – bardziej medialne śledztwo. Musieliśmy skoncentrować na nim wszystkie siły i odpowiednio rozdysponować środki, co teraz, po fakcie, uważam za bardzo niefortunne. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba się od nowa zabrać do roboty i spróbować nadrobić stracony czas.