Było już po obiedzie, od paru godzin trwały tańce. Wcześniej Erika niepokoiła się o Kristinę, a raczej jej humor. Pamiętała, ile zastrzeżeń miała do ich weselnych planów. Ale teściowa ją zaskoczyła. Po pierwsze, tańczyła najwięcej ze wszystkich, między innymi z Larsem, ojcem Patrika, po drugie, siedziała teraz, popijając likier, pogrążona w rozmowie z Bittan, partnerką byłego męża. Erika nic z tego nie rozumiała.
Gdy stopy trochę odpoczęły, postanowiła odetchnąć świeżym powietrzem. W środku zrobiło się gorąco i duszno od tańców i parujących ciał. Zatęskniła za chłodnym powiewem. Krzywiąc się, włożyła pantofelki. Właśnie wstawała, gdy na ramieniu poczuła ciepłe dotknięcie dłoni.
– Jak się miewa moja ukochana żona?
Podniosła wzrok na Patrika i wzięła jego rękę. Wyglądał na szczęśliwego, chociaż ubranie miał w nieładzie. Po kilku jive’ach z Bittan frak trochę się tu i ówdzie rozjechał. Erika z uśmiechem zauważyła, że jej mąż tańczy nie tyle dobrze, ile chętnie. Dodatkowe punkty dostał za entuzjazm.
– Chciałam wyjść na chwilę, odetchnąć. Idziesz ze mną? – Oparła się na nim, gdy ból przeszył jej stopy.
– Gdzie ty, tam i ja – uroczyście odparł Patrik.
Erika z rozbawieniem stwierdziła, że jej mąż jest lekko podpity. Dobrze, że trzeba będzie potem pokonać tylko jedno piętro.
Wyszli na schody prowadzące na kamienny plac przed budynkiem i Patrik już miał coś powiedzieć, gdy Erika go uciszyła. Coś zwróciło jej uwagę.
Kiwnęła na męża i ruszyli w tamtym kierunku. Szli ostrożnie, choć nie bezszelestnie. Patrik chichotał. Potknął się o doniczkę z kwiatami, ale para tuląca się do siebie w ciemnym kącie na nic nie zwracała uwagi.
– Kto się tam migdali? – teatralnym szeptem spytał Patrik.
– Ćśś… – syknęła Erika, z trudem powstrzymując się od śmiechu. Szampan i dobre wino wypite do obiadu jej również uderzyło do głowy. Zrobiła krok naprzód. Nagle się zatrzymała i odwróciła do Patrika. Wpadli na siebie. Oboje zdusili śmiech.
– Wracamy – powiedziała.
– O co chodzi, kto tam jest? – Patrik wyciągnął szyję, usiłując zobaczyć. Wtulali się w siebie tak mocno, że nie widział twarzy.
– Idiota. Przecież to Dan. I Anna.
– Dan i Anna? – Patrik zbaraniał. – Nie wiedziałem, że mają się ku sobie.
– Faceci – prychnęła Erika. – Nic nie widzą. Jak można było tego nie zauważyć? Ja wiedziałam, że coś się święci, zanim oni sami na to wpadli!
– Uważasz, że to dobrze? Chodzi mi o to, że twoja siostra z twoim byłym… – zaniepokoił się Patrik. Wchodząc z powrotem do hotelu, lekko chwiał się na nogach.
Erika rzuciła okiem przez ramię. Całująca się para najwyraźniej zapomniała o całym świecie.
– To lepiej niż dobrze. To fantastycznie! – Uśmiechnęła się.
Potem ruszyła na parkiet ze swoim świeżo poślubionym mężem. Pantofelki rzuciła w diabły i zatańczyła jive’a boso. Późno w nocy kapela zagrała balladę Wonderful Tonight. Zawsze tak kończyli granie dla młodej pary. Erika przytuliła się do Patrika, oparła policzek na jego ramieniu i ze szczęścia zamknęła oczy.
Wesele okazało się bardzo udane. Dobre jedzenie, alkohol za darmo, jego występ na parkiecie naprawdę znakomity – był o tym przekonany. Pokazał tym kogucikom. Żadna z pań obecnych na weselu nie mogła się równać z Rose-Marie. Bardzo mu jej brakowało, ale krótko przed ślubem nie wypadało pytać Patrika, czy może przyjść z kimś. Dziś to sobie wynagrodzi. Dzisiejsze próby w kuchni zakończyły się sukcesem. Bardzo był z siebie zadowolony. Tak jak poprzednio wyjął najlepszą, gościnną zastawę i zapalił świece. Czekał na tę kolację w napięciu. Pomysł, który przyszedł mu do głowy w banku, kiedy robił przelew, o dziwo, nadal wydawał mu się genialny. Pewnie, że trochę szybko to wszystko poszło, ale już nie są z Rose-Marie tacy młodzi i jeśli w tym wieku spotyka się miłość, należy działać szybko.
Długo się głowił, jak to przeprowadzić. Zamierzał jej powiedzieć, gdy już zobaczy nakryty stół, zobaczy, że tak się starał, bo chciał uczcić to, że będą mieli wspólne mieszkanie. Tak będzie dobrze. Na pewno nic nie będzie podejrzewać. Długo się zastanawiał i w końcu zdecydował, że niespodziankę schowa w deserze, w musie czekoladowym. Pierścionek. Kupił go w ostatni piątek i zamierzał jej ofiarować i złożyć propozycję, której jeszcze nigdy nie złożył żadnej kobiecie. Ledwo mógł wytrzymać. Nie mógł się doczekać, kiedy zobaczy jej minę. Nie skąpił. Jego przyszła żona zasługuje na wszystko, co najlepsze. Wiedział, że będzie zachwycona, kiedy go zobaczy.
Spojrzał na zegarek. Za pięć siódma. Jeszcze pięć minut do dzwonka. Trzeba będzie jej dorobić klucz. Nie może być tak, żeby narzeczona dzwoniła do drzwi, jakby przyszła w gości.
Pięć po siódmej zaczął się niepokoić. Rose-Marie zawsze była taka punktualna. Nerwowo poprawił nakrycia, serwetki w kieliszkach, przesunął sztućce o parę milimetrów w prawo, potem znów w lewo.
O pół do ósmej był pewien, że leży martwa w jakimś rowie. Miał przed oczami jej czerwony samochodzik wjeżdżający prosto w ciężarówkę albo jeden z tych monstrualnych suvów, którymi ludzie koniecznie chcą jeździć i demolować wszystko wokoło. Może zadzwonić do szpitala? Chodząc w tę i z powrotem po mieszkaniu, doszedł w końcu do wniosku, że może powinien najpierw zadzwonić do niej, na komórkę. Puknął się w czoło. Że też wcześniej o tym nie pomyślał. Wybrał numer i skrzywił się. Ze zdziwieniem usłyszał komunikat: nie ma takiego numeru. Wybrał jeszcze raz. Musiał pomylić jakąś cyfrę. Ten sam komunikat. Dziwne. Może zadzwonić do jej siostry, sprawdzić, czy coś jej u niej nie zatrzymało? Nagle zdał sobie sprawę, że nie dała mu jej numeru, nie znał nawet jej nazwiska. Wiedział tylko, że mieszka w Munkedal. Czyżby? W jego głowie zakiełkowała niepokojąca myśl. Odrzucił ją, odmówił przyjęcia do wiadomości. Przed oczami stanęła mu scena w banku, przewijała się w zwolnionym tempie. Robi przelew na hiszpańskie konto, którego numer mu podała. Dwieście tysięcy koron. Na wspólne mieszkanie. Nie mógł dłużej odsuwać tej myśli. Zadzwonił do biura numerów z pytaniem, czy mają jej numer albo adres. Okazało się, że nie mają abonentki o tym nazwisku. Desperacko próbował sobie przypomnieć, czy widział jej dowód, jakąś legitymację, cokolwiek, co by potwierdzało, że nazywa się tak, jak powiedziała. Z rosnącym przerażeniem zdał sobie sprawę, że nie wie, jak się nazywa, gdzie mieszka ani kim naprawdę jest. Wiedział za to, że na koncie w Hiszpanii ma dwieście tysięcy koron. Jego dwieście tysięcy.
Jak w transie podszedł do lodówki. Wyjął przeznaczoną dla niej porcję musu czekoladowego i usiadł przy pięknie nakrytym stole. Zanurzył palce w brązowym musie i sięgnął po pierścionek. Błysnął wśród czekolady. Przyjrzał mu się, odłożył na stół i szlochając, łapczywie pochłonął mus.
– Prawda, że to był wspaniały dzień?
– Mhm… – mruknął Patrik i zamknął oczy.
Już dawno postanowili, że w podróż poślubną pojadą nie od razu po ślubie, ale dopiero za jakiś czas, gdy Maja podrośnie na tyle, żeby można było z nią wyjechać na dłużej. Bo na pierwszym miejscu listy podróży marzeń była Tajlandia. Ale dziwnie się czuli, wracając do codzienności. Niedziela minęła im na spaniu, piciu wody w dużych ilościach i omawianiu tego, co się działo w sobotę.